Recenzja książki "Największa przyjemność świata"

Autor: Sir Alexander
Korekta: Zunia
17 marca 2010

Jacek Dąbała to jeden z tych twórców, których nazwisko skojarzyć można z prawdziwą polifonią dziedzin. Profesor na wyższej uczelni, prezenter i producent radiowy oraz telewizyjny, a także – last but not least – pisarz… Jest w czym wybierać. Oczywiście, najbardziej interesujący jest ten ostatni aspekt biografii. Dąbała ma już na swoim koncie kilka wydanych pozycji, w liczbie tej między innymi „Ryzykowny pomysł”, którego kontynuację stanowi „Największa przyjemność świata”.

Gatunkowo, nowe literackie dziecko Dąbały stoi w strefie wspólnej thrillera i powieści detektywistycznej, a melanż ten okraszono dość obfitą dozą ironii i cynizmu. Aha, zapomniałem o najważniejszym: o humorze, którego w tej książce jest chyba najwięcej spośród wszystkich elementów. Zaraz na drugim miejscu jest seks, czy może raczej szeroko i wąsko rozumiane relacje damsko-męskie. O czymś nie wspomniałem? O fabule, rzecz jasna, gdyż i tę odnajdujemy wśród błyskotliwych przekomarzań i łóżkowych dokonań Artura Brandta, bohatera powieści.

Nasz heros to były dziennikarz śledczy, który praktycznie z dnia na dzień traci pracę w telewizji. Długo jednak nie roni łez z tego powodu i otwiera – a jakże! – agencję detektywistyczną. Jak przystało na człowieka przebojowego, szybko odnosi pierwsze sukcesy, ale prawdziwe wyzwanie dopiero czeka za rogiem. Przychodzi wraz z pozornie całkiem zwyczajnym zleceniem. Nana Radwan, piękna i młoda córka jednego z najbogatszych Polaków, zostaje uprowadzona. Nie ma żadnego tropu, który mógłby wskazać miejsce jej przetrzymywania, a porywacze nie zgłaszają  żądań. Wszystko wskazuje na to, iż porwana trafiła w lepkie rączki macherów od seksbiznesu, a jej przyszłość nie rysuje się w różowych barwach (chyba, że w ujęciu bardzo dosłownym…). Nie ma jednak co dramatyzować. Artur Brandt, w przerwach pomiędzy poprawianiem stosunków z kolejnymi pięknościami, jest w stanie dokonać niejednego, więc kto wie, czy nie uratuje także Nany? Zwłaszcza, iż nagroda za jej odzyskanie to okrągły milion euro obiecany przez zdesperowanego tatusia.

„Największa przyjemność świata” to powieść napisana z dużym luzem i – to chyba właściwe określenie – przymrużeniem oka. Nasz główny bohater to przysłowiowy pies na baby, którego procesy myślowe w gargantuicznym stopniu przebiegają daleko poniżej mózgu (ale powyżej kolan). W książce Dąbały splatają się dwie narracje. W pierwszym przypadku – i jest to zarazem typ dominujący – narratorem jest sam bohater, a więc błyskotliwy pan Brandt, który z właściwą sobie swadą i optymizmem przedstawia nam świat przefiltrowany przez bardzo specyficzne okulary. Druga płaszczyzna narracji sprowadza się do skromnych wtrąceń w postaci krótkich rozdziałów poświęconych Nanie. Co ciekawe, te napisane są w całkowicie inny sposób: bez stylistycznych wygłupów, bez cynizmu i ironii. Przyznam szczerze, że gdyby nie ten lakmus, gotów byłbym stwierdzić, że Dąbała zapadł na wyjątkowo ciężką odmianę grafomanii i tekściarstwa. Podział na dwa skrajnie odmienne punkty widzenia wskazuje jednak ewidentnie na przemyślany i bardzo przekonująco zrealizowany zabieg stylizacji. Zresztą, skoro już o tym mowa, to przed autorem powieści pokłoniłbym się do samiutkiej ziemi: Artur Brandt, a tym samym stojący za nim mroczny umysł autora, ma nieprawdopodobną gadkę. Ten facet mógłby doprowadzić najsilniejszy komputer NORAD-u do bolesnego zaparcia i samokonsumpcji danych! Cokolwiek to znaczy, nawiasem mówiąc.

Atutem książki jest jej tempo. Dzieje się w niej sporo, a czytelnik łatwo daje się ponieść żywiołowej narracji Artura Brandta, w którego wykonaniu każdy dialog i każda myśl są naładowane testosteronem i paroma innymi jeszcze nieodkrytymi hormonami męskimi. Sarkastyczno-seksistowskie, męsko-inteligenckie, chłopięco-starcze widzenie świata to coś, do czego przygotować człowieka może jedynie lektura poprzedniej powieści Dąbały (ewentualnie nazbyt częste czytanie małych pisemek dla dużych chłopców). A skoro już o tym mowa, w „Ryzykownym pomyśle” autor troszkę kombinował z klimatami fantastycznymi, a przynajmniej tak wykuł fabułę, iż czytelnik miał prawo zdrowo się pogubić w tym, co rzeczywiste a tym, co nienazwane. „Największa przyjemność świata” zachowuje w tej dziedzinie chwalebną czystość, a mocne skróty myślowe i zdarzające się od czasu do czasu deus ex machina czy drobne niekonsekwencje logiczno-fabularne, wcale nie odrywają czytelnika od poczucia niezwykłej lecz jednak namacalnej rzeczywistości.

„Największa przyjemność świata” to specyficzna, ale wciągająca powieść detektywistyczna. Nie jest to opowieść w stylu noir z klasycznymi, milczącymi i brzuchomówiącymi detektywami w szarych prochowcach. Brandt to heros nowego tysiąclecia, rozgadany poza granice ludzkiej wytrzymałości i obdarzony głową, w której dzieje się zbyt wiele, by to opisać. Dzięki niezłej – choć wcale nie rewelacyjnej – intrydze, ogromnej dozie humoru i równie sporej dawce tytułowej, największej przyjemności świata jest to książka, która nawet jeśli irytuje czytelnika oczekującego bardziej intelektualnego traktowania, to i tak nie odstraszy na tyle, by jej nie dokończyć. Zwłaszcza iż fabuła (jak to czasami bywa) nie obraża inteligencji czytającego, a jedynie się z nią przekomarza. Mówiąc krótko, jest to lektura lekka, miła i przyjemna. Co należało udowodnić.

Artur Brandt #2 - Największa przyjemność świata

Autor: Jacek Dąbała
Wydawnictwo: Red Horse
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 6/2008
Seria wydawnicza: Tajna StrEFA
Liczba stron: 304
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60504-99-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 6,99 zł


blog comments powered by Disqus