Recenzja książki "Inquisitor. Zemsta Azteków"
Kiedy „Inquisitor. Zemsta Azteków” wpadł w moje ręce, nie za bardzo wiedziałem co z tą pozycją zrobić. Podejrzany tytuł, okładka z gatunku wybitnych-inaczej i zawarta na ostatniej stronie obietnica przeżycia literackiej przygody rodem z horroru klasy „C” (tutaj następuje ten moment, w którym wszyscy, unisono, robimy głośne „brrr” i otrząsamy się z przerażeniem). Być może dlatego powieść Jacka Inglota przeleżała na półce kilka miesięcy, nim uznałem ją za zdatną do konsumpcji. Ale jak już zacząłem czytać, to… przepadłem z kretesem. Niemal. „Inquisitor” to czytadło miłe, lekkie i przyjemne, świetnie napisane, zasysające niczym dziura budżetowa (lub inne fenomeny astralne), lecz nie doskonałe, co za chwilę zostanie mniej więcej wyjaśnione.
Zacznijmy od przewodnika po strukturze. Na tomik składają się trzy części – jedna umiarkowanych rozmiarów powieść (tytułowa) oraz dwa autonomiczne opowiadania. Powieść sama w sobie również została podzielona na trzy duże rozdziały, będące osobnymi acz układającymi się w jedno kontinuum wątkami. Dla ułatwienia, w niniejszej recenzji zajmę się powieścią, ale prawie wszystko, co zostanie o niej napisane, z powodzeniem stosować można do całej trójcy tekstów.
Fabuła „Inquisitora” – na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka – nie należy do odkrywczych. Oto mamy polską szkołę, miejsce wprost stworzone dla opowieści grozy, tyle że zbyt straszne, aby pojawiało się w nim cokolwiek poza nauczycielami i ubezwłasnowolnionymi przez MEN uczniami (to, jak sami przyznacie, wystarcza na nielichą makabrę samo w sobie…). A jednak (ironia), właśnie tam dochodzi do starcia pomiędzy siłami dobra i zła, reprezentowanymi przez domorosłego inkwizytora-polonistę oraz… Dymiące Zwierciadło, Tezcatlipocę, azteckie bóstwo chaosu, zniszczenia i ambiwalencji. Brzmi banalnie, prawda? Ale banalne nie jest, a przynajmniej nie do końca. Zarys historii wskazuje na możliwość zaistnienia w rozwinięciu fabuły dość klasycznego horroru ze wszystkim należnymi mu szykanami, by wymienić tylko oceany krwi i roje przelatujących we wszystkie strony kończyn. Śpieszę zapewnić, że opcja ta nie została zrealizowana. Inglot poszedł w inną stronę.
„Inquisitor” nie jest horrorem – to pewne. Czym jednak właściwie jest? Odpowiedź na to pytanie jest skomplikowana. Mamy tutaj trochę „paranormalu”, może nawet fantastyki (wszak, jak by na to nie spojrzeć, bogowie pchający swoje brudne łapy w ziemskie sprawy nie stanowią elementu typowego dla opowieści całkowicie racjonalnej, prawda?), ale i ten trop nie jest do końca właściwy. Gdyby szukać możliwie najbliższego skojarzenia, to wytypowałbym dość nietuzinkową hybrydę „Egzorcysty” z… „Młotem na czarownice”, przy czym nie o „Malleus Maleficarum” chodzi, lecz o młodszego i zabawniejszego kuzyna, mianowicie serię książek Jacka Piekary poświęconą Mordimerowi Madderdinowi. A skoro już o tym mowa, oryginalny „Malleus…” jest głównym narzędziem pracy bohatera „Inquisitora”, który – przypomnijmy – jest mimo wszystko polonistą, nie zaś pracownikiem wydziału operacyjnego Kongregacji do Spraw Wiary. Uff… ciężka sprawa, sami przyznacie.
O niezwykłości „Inquisitora” świadczy kilka cech. Przede wszystkim, bardzo konkretne ulokowanie akcji w świecie licealnym: szkoła bynajmniej nie jest szarym, losowo dobranym tłem, lecz dość intrygująco odwzorowanym środowiskiem, doskonałym dla tego typu wydarzeń. Inglot nie przypadkiem sięgnął po ten właśnie repertuar. Będąc nauczycielem (przynajmniej przez chwilę), zdołał się przyjrzeć szkolnym realiom od wewnątrz, a pisarski umysł i skłonność do obserwacji wzbogacona o umiejętność fascynującego wnioskowania, pozwoliły mu stworzyć naprawdę świetny obraz „polskiej budy”. Być może zabrzmi to dziwnie, ale fragmenty poświęcone nauczycielskiemu losowi, przeplatające się opisy uczniowskiej zaradności i belfrowskiego „spsienia”, stanowią mocną stronę książki. Mocną i niezwykle zabawną – zaufajcie mi na słowo: zapewnią Wam mnóstwo okazji do spontanicznego wybuchania niepowstrzymanym śmiechem. Jeśli uzupełnimy powyższe o akcenty… erotyczne, z młodziutkimi uczennicami w rolach głównych, bardzo skłonne do pozbywania się ubrań przy każdej okazji, tudzież bez okazji, mniej więcej uświadomimy sobie, jak smakować może „Inquisitor”.
Książka Jacka Inglota jest czytadłem świetnym, bardzo sympatycznym w odbiorze. Z drugiej strony, nadmierna lekkość literackiego bytu nie pozwala pochwalić „Inquisitora” w pełni. Oto typowy pat recenzencki: ile dziegciu, a ile miodu powinno się znaleźć w tekście poświęconym takiej pozycji? W praktyce, wszyscy łatwo popadamy w pozorny przymus topienia w błocie rzeczy „niezbyt ambitnych”, ale przecież jakże często zdarza się nam szukać właśnie takich książek: gładko wchodzących, zapewniających godziwą rozrywkę i wcale niegłupich? „Inquisitor” w pełni łapie się do tej właśnie kategorii – mimo pewnych niedociągnięć, sporadycznych niekonsekwencji i nadmiernych uproszczeń, zasługuje na znalezienie się w koszyku lektur na święta czy wakacje, jak na udany warsztatowo, zabawny i zaciekawiający quasi-thriller przystało.
Inquisitor. Zemsta Azteków
Autor: Jacek InglotWydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2006
Liczba stron: 328
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7054-181-X
Wydanie: II
Cena z okładki: 37,90 zł
--- Reklama ---
Sklep
Forum