"Matka mojego mordercy"
Minęło pół godziny, od kiedy doszedłem do wniosku, że to nie ból oczu sprawia, że nic nie widzę.
Przecież zawsze, kiedy bolały mnie oczy, mimo wszystko coś jednak widziałem. Teraz nie widziałem nic... a zarazem odczuwałem wszystko. Pomimo, że miałem, jak sądzę, zamknięte powieki, dostrzegałem spłowiały i lekko wytarty kolor mojego starego garnituru, niedawno wypastowane buty, które były jedną z najbrzydszych par butów, jakie w życiu widziałem oraz chropowate miejsca na deskach nade mną. Wszystko oblane czernią. Mimo, że głowę miałem zupełnie odrętwiałą, czułem trociny ugniecione wewnątrz poduszki, na której mnie ułożono. Do tej pory zawsze myślałem, że w tych poduszkach również znajdują się pióra, puch czy co tam miękkiego wkładają zwykle do poduszek, ale niestety - są tam tylko trociny i brud zmieciony przypadkowo z podłogi przez pracowników zakładu.
Minęło pół godziny, od kiedy zorientowałem się, że nie żyję i leżę w trumnie. Kilka razy w życiu, kiedy byłem wyjątkowo naćpany, zastanawiałem się nad tym jak by to było, jeśli pewnego dnia odzyskałbym świadomość martwy, zakopany w tym ostatnim na świecie środku transportu, który jeździ tylko w górę albo w dół, jak winda, a różniącym się od niej tylko brakiem przycisku, którym decydujesz gdzie jechać. Decydujesz wcześniej. Zawsze wydawało mi się, że okropnie bym się wtedy bał - tak bardzo, że po kilku minutach zwariowałbym, albo zadławił ze strachu własną śmiercią.
Nic podobnego.
Leżałem w trumnie całkiem świadomy już od pół godziny. I co? Ogarniała mnie jakaś nieopisana błogość, przeczucie, że za chwilę wydarzy się coś naprawdę ważnego. Coś, po czym całe moje życie znaczyć będzie tyle, ile jeden ruch pierwotniaka znaczy w obliczu implozji galaktyki.
Jedyne, co mnie dręczyło, to niejasne okoliczności, w jakich umarłem.
Jeśli dobrze pamiętam, po tym jak dziewczyna Bartka - mojego najlepszego kumpla - zgubiła tę pieprzoną lalkę, zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Bartek zerwał z laską jeszcze tego samego wieczoru, jego matka dostała ataku psychozy a samą Martę gdzieś wcięło. Pamiętam jak szukaliśmy tej jej lalki - wszyscy, ja, Bartek, Michał i jego łysy kumpel bez szyi - ale w parku, gdzie zgubiła ją Marta nie było śladu Svesty.
Kolejny szczegół tamtego wieczoru, jaki utkwił mi w pamięci, to nieopisany stan mojego umysłu - coś nakazywało mi ukrywać przed Bartkiem zawartość plecaka, który nosiłem ze sobą. Zielonobrązowy tornister w łatki, jedna z najobrzydliwszych rzeczy, jakie można sobie wyobrazić, towarzyszył mi przez cały wieczór, jednak nie pamiętam do końca, co znajdowało się w środku, ani dlaczego tak usilnie chciałem zataić jego zawartość przed przyjacielem.
Mdły zapach drewna i wilgoci dotarł do mnie nie przez nos, lecz przez umysł. Byłem ciekaw, jak długo leżałem pod ziemią a także, kiedy moje ciało zacznie... nie, lepiej o tym nie myśleć. Nie czułem, czy ktoś ubrał mnie w bieliznę (podejrzewam, że raczej nikt się tym nie trudzi chowając zmarłych), ale pamiętam program w telewizji, w którym mądre głowy wypowiadały się, jak to zwieracz po śmierci potrafi wypuścić z człowieka bardzo dużo syfu. Miałem tylko nadzieję, że opowieści tych ludzi były mocno przesadzone.
Pan Los, żartowniś jakich mało, związał Martę z lalką Svestą chyba na pierwszym roku studiów. Pamiętam, jak opowiadała, że znalazła ją, kiedy wychodziła z warzywniaka. Lalka siedziała ponoć przy krawężniku i patrzyła na nią swoimi czarującymi oczyma. Svesta była zszarzałą ze starości zabawką o długich mysich włosach i szklanych oczach. Mimo, że Marta prała ją kilka razy w pralce, brudny kolor nie chciał zejść za cholerę, jakby wżarł się w pluszowe ciałko. Ubrana była w brązowe spodnie ogrodniczki, złośliwy stwórca sprawił jej też dłonie bez palców. Cholera, gdyby tak ożywić wszystkie nasze zabawki z dzieciństwa, nie wybaczyłyby nam takiego chamstwa. Ślepe misie, lalki bez palców i bojowe roboty ze złączonymi nogami. I jak tu żyć?
Od tamtej chwili, gdy Marta znalazła lalkę, ta - nie wiedzieć czemu - zaczęła odgrywać istotną rolę w jej życiu. Dziewczyna Bartka czyściła jej ubranie, dbała o fryzurę i stawiała co wieczór obok łóżka. Coraz częściej była zamyślona, smutna, zrobiła się takim ponurakiem. Uważaliśmy to z Bartkiem za dziwactwo, ale nikt za bardzo się tym nie przejmował - ot, kolejny głupi pomysł, następny etap po kilkuletniej fascynacji serialem Beverly Hills i następującej po nim obsesji na punkcie Kelly Family. Widocznie się myliliśmy.
Po tym, jak Marta zgubiła lalkę, widocznie musiała bardzo pokłócić się z Bartkiem i zerwali ze sobą. Pamiętam doskonale, że próbowałem tego wieczoru dodzwonić się do niej (gówniany obowiązek przyjaciela - pakowanie się w bagno wyrzutów i kłótni pomiędzy kumplem i jego dziewczyną), ale miała wyłączony telefon. Zwykły babski foch, myślałem wtedy. Bartek zresztą też. Widocznie znów się myliliśmy.
Czy ten szelest u góry to dźwięk desek wypaczających się pod wpływem wilgoci czy coś zupełnie innego? Mam nadzieję, że to nie żaden robak albo, co gorsza - szczur. Ale chyba szczury nie chodzą pod ziemią... Jezu! Nie wiem. A krety? Krety na pewno. Szelest po chwili ucichł, pozostawiając po sobie nadzieję, że to faktycznie deski.
Jedna z najdziwniejszych rzeczy, które wydarzyły się tamtego wieczoru, to nagły atak choroby umysłowej mamy Bartka, bo nie pamiętałem, żeby wcześniej wspominał o jej problemach psychicznych. Z drugiej strony, pewnie też bym mu nie powiedział, gdybym był na jego miejscu - nierówności pod sufitem u własnej mamy to rzecz, którą raczej nikt się nie chwali. W każdym razie, po tym, jak Bartek wrócił do domu z parku, gdzie szukaliśmy tej pieprzonej Svesty, pani Wiesława dostała ataku szału i wygadywała chyba straszne rzeczy. Kiedy wyszedł do nas na klatkę, zbeczał się jak dzieciak. Powiedział tylko, że z mamą coś nie tak i wrócił do domu. Kurcze, było mi go żal.
Kiedy tak człowiek wspomina sobie wydarzenia pokryte świeżym kurzem czasu, wszystko zaczyna odkrywać się po kolei niczym krajobraz widziany przez rozpływającą się w powietrzu mgłę. Po rozstaniu z Bartkiem Michał poszedł do siebie a ja nie wiedzieć czemu udałem się na dworzec kolejowy. Blok, w którym nadal mieszkałem z rodzicami oddalony był o dwie przecznice od dworca i lubiłem wieczorami poszwędać się po opuszczonych torowiskach.
Za torami, idąc chaszczami w lewo można było dojść do starych traktów, zrujnowanych maszyn i straszących czarnymi oknami stróżówek. Tam też spotkałem Martę.
Ponownie usłyszałem szelest - tym razem jakby bardziej z góry, nad trumną. Miałem szczęście, że żaden robal ani inny mały nocny stwór nie wszedł jak dotąd do środka, ale ewidentnie coś szurało niedaleko od trumny. Miałem gorącą nadzieję, że da sobie spokój.
Marta wyglądała bardzo pociągająco - zawsze uważałem ją za atrakcyjną dziewczynę, ale tym razem sprawiała wrażenie jeszcze ładniejszej. Spacerowała powoli po zarośniętych trawą i chwastami torach, patrząc daleko w horyzont. Wcale nie zdziwiła się, kiedy do niej podszedłem.
- Cześć złodzieju - powiedziała. Jej głos przypełzł do mnie powoli, niczym wąż wślizgujący się w ucho.
- Cześć - odpowiedziałem i zdjąłem plecak. Ze środka wyjąłem lalkę Svestę i oddałem ją Marcie.
- Każdy chce ją mieć, ale jest tylko moja - syknęła z moją stronę - dobrze, że to zrozumiałeś.
Wcale nie zrozumiałem, wręcz przeciwnie - wiem, że lalka należała tylko i wyłącznie do mnie. Jedynym sposobem, żeby mieć ją na zawsze dla siebie, było pozbycie się tej dziwki Marty. W srebrnym świetle niemego księżyca złapałem ją wpół i przewróciłem na ziemię, przyciskając własnym ciałem. Kiedy zacząłem ją dusić, lepka ciemność zalała świat i nic więcej nie pamiętam. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszałem przed śmiercią były słowa Bartka, które dotarły do mnie w urywanych fragmentach: "...i to ma być przyjaciel... mama miała rację...oddaj mi tę lalkę...wiesz, że należy do mamy..."
Szuranie nade mną chyba się wzmogło. Równocześnie odczuwałem coraz większą błogość, jak bym za chwilę miał się rozpłynąć. Coś miało się wydarzyć i miałem wrażenie, że jest to jedna z tych rzeczy, o których słyszałem w życiu dziesiątki razy - jako dziecko w kościele, jako dorosły w bramie pod blokiem, od najstarszych na świecie żuli.
Na naszym osiedlu, obok supersamu stał stary bunkier. Kiedyś skakałem z niego rowerem i raz z wysokości dwóch metrów zwaliłem się plecami na beton. Pamiętam, że nie czułem wtedy bólu, tylko brak tchu i takie mrowienie w piersiach - jakby tysiące motyli obudziło się nagle w moich płucach. Teraz zacząłem czuć się podobnie - coś rozpierało mnie od środka, rodziło się we mnie, rosło. Kurcze, nie, to ja rodziłem się i rosłem. Nagle, uczucie ustało równie niespodziewanie, jak się pojawiło.
Powróciłem pamięcią do wydarzeń sprzed kilku dni.
Dopiero teraz, kiedy wspomnienia ułożyły się w całość, zrozumiałem, że zabił mnie Bartek - zabił przez lalkę, która przecież należała do mnie. Nie wiem, dlaczego, ale tak przecież było. Sama mi to powiedziała... Co ja bredzę?! I co tam tak szura, do jasnej cholery??
- Hej, wynoś się stąd zasrany krecie, słyszysz?! Wynocha - gdybym mógł krzyczeć krzyknąłbym coś podobnego.
Jedna rzecz wciąż nie dawała mi jednak spokoju.
Matka Bartka - dlaczego uważała mnie za kogoś złego? I czy miała wcześniej styczność z tą upiorną lalką? Moją lalką? Wtem, przed oczami stanął mi niewyraźny obraz pani Wiesławy podchodzącej ukradkiem do warzywniaka i układającej lalkę pod sklepem przy krawężniku. Widziałem, jak lalka przewraca się na bok, kiedy matka Bartka szybko wbiega za blok i jak sama podnosi się do pozycji siedzącej patrząc na mnie szklanymi oczyma.
Teraz wiedziałem już chyba wszystko. Całej tej idiotycznej sytuacji, która doprowadziła do mojej śmierci winna była matka mojego mordercy. Lalka, należąca do pani Wiesławy, od samego początku nienawidziła Bartka, mnie i Marty, dlatego chciała żebym ją udusił. Potem sprawiła, że Bartek zabił mnie.
Nagle dotarło do mnie, że szuranie, które słyszałem od jakiegoś czasu, zamieniło się w miarowe odgłosy odgarnianej ziemi. Świadomość spadła na mnie niczym lepki całun. Svesta postanowiła nawet po śmierci nie dawać mi spokoju. Chwilę później powróciło błogie uczucie w sercu i poczułem, jak spomiędzy atomów składających się na komórki budujące moje powieki, zaczyna sączyć się światło. Nie, światło przy tym blasku to zdmuchnięta świeczka przy rozrywającej ciemność na strzępy supernowej. Coś tak potężnego, że jeśli nie był to Bóg, to tylko ze względu na nazwę.
Równocześnie, głuche odgłosy szpadla tuż nade mną stawały się szybsze, bardziej nerwowe. Opętawszy matkę Bartka, odrzucając jej rękoma kolejne grudy ziemi, spieszyła do mnie lalka Svesta. Już zrozumiałem czyj wzrok krył się za jej szklanymi oczyma. Boże!
Przerażenie, ustami, uszami i nosem, wlało się do mojej martwej głowy a wraz z nim pojawił się obraz. Przedstawiał brudną sklepową wagę z osiedlowego warzywniaka, tego samego, w którym kilka razy w tygodniu kupowałem ziemniaki i przed którym Marta znalazła podstawioną przez matkę Bartka lalkę. Nie sposób opisać wszystkiego, co znajdowało się na obu jej szalach. Niemożliwe, że to wszystko się tam zmieściło.
Gdybym tylko wiedział wcześniej...
Przecież wiedziałem.
Zamykam oczy, te w środku. I czekam.
Sklep
Forum