Recenzja książki "Piekielny Brooklyn"
„Natalia w Brooklynie, ona nigdy, nigdy w naszej pamięci nie zginie” – nonszalancko wykrzykuje ochrypłym głosem Kazik w piosence zespołu El Dupa. Podobnie można zaśpiewać o bohaterach „Piekielnego Brooklynu” Huberta Selby’ego juniora. To banda zwyrodniałych, pozbawionych kodeksu moralnego i etyki zatraceńców. Homoseksualiści, transwestyci, mordercy, dziwki oraz perwersyjni zboczeńcy nie pozostawiają żadnych złudzeń, że znaleźliśmy się w samym epicentrum Piekła na Ziemi. Witam w brudnych Stanach Zjednoczonych lat 50. ubiegłego stulecia! Witam w Brooklynie!
Bohaterowie makabrycznie dosłownej książki Huberta Selby’ego balansują na granicy nieprawości, dewiacji seksualnych oraz dysfunkcji społecznych. Przypomina to spacer po linie naćpanego bądź otyłego gimnastyka. Postaci te są typami paskudnych rodziców. Większość z nich najchętniej pozbyłaby się swych pociech. Jak choćby ojciec piątki dzieci Abraham, który większą wagę przywiązuje do swych starannie pielęgnowanych włosów oraz błyszczącego cadillaca niż do wychowania grzecznych latorośli. Autor „Piekielnego Brooklynu” doskonale ukazuje wpływ zdemoralizowanych rodziców na dzieci oraz młodzież, które odwzorowują negatywne zachowanie rodzicieli, walcząc ze sobą, przeklinając, nadużywając różnych używek i prostytuując się („Koda – Na końcu świata”, „Tralala”). Dzięki takim zabiegom książka Selby’ego zyskuje walor edukacyjny i powinna być obowiązkowa dla studentów resocjalizacji oraz psychopatologii.
Zdegenerowane postacie ludzkie broczące w gęstym sosie zatłoczonej i przepełnionej grzechem, najludniejszej z pięciu dzielnic Nowego Jorku – tak krótko można scharakteryzować fabułę tej brutalnej opowieści. Prawdziwym bohaterem książki jest jednak sama dzielnica. Brooklyn to spoczywający w marazmie moloch, przepełniony goryczą, nienawiścią i niespełnieniem oraz będący siedliskiem najbardziej plugawego robactwa.
Autor „Piekielnego Brooklynu” nie przejmuje się poprawnością stylistyczną, albowiem dla niego liczą się przede wszystkim emocje o możliwie najwyższym natężeniu. Można powiedzieć, że ilość znaków interpunkcyjnych w konkretnych akapitach jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia akcji. Czym szybsze tempo opowieści i towarzysząca temu brutalizacja, tym dłuższe akapity, niejednokrotnie pozbawione jakichkolwiek przecinków i kropek. Z tego też powodu książkę powinni omijać szerokim łukiem poloniści i językoznawcy, których może oburzyć brawura, z jaką poczyna sobie Hubert Selby Jr. Autor niezwykle popularnego „Requiem dla snu” bez opamiętania, jakby był w transie, wrzuca dialogi do akapitów, co powoduje konsternację wśród czytelników, gdyż trudno w tej lawinie słów odgadnąć, który właściwie bohater wypowiada konkretną kwestię. To świetny przykład anonimowości i upodlenia bohaterów (z samym Brooklynem włącznie) mrocznej opowieści urodzonego bitnika. W zbiorowym krzyku trudno bowiem usłyszeć pojedyncze głosy.
Hubert Selby Jr. surowo rozprawia się z powojennym, biernym społeczeństwem amerykańskim oraz mitem potęgi Stanów Zjednoczonych. Najlepiej pod tym względem wypada mini powieść „Koda – Na końcu świata”. Obserwujemy tutaj zmagania z niesprawiedliwym losem grupy zdesperowanych osób, mieszkających na obskurnym osiedlu. Czeki z opieki społecznej bez opamiętania wykorzystują oni w sklepach monopolowych, nieustannie toczą wojny ze swoimi współmałżonkami, a staruszki przesiadujące całe dni na ławeczce przed blokiem skrupulatnie obrażają innych mieszkańców, niecierpliwie czekając na jakieś rozróby czy ludzkie tragedie. I tylko pogodna Ada jakoś nie pasuje do tej szatańskiej układanki.
A na koniec, kpiąc z flegmatycznych bohaterów musicalu „Rent”, głośno wykrzyczę: Viva Sodoma i Gomora! Viva Hubert Selby Jr.! Viva „Piekielny Brooklyn”!
Piekielny Brooklyn
Autor: Hubert Selby JrTłumaczenie: Maciej Potulny
Wydanie polskie: 10/ 2009
Tytuł oryginalny: Last Exit to Brooklyn
Liczba stron: 304
Format: 125 x 195 mm
Oprawa: miękka
Cena z okładki: 34,90 zł






