"Jezus w Polsce"

Autor: Henryk Tur

Ilustracje: Ana

"... a Żydzi i masoni z Brukseli ręce po naszą, Polską ziemię wyciągają !..."
- zasłyszane 

" ...chociaż kto przysięgnie, że tak rzeczywiście n i e było ?"
- ze wstępu do komiksów z serii wg prac Ericha von Danikena

 

Kościółek w Dziadowicach szczycił się figurą ukrzyżowanego Jezusa naturalnej wielkości. I była to jedyna turystyczna atrakcja tej popegeerowskiej wsi, zamieszkanej raptem przez setkę osób, z czego dziewięćdziesiąt bezrobotnych. Mimo to kościółek pachniał świeżą farbą po remoncie, na który złożyły się solidarnie owieczki ze stada księdza proboszcza Pastusiaka. I to właśnie w tym kościółku, dokładnie o 18. 45 czasu miejscowego, na początku jesieni ( a więc o zmierzchu ) wydarzył się prawdziwy cud.

Niestety, proboszcz Pastusiak cudu nie zauważył. Siedział bowiem w zakrystii i oddawał się swemu ulubionemu zajęciu - układaniu na równe stosy monet z ostatniej zbiórki i puszki na biednych. Uśmiech zadowolenia rozjaśnił jego mięsistą, tłustą twarz, gdy podliczył, że jeszcze trzy - cztery miesiące i będzie mógł udać się incognito do Belgii. Potem jego myśli poszybowały ku pewnemu młodemu ministrantowi i zamknął z lubością oczy. Nie zauważył przez to, że naraz ciemne wnętrze kościółka rozjaśniło błękitne światło, które trwało przez parę sekund, a potem zagasło, pozostawiając kościółek w blasku dwóch wycelowanych w krzyż reflektorów. Proboszcz otwarł oczy moment później i łyknął spory kielich wina w intencji udanej zabawy.

Figura na krzyżu ożyła. Jej wszystkie mięśnie drgnęły, co było niechybnym znakiem, iż teraz wisi tam żywe ciało. Na szczęście dla Mesjasza przedstawiono go z rękami nie przebitymi gwoździami, a przywiązanymi prawdziwym powrozem do ramion krzyża. Oczywiście nikt nie bawił się w mocne zaciśnięcie sznura, więc Jezus wyswobodził jedną z rąk i osłonił nią przed silnym światłem reflektorów zbolałe oczy.
Wzrok wolno przystosowywał się do tego ciała. Jezus odczuł chłód i stwierdził, że wisi na krzyżu półnagi. Szybko zasłonił więc drugą ręką wstydliwe miejsce... To znaczy - chciał to zrobić.

" Jeśli palec pokazuje, gdzie jest księżyc, spójrz w tamtym kierunku, a nie na palec."
- przysłowie chińskie

Nagły łoskot poderwał księdza Pastusiaka z wygodnego fotela.
" Złodzieje !" - Przeszło mu przez głowę, a na czoło wystąpił obfity pot. Spojrzał z niepokojem na pagórki monet i jednym płynnym ruchem zgarnął je do szuflady biurka. Potem dobiegł jego uszu zbolały jęk.
Sięgnął po miotłę, którą za szafą przez nieuwagę pozostawiła gosposia. Ścisnąwszy kij, od razu poczuł się raźniej. Delikatnie uchylił drzwi do środka domu bożego. Głos dobiegł go gdzieś blisko...
Niemal natychmiast ujrzał podnoszącego się z ziemi półnagiego człowieka. Na jego widok drgnął ze wstrętem - skądinąd znajomą twarz obcego okalały ciemne pukle kręconych, czarnych włosów, spadające brudnymi strąkami na ramiona. Jego ciało było wychudzone i naznaczone wieloma bliznami. Nie wyglądał groźnie, co dodało animuszu Pastusiakowi.
- A ty tu czego po nocy, łobuzie jeden ! - Wrzasnął głośno. - Dom Boży to nie noclegownia ! Won stąd zaraz, bo policjęzawołam ! - Zaczął potrząsać groźnie miotłą.
Jezus przystanął zdumiony. Rozumiał język, jakim mówił ten człowiek, nie zrozumiał tylko słowa "policja". Chciał się odezwać, ale proboszcz ruszył w jego kierunku, więc instynktownie cofnął się parę kroków w tył.
- To nie przytułek dla narkomanów ani żadnych tam takich hippisów ! - Twarz proboszcza stała się czerwona ze złości. - Do "Markopsa" se idź, ćpunie jeden !
Jezus nie miał już wątpliwości - ten człowiek musiał być szalony. Widać Szatan wciąż wypuszczał na świat złe duchy, aby dręczyć niewinnych nimi ludzi.
- Bracie... - odezwał się po raz pierwszy od dwóch tysięcy lat, wznosząc w łagodzącym geście dłoń do góry.
- Ja ci brata dam ! - Ksiądz zaperzył się jeszcze bardziej. - Ja jestem proboszczem ! Duszpasterzem !
- Ja... - Jezus poczuł się straszliwie zdezorientowany.
- Won mówię, bo policję zawołam, wariacie jeden ! - Ksiądz zamierzył się na Jezusa miotłą. - Kraść cię po kościołach oduczę !
Jezus nie miał ochoty znów być ofiarą. Przezornie wysunął się przez półprzymknięte wrota świątyni na zewnątrz.
Kilkanaście metrów od kościółka znajdował się przystanek autobusowy. Dokładnie obok sklepu wielobranżowego przy kościele i śmietnika. Co wieczór zbierała się tutejsza "święta trójca" - Zbychu, Boguś i Gęsior. Zasiadali sobie na ławeczce, wyciągali wino marki "Wino" i popijali, słuchając małego, tranzystorowego radia Bogusia, od czasu do czasu dzieląc się filozoficznymi uwagami o świecie i życiu w ogóle.
Krzyków w kościele nie usłyszeli, gdyż akurat radio nadawało najnowszy szlagier niezwykle popularnego ostatnio zespołu TYCH CZWORO o dźwięcznym tytule " Eine kleine pumpernikel".
Nie zauważyli też trzęsącej się z zimna postaci, która po salwowaniu się z kościoła ucieczką zatrzymała się przy kontenerze z odpadami, szukając jakiegoś okrycia. W końcu znalazła.
- A dziwne, Zbychu, ni ? -Gdy wokalista CZWORO, Michał Wiśniowiecki, zwany Korybutem, skończył fałszować w języku zachodnich sąsiadów Polski, Boguś pstryknął petem "Mocarnego" na popękany asfalt i pociągnął sporego łyka z butelki.
- A niby co ? - Zbych zdjął czarny beret z głowy i poskrobał się po rzedniejących włosach.
- A wszyćko to... - Boguś wzruszył ramionami.
- A no... - być może Zbych chciał udzielić dłuższej odpowiedzi, lecz w słowo wpadł mu mocno już podpity Gąsior :
- Cichajta, cholery jedne, zaraz mądry bedzie nawijał !
Obaj upomnieni wzruszyli ramionami w kufajkach.

- A teraz cotygodniowa audycja Roberta B. Gruntowicza pt. " Bądźmy jako i oni" - zaskrzypiała przez lekko już popsute głośniczki spikerka. Niestety, początku audycji nie usłyszeli, gdyż Gąsior popuścił tęgiego bąka i cała trójka ryknęła donośnym śmiechem, a potem wzniosła toast za strzelca wyborowego, zwanego niekiedy "Profesorem", ponieważ jako jedyny ze wsi skończył zawodówkę.
- ...rację mają Amerykanie, że wkroczyć chcą do Korei Północnej. I Libii. I Iranu. Misją Ameryki na świecie jest niesienie demokracji na ostrzach bagnetów i za pomocą bomb...

- Ty, a ta Koreja to gdzie ? - Zbychu spojrzał pytająco na Gąsiora.
- A chyba koło Gdańska - Gąsior machnął ręką na znak, że nie pamięta. Tymczasem redaktor Gruntowicz kontynuował swe wywody :

- ...Ameryka to nasi wielcy przyjaciele i obiecali, że już za pięćdziesiąt lat będziemy mogli tam jeździć prawie bez wiz. Znaczy - mniej będą kosztować. Płatne jednak ! - Zawoła ktoś nie rozumiejący naszych amerykańskich friends, a ja mu na to : tak, płatne, ale mniej a zawsze to lepiej. Natomiast wojska irackie, które ośmieliły się strzelać do dzielnych chłopców US Marines, naszych, tak proszę państwa, NASZYCH chłopców, którzy wkroczyli tam, aby przynieść im wolność i demokrację, postąpiły tchórzliwie i głęboko niesłusznie..

- A to kurwa co ? - Boguś wybałuszył oczy na widok postaci w pomarańczowym sari.
Był to oczywiście Jezus, który okrył się znalezioną w śmietniku firanką, wyrzuconą wczoraj przez kierowniczkę sklepu, dawną przodowniczkę GS-u, dziś wiejską bizneswoman.
- Pokój wam, bracia...- Jezus zatrzymał się naprzeciwko nich i wzniósł dłoń w geście pozdrowienia.
- A tyś co za jeden ? - Warknął Zbychu.
- Te, ja wiem - Gąsior wstał na chwiejących się nogach. - To jeden z tych...eee.. indian z Indii. Harry Kriszna, czy jak mu tam - splunął pogardliwie w bok.
- Harry Kriszna ?! - Boguś wstał, zaciskając pięści. - to ten, co to na miotle lata i dzieci szatańskich sztuk uczy, ta ?!
- Łon ci to ! - Zbychu szybko dopił resztę wina z butelki i ścisnął ją wdłoni jak młot. - Dzieciaki przyjechał bałamucić, hippies jeden !
- Paszoł won, psubrawcu ! - Gąsior zaczął wymachiwać butelką przed nosem Jezusa.

- Czymżem wam zawinił, bracia moi ! - Jezus rozłożył bezradnie ręce, nie rozumiejąc nic z tego, co działo się wokół od momentu, gdy uczuł, iż nie jest już duchem, a na powrót ma ciało. - Jam głodny i spragniony, chleba i wina jedynie...
- Wina ?! - Cała trójka podeszła do niego.
- Ciapnem cie po łbie, tyle wina zobaczysz, zboczeńcu jeden ! - Zbychu podwinął rękawy kufajki, szykując się do bicia obcego.
- Pedofilu ! - Gąsior użył jednego z tych mądrych słów, które słyszał, będąc w mieście, a którego nigdy do końca nie mógł zrozumieć.
- Z Klepek pewnie przyjechał... - Boguś złapał Jezusa za materiał. - O, patrzajta, a to zasłonka od pani Jadzi !
- Złodziej ! - Rzucili się na Jezusa, lecz ten wyrwał się zwinnie i popędził przed siebie asfaltową drogą. Próbowali go gonić, ale mieli już nieźle w czubach i dali sobie po minucie spokój. 

Już od jutra ! Tylko u nas ! Nowy serial komediowy - Jezus z Lazaretu !
- zapowiedź w TV

- zapowiedź w TV

Gdy tylko ci dziwnie odziani, mówiący niezbyt zrozumiałe rzeczy mężczyźni zaprzestali pogoni, skręcił z szosy w ciemny las i stanął, rozdygotany, pod drzewem.
- Co to za miejsce ? Gdzie ja jestem ? Dlaczego powróciłem ? - Rozejrzał się wokół, jakby spodziewając się, że odpowiedzą mu wysokie, milczące drzewa. - Ojcze, czy znowu wydasz mnie na śmierć !? - Wykrzyknął w upstrzone pierwszymi gwiazdami niebo, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Mimo wszystko stał, patrząc do góry.
Gwiazdy...
Były tutaj całkiem inne, niż te, które zapamiętał ze swego ziemskiego życia. Gdyby postał tak dłużej, z pewnością ustaliłby, którędy do Kanaanu. Jednak ziąb dawał mu się we znaki.
"Muszę być w innym piekle" - stwierdził i wszedł między drzewa, bojąc się spotkania z tamtymi, złymi ludźmi. - "Ileż jeszcze będę musiał nauczać..." - westchnął. I wywalił się na czymś miękkim. Pomacał ręką.
"Dzięki ci, ojcze !" - Podniósł z poszycia gruby, długachny kożuszek. Nie wiedząc o tym, że należy on do starego Antosińskiego, któremu parę godzin temu zrobiło się gorąco od niesamowitych ilości wchłoniętego bimbru, okrył swe ciało. I od razu poczuł się lepiej. Widać było, że czuwają nad nim, tam, w niebie.
Po paru minutach marszu w ciemności ujrzał pośród drzew blask ogniska i dobiegły jego uszu jakieś zaśpiewy. Zakradł się ostrożnie, a po chwili okazało się, że źródłem hałasu są czterej długowłosi młodzieńcy, siedzący w kucki koło paleniska. W ich rękach krążyły butelki, zaś nozdrzy Jezusa doszedł smakowity zapach kiełbasy, która wolno opiekała się nad płomieniami.
Jeden z młodzieńców drgnął nagle. Jezus cofnął się szybko za drzewo, lecz było się za późno. Młodzieniec zwrócił się do, najwyraźniej do niego :
- Sława bracie ! - Na co inni spojrzeli w tym samym kierunku i także powtórzyli powitanie.
Jezus uśmiechnął się szeroko. Wreszcie tacy, jak i on. Sami go przecież nazwali bratem, prawda ?
- Witajcie, bracia ! - Wkroczył śmiało na małą polankę.
- Ja pierdolę...- jeden z młodzianów otwarł aż usta. - Ale strój ! Ty jesteś prawdziwy pagan !
Jezus uśmiechnął się, niepewny znaczenia wypowiedzianych przed momentem słów.
- A gdzie reszta ? - Ten, który zauważył go pierwszy wyciągnął ku Jezusowi rękę i przedstawiając się - Mściwój.
"Widać - pomyślał Jezus, odwzajemniając uścisk - witają się tu rzymskim sposobem."
- Reszta ? - Spytał niepewnie.
- No, reszta waszej hordy - Mściwój spojrzał zdziwiony. - Jesteś z Pomorza, nie ?
Jezus niepewnie pokręcił przecząco głową.
- A, niezrzeszony - jeden z siedzących przy ogniu skinął z rozumieniem głową. - A może jesteś z "Nakłota"? - Zapytał groźnie.
- Nie... - Jezus zrozumiał już, że biorą go za kogoś innego, ale nie miał jeszcze szansy wyjaśnić omyłki. - A cóż to za jedni ? Poganie jakowiś ?
Cała czwórka ryknęła śmiechem.
- Jacy tam poganie - Mściwój klepnął Jezusa serdecznie w plecy. - Żydy jebane i tyle, znają się na słowiańskich bóstwach tyle samo co ja na disco-polo.
Wszyscy znów ryknęli śmiechem.
- To Piast, to Rokita a to Bolko - Mściwój przedstawił siedzących przy ogniu za pomocą pseudonimów, jakich używali w założonym przez siebie Klubie Pogan Aryjskich, zwanym przez złośliwych KUPA. Na co dzień jednak koledzy zwracali się do nich per Dętka, Balon, Bimber i Czopek.
- Ci z Pomorza dali ci namiary na tą imprezę, nie ? - Zapytał Rokita/Bimber, podając Jezusowi wino. Chrystus podziękował, powąchał napój i wykrzywił się z obrzydzeniem. Szatan na pustyni kusił go najprzedniejszymi trunkami. Od tamtego czasu smakowała mu tylko woda. Jako jedyna nie przywodziła na myśl tamtych wspaniałych win.
- Z... Pomorza - chciał spytać Jezus, ale odór kwasu z butelki zassał mu chwilowo oddech i zabrzmiało to tak, jak stwierdzenie.
- No toś nasz ! - Bolko/Czopek klepnął go z uznaniem po plecach. - Horda z Pomorza byle komu namiarów by nie dała.
- A zresztą już powinni tu być - Piast/Balon spojrzał ze zniecierpliwieniem na zegarek. - Obiecali, że będą wszyscy. A jak spotykają się dwie pogańskie hordy, to musi być tęga dżampreza ! - Wykrzyknął ostatnie słowa, wskazując na zielony, wojskowy plecak, wypełniony po brzegi tanimi winami.
Naraz rozległy się dziwne dźwięki z kaftana ( tak Jezus nazwał w myślach jego skórzaną kurtkę ) Mściwoja/Dętki. Wszyscy zamilkli, a Mściwój wyjął zza pazuchy mały, czarny przedmiot, przytknął do ucha i zaczął mówić, choć widać było, że nie zwraca się do nikogo z obecnych. W jego wymowie przebijały słowa, których Chrystus nie rozumiał ani trochę, np. "kurwa jego mać."
- No i ch... - Mściwój/Dętka schował komórkę do kurtki.
- Co jest ? - Spytał w imieniu wszystkich Rokita/Bimber.
- Hordy z Pomorza nie będzie, bo maluch im nawalił.
Zebrani wydali z siebie gromkie "uuuuu!"
- Sru z nimi, więcej wypijemy sami - zarechotał nagle Bolko/Czopek.
- I krzyże sami podeptamy - zatarł z radości ręce Rokita/Bimber, a Jezus także ucieszył się. Za jego czasów zeloci też deptali krzyże. Pokazywali w ten sposób, że nie boją się okrutnej, rzymskiej kary śmierci i gotowi są polec za sprawę. Widać, iż ci młodzieńcy są dzielnymi synami swego narodu. Jakimkolwiek by on nie był.
Odkorkowano następne butelki i już miano zdejmować skwierczące kiełbaski z ognia, gdy naraz przez krzaki od szosy coś zaczęło się przedzierać.
- Co jest ?- Mściwój spojrzał z niepokojem w ciemność.
- Może Pomorze dojechało ? - Spróbował domyślić się Rokita/Bimber.
- Albo tutejsze Żydy - mruknął Bolko/Czopek.
- Jak wieśniaki, to pokażemy im, jak się bije dzielne, dumne plemię Słowian ! - Piast/Balon zerwał się z ziemi, wymachując pięścią, a inni poparli jego słowa bojowymi okrzykami.
Jednak gdy w krąg światła wkroczyli dwaj ubrani w garnitury, krótko ostrzyżeni mężczyźni, z pistoletami wycelowanymi w ich stronę, plemię Słowian wykazało niesamowitą zdolność do momentalnego znikania z krzykiem w zaroślach.
Na polanie pozostał Jezus.
- Jezus Chrystus, jak sądzę ? - Jeden z mężczyzn opuścił pistolet i zwrócił się do osłupiałego Jezusa. Ten niepewnie skinął głową, choć ucieszył się, iż wreszcie ktoś go rozpoznał.
- Prosimy za nami - drugi z mężczyzn również opuścił pistolet, a teraz głową wskazywał na drogę, z której zszedł Jezus.
Nie dziwiąc się już niczemu, poszedł za swymi... opiekunami (?), choć zapach kiełbasek wywoływał w jego brzuchu podejrzane odgłosy. Musiał obejść się ze smakiem.
A bitne plemię Słowian nie wróciło.
- Tak więc, panie Jezus - tłumaczył na tylnym siedzeniu pędzącego BMW ten, który przedstawił się jako Adam Mincberg - tak naprawdę, to wy nie jesteście Mesjaszem.
- Jak to ? - Zdziwił się Jezus. - Ojciec mój zwiastował me nadejście ustami proroków...
- Tak, tak - siedzący za kierownicą mężczyzna przerwał ze zniecierpliwieniem. - Nie w tym rzecz.
- Widzi pan - zaczął Mincberg. - Nasza Loża dysponuje wieloma najnowocześniejszymi technologiami. W tym i takimi, o jakich świat prędko nie usłyszy - uśmiechnął się z zadowoleniem. - Jest w tym kraju wielu ludzi, którzy nie chcą wstąpić do Unii Europejskiej...
- A cóż to ? - Zdziwił się Jezus.
- Eee... - Mincberg chwilę myślał, jakby to wytłumaczyć Jezusowi. - To taki sojusz wielu krajów, takie jedno, wielkie imperium...
- Jak Romanum ? - Zauważył Jezus.
- Nie, nie zupełnie - pokręcił głową kierowca. - Te kraje wchodzą w skład Unii dobrowolnie.
- A przynajmniej im się tak zdaje - mrugnął okiem Mincberg. - Mniejsza o to, już tłumaczę, gdzie zmierzam. Otóż za pomocą naszej najnowocześniejszej technologii stworzyliśmy wirtualną osobowość, zbudowaną na tekście tej tam... a, mam - Biblii. Pana osobowość - wskazał ręką na Jezusa.
- Nic nie rozumiem - pokiwał głową wskazany.
- Nieważne. - Mincberg machnął ręką. - Tą osobowość skierowaliśmy jako strumień informacji do figury Chrystusa w Licheniu. Jednak ruski satelita zrobił swoje, bo spieprzył się nie w porę i strumień zamiast w Licheniu ożywił figurę tu, w Dziadowicach - Mincberg westchnął ciężko.
- Dlatego tak długo musieliśmy pana namierzać - mruknął kierowca.
- Zaraz... - Jezus zamyślił się na moment. - Nie znam waszych słów, ale myślę, że chcecie powiedzieć, iż to wy jesteście wysłannikami Ojca mego..
- A skądże ! - Mincberg machnął ręką. - Jesteśmy wysłannikami Wielkiej Loży Masońskiej Europy i ożywiliśmy was, panie Jezus, bo mamy dla was zadanie...
- Dla mnie ? - Zdziwił się Jezus, a Mincbergskinął potakująco głową.
- Musicie ukazać się na szczycie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, owinięci we flagę Unii. To przekona wszystkich w tym kraju do głosowania na "tak" ! - Mincberg zatarł ręce.
- Ale... - otwarł usta Jezus, chcąc zaprotestować.
- Żadnych "ale"! - Przerwał mu Micberg. - A potem ruszymy na tournee po świecie. Nie wierzą w was, panie Jezus, w Indiach, Chinach i innych poważnych rynkach zbytu. Trzeba to zmienić, no nie ?
- Zrobimy dzięki wam królestwo "prawie - boże" na ziemi - roześmiał się kierowca.
- No to jak ? - Mincberg zwrócił się do Jezusa. - Zgadzacie się na współpracę, panie Jezus, czy mamy wycofać osobowość z tego... hmm... ciała i chcecie wrócić na krzyż jako drewniana kukła ?
Jezus zapatrzył się na mijaną przez BMW wioskę i westchnął.
Dawniej życie było prostsze.

 

25 - 27 IV 2003



blog comments powered by Disqus