Diabeł (Łańcucki) tkwi w szczegółach

Autor: Wojciech Kobza
26 września 2007

Czołem Waszmościowie! Do mej atencji doszło, że imć Jacek Komuda herbu Kościesza opublikował, za pośrednictwem wielmożnego wydawcy o wdzięcznej nazwie Fabryka Słów, swą nową powieść o tytule Diabeł Łańcucki. Ku mej uciesze nie jest ona tak wtórna, jak poprzedni zbiór opowiadań, Czarna Szabla. Diabeł Łańcucki po raz kolejny przenosi nas w czasy Polski szlacheckiej, gdzie honor i fantazja były bardziej cenione niż złoto, a szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Zatem zajrzyjcie poniżej, co też myśli o tym dziele wasz uniżony sługa...

Ku radości gawiedzi autor opisuje niezwykle skomplikowaną historię, w której udział biorą: tytułowy Stanisław Stadnicki, dobrze wszystkim znany (i lubiany!) Jacek Dydyński oraz rodzina Dwernickich z córką Konstancją na czele. Poza tymi wszystkimi bohaterami mamy, jak zwykle, do czynienia z całym pocztem wszelkiej maści hultajów, pieniaczy i pijanic, tworzących tło i koloryt, tak niezbędne do odtworzenia klimatu tamtych czasów.

Powieść przedstawia konflikt Stanisława Stadnickiego, wielkiego pana na Łańcucie, z zaściankiem imć Dwernickich, na których wyjątkowo zagiął on parol podczas swych typowych utarczek z sąsiadami. Pewnikiem rodzina zostałaby zchłopiona, gdyby nie pojawienie się pewnego starego pielgrzyma oraz nagła decyzja zmiany „frontu” przez Jacka. Z każdą stroną fabuła zaczyna się coraz bardziej gmatwać, lecz zakończenie, uwierzcie mi Waszmościowie, wyjaśnia wszystko.

Język, jakim się posługuje autor, jest barwny i żywy, a pewne sceny (jak chociażby kilkustronicowy opis jarmarku) zapadają na długo w pamięć. Jak zwykle u Jacka, wszelkie szczegóły są dopięte na ostatni guzik w żupanie, co jeszcze bardziej uatrakcyjnia książkę. W żadnym momencie nie dane nam będzie się nudzić. Choć w pewnej chwili zorientowałem się, że fabuła coś mi przypomina, a, po głębszym zastanowieniu się, stwierdziłem, że jest to Siedmiu samurajów. Toteż z jeszcze większą ciekawością zacząłem zgłębiać treść książki. Nie myślcie sobie jednak Waszmościowie, że treść książki to kalka tamtego dzieła! O nie!

A nawet jeśli język powieści, w którym spotkamy dużo słów staropolskich i bardziej fachowej mowy, będzie dla nas zagmatwany, to nic! Komuda zamieścił na końcu słowniczek, wyjaśniający w prosty i przystępny sposób wszelkie zawiłości (podobnie było w Bohunie tegoż autora). I jeszcze na samym końcu mamy notę, która tłumaczy pewne wydarzenia i sytuacje napotkane w powieści oraz zmiany, jakie zostały wprowadzone na rzecz opowiadanej historii.

Pomimo tego, że tekst ten może przypominać pean na temat imć Komudy (herbu Kościesza), uwierzcie swemu uniżonemu słudze, że wszystko to prawda. W przeciwieństwie do poprzedniego tomiku opowiadań, który był dość odtwórczy (wiele opowiadań z niego było zamieszczanych już wcześniej w gazetach i innych zbiorach), Diabeł Łańcucki to zupełnie nowa historia. Jedyne, co zastanowiło mnie przez chwilę, to tytułowy Diabeł Łańcucki. Stanisław Stadnicki przemyka na stronach książki gdzieś z boku, przytłamszony przez Jacka Dydyńskiego, Konstancję Dwernicką i innych niczym samotna chorągiew husarska przez ordę dzikich tołchajów. Lecz nie mnie, uniżonemu słudze, ingerować w koncept Jaśnie Oświeconego Autora.

Z czystym sercem mogę polecić Diabła Łańcuckiego wszystkim, którzy już znają twórczość Komudy, i tym, którzy pierwszy raz po nią sięgną. Jest w niej coś, co sprawia, że choć na chwilę chciałoby się przenieść w tamte czasy i, jako jeden z Panów Braci, wziąć udział w zajeździe czy bijatyce. Dlaczego tak jest? Nie wiem, pewnie Diabeł (Łańcucki) tkwi w szczegółach!

Diabeł Łańcucki

Autor: Jacek Komuda
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 2007
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 528
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-56-4
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł


blog comments powered by Disqus