Recenzja książki "Czarna bandera"

Autor: Sir Alexander
7 czerwca 2008

Karaiby. Ciepłe morze usiane malowniczymi i pięknymi wysepkami, na których nietrudno zarówno o orzechy kokosowe, jak i wdzięczne tubylcze niewiasty. Miasta portowe słynące ze swojego bogactwa, normy moralne nieprzestrzegane przez nikogo, galeony wyładowane drogimi towarami, złoto płynące brzęczącą strugą z kieszeni do kieszeni, z wyspy do wyspy i z miasta do miasta. Raj na ziemi, prawda? Tak, ale czy raj mógłby istnieć bez złowrogiego węża, niecnie wyciągającego swe oślizłe ciało po owoce trudu ludzkiej i boskiej pracy? Takąż wężową rolę na Karaibach odgrywali piraci – korsarze, bukanierzy... Ludzie wyjęci spod prawa i przez nie ścigani, a przy tym będący nieodłącznym elementem karaibskiego krajobrazu. I spójrzmy prawdzie w oczy: czy gdyby zabrakło piratów – i romantycznie okrutnych, i bezwzględnych łotrów – ktokolwiek pamiętałby o tych szalonych latach, kiedy niezależni samotnicy stawali dumnie w szranki przeciwko potężnym okrętom europejskich mocarstw? Pewnie nie. Nie raz i nie dwa na niegościnne, ale jakże urocze wody pirackich mórz zabierali nas rozliczni twórcy, zarówno pisarze, jak i filmowcy, aż doczekaliśmy się w końcu tego pięknego dnia, gdy w rejs ku przygodzie zabrał nas nasz najbardziej obiecujący marynistyczny pisarz, Jacek Komuda.

Być może niepotrzebne nazwałem Komudę marynistą. Wsławił się on bowiem kilkoma pozycjami nie mającymi zgoła nic wspólnego z morzem. Jednak moim zdaniem, prawdziwym przełomem w jego karierze było wydanie „Galeonów wojny”. W niezwykle klimatyczny i realistyczny sposób odmalowały one współczesnemu czytelnikowi dramatyczne losy morskich zmagań Rzeczypospolitej naszych szlacheckich przodków z niecną potęgą Szwedzkiego agresora. Komuda, który z jakichś przyczyn uchodzi za anty-Sienkiewicza, ma bardzo dużo do powiedzenia w sprawach tyczących się ważnych momentów Polskiej historii, ale, jak się okazuje, chwyciwszy bakcyla morskich przygód, potrafi się też pokazać z zupełnie innej strony. „Czarna bandera” nie ma nic wspólnego z uwielbianą przez niego „polską” tematyką, jeśli nie liczyć pojawiających się w tekście dwóch lub trzech wzmianek o Gdańsku. Tym razem Komuda z impetem wkroczył w świat mało eksploatowany przez naszych twórców (swoją drogą ciekawe, czemu tak rzadko czerpiemy z tego nieskończonego rogu obfitości?), czyli w świat karaibskich piratów.

„Czarna bandera” nie jest powieścią. To zbiór sześciu średniej wielkości opowiadań. Ich bohaterami są ludzie wyjęci spod prawa i pozbawieni wszelkich skrupułów, czyli wspomniani już bukanierzy. W „Galeonach wojny” Komuda balansował na krawędzi fantastyki, na kartach powieści ożywił legendarnego lewiatana, choć jedynie na krótką chwilę. Tym razem nasz marynista poszedł na całość i każde z sześciu opowiadań zabarwił pigmentem niezwykłości. Bohaterowie, zbrojni w kordelasy i muszkiety, mierzyć się bowiem muszą z rozmaitymi przedstawicielami sił nieczystych: demonami, przeklętymi nieumarłymi bądź w ostateczności czcicielami szatańskich mocy.

Barwna. To słowo nieźle oddaje klimat książki. Zestaw historii prezentuje się ciekawie, by nie powiedzieć nawet: arcyciekawie, chociaż nie mogę się powstrzymać od jakże złośliwego stwierdzenia, że lepiej byłoby im... osobno. A to z tej prostej przyczyny, że są po prostu zbyt do siebie podobne. Och, nie zrozumcie mnie źle. Bohaterowie są inni, inne noszą miana okręty, na których stawiają czoła przeciwnościom losu, ale schemat poszczególnych opowiadań jest uderzająco podobny. Oto bowiem jakaś siła nieczysta zostaje mniejszym lub większym przypadkiem uwolniona/przyzwana/obudzona (niepotrzebne skreślić) i aby ją powstrzymać, bohater musi zniszczyć okręt i samego siebie. Cóż za altruizm! Wszak nie od dziś wiadomo, że piraci byli porządnymi ludźmi, tylko nie stać ich było na porządnych krawców. Prawda jest taka, że schematyczność wylewa się z książki i jedynie talentowi pisarskiemu Komudy zawdzięczać należy, że nie toniemy wraz z lekturą pod ich ciężarem. A że „Czarna bandera” nie utonie, tego jestem pewien, gdyż wspomniany mankament, nawet jeśli obniża jej wartość, nie jest w stanie odebrać wiatru jej żaglom. Świetny język, momentami ciekawe poczucie humoru, fascynująca akcja – to bez wątpienia atuty „Czarnej bandery”. Niektórzy jednak, także ja, pozostaną nieutuleni w żalu, a raczej w świadomości, że jest dzieło zmarnowane. Świetne, chociaż mogło być genialne. Jako niepoprawny wielbiciel Jacka Aubreya (cykl powieści Patricka O'Briana) oraz Horatio Hornblowera (ukłony dla C.S. Forestera), a także, od stosunkowo niedawna, Arendta Dickmanna (vide nasz Komuda) oczekiwałem czegoś, co rozświetliłoby świat epopei morskich. Połączenie marynistyki z fantastyką (czego przecież próbował także Feliks W. Kres w „Królu bezmiarów”) to niezupełnie to, czego oczekiwałem.

Aby podsumować powyższe rozważania, krótko i zwięźle napiszę: bardzo dobra lektura, porywająca i wciągająca. Godna polecenia, choć dla fanów twardej i realistycznej marynistyki, której próbkę Komuda dał w „Galeonach”, może to być orzech cokolwiek trudny do zgryzienia.

Czarna bandera

Autor: Jacek Komuda
Okładka: Piotr Cieśliński
Ilustrator: Jarosław Musiał
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 3/2008
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 384
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-000-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł


blog comments powered by Disqus