Fragment #1 z książki "Ceremonia"


Prolog

Ból z każdą chwilą przybierał na sile. Był przekleństwem dla zwiotczałych mięśni, wżerał się w ciało z niszczycielską pasją, szarpał nerwy napięte do granic wytrzymałości. Bladą jak papier twarz wykrzywiał grymas cierpienia. A przecież ten młody mężczyzna wisiał na krzyżu dopiero od kilku minut.

Nikt nie protestował. Żadna ze stojących dookoła osób nie kiwnęła palcem, żeby oszczędzić mężczyźnie straszliwych męczarni. Jakby to była scena z filmu, a krzyż z przybitym do niego człowiekiem stanowił fragment mrocznej dekoracji.

Jednak to nie był film. Mięśnie rwały niemiłosiernie. Cierpienie było prawdziwe. Z dłoni i stóp przebitych gwoździami sączyły się strużki krwi.

– Boże... Boże... – szeptał żałośnie ukrzyżowany.

Gromada ludzi skupiona wokoło milczała z pokorą, jakby wszystkim nagle odebrało mowę. I tylko ksiądz w czerwonym ornacie czynił w powietrzu znak krzyża, pragnąc tym gestem dodać otuchy mężczyźnie, z którego powoli uchodziło życie.

Twarze ludzi były poważne, niemal kamienne. Pewnie pytano w myślach: Jak długo to jeszcze potrwa? Jak wiele bólu może znieść człowiek? Ile cierpienia jest w stanie wytrzymać ludzki organizm?

– Boże... – szept ukrzyżowanego przerodził się w jęk.

Przebite dłonie i stopy bolały coraz mocniej. Drętwiały rozpostarte szeroko ramiona. Każda tkanka ciała zdawała się błagać o litość. Daremnie.

Zmierzch osiadał na niebie łagodnie jak popiół i gdyby nie ten krzyż i wiszący na nim mężczyzna, można by podziwiać piękny zachód słońca. Krwistoczerwona tarcza rozsiewała wokół resztki swego blasku, niknąc powoli za linią horyzontu.

Ksiądz zaczął śpiewać uroczystym głosem:

– Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie…

Ludzie szybko podchwycili pieśń i zaraz potem śpiewali już wszyscy:

– Światłość wieczna niech mu świeci, gdzie królują wszyscy święci...

I słowa pieśni leciały ku niebu, zagłuszając jęki ukrzyżowanego.

1

Grube krople deszczu spływały po szybie. Telefon na biurku milczał jak zaklęty. Rafał Kamiński obgryzał nerwowo paznokcie, przeklinając w duchu horrendalną nudę. Miał dość historyjek o bezdomnych kotach, idiotycznych skarg na dziurawe drogi i zrzędzenia różnych życiowych rozbitków. Czekał na coś ekstra, coś specjalnego, co wydobyłoby go z marazmu i dało mu kopa. Tymczasem nic niezwykłego nie chciało się dziać, jakby rzeczywistość postanowiła zanudzić go na śmierć swoją zwyczajnością.

Projekt nadziemnej kolejki w Rzeszowie wszystkim już się opatrzył. Podwójne zabójstwo w stadninie koni koło Rymanowa dawno zeszło z pierwszych stron gazet. Nawet strajk pielęgniarek w przemyskim szpitalu odchodził z wolna w niepamięć. I nic w zamian. Żadnej afery. Żadnej niespodzianki. Od paru dni trwała straszliwa posucha. Na samą myśl o tym Rafała skręcało w żołądku.

Niechby gdzieś coś wybuchło, zerwał się most na Wisłoku albo przynajmniej spadł zegar z ratuszowej wieży. Niechby jakiś wpływowy polityk okazał się członkiem ukraińskiej mafii. Na nic takiego się jednak nie zanosiło, a ulewa za oknem redakcji pogłębiała depresję Rafała.

Za dwa miesiące stuknie mu trzydziestka. Czy facet w tym wieku nie powinien brać życia pełnymi garściami? Przecież deszcz nie jest wart tego, by się nim przejmować, a brak sensacyjnych tematów to nie koniec świata. Jeszcze niedawno Kamiński tak właśnie myślał. Młody, przystojny, wysportowany. Kobiety wzdychały na jego widok, a gdy się uśmiechnął, niejedna z nich miała ochotę wskoczyć mu do łóżka. Ale on miał już dziewczynę i żadna inna nie była mu potrzebna. „Szczęściarz” – mówili o nim koledzy, patrząc z zazdrością na jego Agnieszkę. Smukła, urocza brunetka robiła duże wrażenie. Mieszkali razem w małej kawalerce na jednym z rzeszowskich osiedli, wspólnie z Atosem – brązowym jamnikiem.

Wydawać by się mogło, że chwycił Pana Boga za nogi. Praca w gazecie była dopełnieniem jego udanego życia. Już w szkole średniej wiedział, że będzie dziennikarzem. Nieraz pisał zadania domowe swoim kumplom z klasy, biorąc honorarium w postaci mlecznej czekolady albo garści krówek. Miał dobre pióro i talent. To wystarczyło, by po skończeniu studiów dziennikarskich znaleźć etat w redakcji. Szybko zdobył zaufanie szefa, który docenił jego błyskotliwość i coraz częściej zaczął mu zlecać tak zwane „trudne tematy”. Kamiński był w swoim żywiole. Gdy złapał odpowiedni temat, był nieprzejednany. Z oddaniem realizował dziennikarską pasję i chociaż to przecież niełatwe, szczęśliwie ją łączył z życiem osobistym. Takie przynajmniej sprawiał wrażenie.

W rzeczywistości jego związek z Agnieszką wcale nie był taki beztroski, jak się mogło wydawać. Z zewnątrz niby wszystko wyglądało w porządku, lecz od pewnego czasu kobieta robiła Rafałowi wymówki, że za bardzo myśli o dziennikarstwie, a za mało o niej. Godzinami potrafił rozprawiać o swojej profesji, o frapujących tematach, jakie właśnie realizował, o pomysłach, które wciąż mu krążyły po głowie. Agnieszka cierpliwie wysłuchiwała jego rewelacji, choć tak naprawdę była nimi coraz bardziej znudzona. Dla niej ważniejsza stała się inna strona życia, ta, której Rafał zdawał się nie dostrzegać. Nieraz próbowała mu zwrócić uwagę na to, co zwyczajne, oczekując tego, czego zwykle oczekują od mężczyzn kobiety: czułego gestu, komplementu czy choćby kilku banalnych słów na temat nowej sukienki lub nowej fryzury. Tymczasem Kamiński żył marzeniami.

Agnieszka traciła cierpliwość, czyniąc coraz częściej aluzje do egoizmu Rafała, aż wreszcie pewnego dnia w przypływie bezsilności wyrzuciła z siebie frustrację i żal.

– Myślisz wyłącznie o sobie! – krzyknęła prosto w twarz zdumionemu mężczyźnie. – Kim ja dla ciebie jestem?! Dodatkiem do dziennikarskiej kariery?! Wciąż tylko słyszę o twoich sukcesach, o tym, co piszesz albo co chcesz napisać, a gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla mnie?! No gdzie?!

Rafał dopiero wtedy zrozumiał, że związek z Agnieszką chwieje się w posadach, lecz było za późno. Wszystko runęło jak domek z kart dwa tygodnie temu, kiedy kobieta oświadczyła, że ma już dość i odchodzi. Spakowała walizki, wzięła pod pachę jamnika i wyszła z mieszkania. Za jednym zamachem Rafał stracił dziewczynę, psa i wewnętrzny spokój. Był zdruzgotany, gdy kawalerka nagle opustoszała. To już nie było to samo miejsce, co przedtem. Snuł się po kątach mieszkania z mocno zranionym sercem jak otępiały. W jego niebieskich oczach więcej było popiołu aniżeli ognia. Trwało to kilka kolejnych dni, aż wreszcie zrozumiał, że musi zacisnąć zęby. W końcu jest facetem, a faceci nie płaczą.

Przesiadywał w redakcji całymi godzinami, wpatrując się w monitor. Niechętnie wracał do domu, w którym nikt na niego nie czekał. Przypominał wędkarza, który marzy o duuużej rybie. Chętnie by się zajął jakimś „trudnym tematem”, by zagłuszyć żal po rozstaniu z Agnieszką, ale nie zanosiło się na to. I to go najbardziej wkurzało. Cholerna bezsilność i beznadziejne czekanie. Do tego jeszcze ta dołująca ulewa! Już otwierał usta, by rzucić jakąś kąśliwą uwagę pod adresem niebios, coś w stylu „pieprzony deszcz” albo „kurewska pogoda”, gdy zadzwonił telefon.

Podniósł leniwie słuchawkę.

– Słucham.

– Przyjdź do mnie na chwilę – usłyszał głos naczelnego.

Kamiński wstał z krzesła bez entuzjazmu i powlókł się w stronę pokoju szefa niczym skazaniec. Czego naczelny mógł chcieć od niego? Czyżby znów trzeba było wysłuchać jakiegoś frustrata? A może ponownie chodzi o bezdomne koty?

Zaklął szpetnie pod nosem i otworzył drzwi. Jego skwaszona mina wyrażała wszystko. Najchętniej wyjechałby gdzieś daleko, żeby zapomnieć o swym podłym nastroju. Niedługo przecież święta wielkanocne, a on nie chciał ich spędzać w pustej kawalerce. Miałby siedzieć samotnie przy stole i myśleć o Agnieszce? Nie. To już zamknięty rozdział. Potrzebował odmiany. I to jak najszybciej. Na razie jednak, stojąc przed biurkiem szefa, słyszał jak deszcz stuka o szyby z deliryczną pasją.

– Siadaj – powiedział naczelny, wskazując na fotel.

Stefan Kosowicz, czterdziestodwulatek, o szczupłym, nieco ascetycznym obliczu, szukał czegoś w szufladzie. Trzy lata temu stanął na czele „Głosu Podkarpacia”, po tym jak jego poprzednik przeniósł się do Warszawy, by objąć stery w jednym z krajowych pism. Kosowicz był dziennikarzem od szesnastu lat i znał się na swojej robocie. Cenił rzetelność i skrupulatność. Był wymagający, to fakt, ale potrafił stworzyć w redakcji miłą atmosferę. Nikt nie mógł na niego narzekać, a już na pewno nie Rafał, któremu naczelny nieraz podrzucał ciekawe tematy, mając jak zwykle niezachwianą pewność, że pióro Rafała rozprawi się z nimi najlepiej.

Kamiński usiadł w fotelu wciąż podminowany. Tymczasem naczelny wyjął z szuflady dużą kopertę i trzymając ją w palcach, wbił wzrok w dziennikarza.

– Widzę, że znów coś cię gryzie – stwierdził, mrużąc zielone oczy, jakby dopiero teraz do niego dotarło, że twarz Kamińskiego bardziej przypomina maskę upiora niż ludzkie oblicze.

– A z czego mam się cieszyć? – odparł Rafał i wydął usta w grymasie frustracji.

– Aż tak źle? – spytał Kosowicz.

– Fatalnie – w głosie Rafała skumulowały się wszystkie najgorsze uczucia: znudzenie, smutek i apatia polane sosem depresji.

Czuł się jak studnia bez wody albo drzewo bez liści.

Szef podał mu kopertę i stwierdził zagadkowo:

– To cię powinno zainteresować.

Rafał spojrzał na nią niemal z obrzydzeniem. Pewnie znów jakiś donos „Galla Anonima” albo list życiowego rozbitka.

Koperta była jasnobrązowa, zaadresowana dość koślawym pismem. Redakcja, ulica, numer, kod pocztowy, miasto.

Na dole widniał dopisek: Do rąk własnych redaktora naczelnego.

Rafał zerknął na szefa, jakby chciał się upewnić, że ma prawo otworzyć przesyłkę. Naczelny kiwnął zachęcająco głową i powiedział:

– Zobacz, co jest w środku.

W kopercie była kartka złożona na czworo i trzy fotografie.

Rafał rozłożył zdjęcia na stole, jedno obok drugiego. Wszystkie były do siebie podobne. Przedstawiały groby na jakimś cmentarzu: pryzma ziemi, metalowy krzyż i owalna tabliczka z danymi zmarłego. Na pierwszy rzut oka żadna rewelacja.

Kamiński wzruszył ramionami jakby chciał powiedzieć: „No i co z tego?”.

– A teraz przeczytaj list – odezwał się naczelny, robiąc przy tym tajemniczą minę.

Rafał rozprostował kartkę i kiedy dobrnął do połowy tekstu, poczuł, jak mu wilgotnieją dłonie. Nadawca listu pisał:

Panie redaktorze!

Nie mogę już dłużej milczeć na temat tego, co się dzieje w Polanie, gdzie mieszkam. To taka mała wioska w Bieszczadach niedaleko Lutowisk. Do tej pory trzymałem język za zębami, ale dłużej nie mogę. Trzeba przerwać zmowę milczenia. Zmusza mnie do tego moje sumienie. Sprawa wygląda następująco.

Od trzech lat w naszej wsi krzyżuje się ludzi. Dokładnie tak, krzyżuje albo jeśli pan woli, uśmierca na krzyżu. Co roku w Wielki Piątek ginie w ten sposób jeden mężczyzna. Do tej pory zginęło ich trzech: Józef Deręgowski (w 2008), Tomasz Pacześniak (w 2009) i Mieczysław Żurek (w 2010). Zdjęcia ich grobów na tutejszym cmentarzu załączam w kopercie.

W tym roku zawiśnie kolejna ofiara. Żeby temu zapobiec, piszę do pana ten list z gorącą prośbą o pomoc. Niech się pan pośpieszy, bo Wielki Piątek już w następnym tygodniu.

Z poważaniem – mieszkaniec Polany.

Rafał odłożył kartkę na stół i jedyne, co zdołał z siebie wydusić, zawarło się w trzech słowach:

– To jakaś paranoja!

– Tak myślisz? – spytał naczelny, skrobiąc się po głowie.

– Nie sądzisz chyba, że to możliwe – Rafał prychnął lekceważąco, jakby to, co przeczytał, było tylko makabrycznym żartem. – Jakiś dowcipniś nieźle się zabawił.

– A te fotografie? – odezwał się Kosowicz, bębniąc nerwowo palcami w biurko.

Brzmiało to jak krótkie uderzenia werbla.

– Skąd mamy wiedzieć, gdzie je zrobiono? – zapytał Rafał. – Podobne groby można znaleźć na każdym cmentarzu.

– Ale tam są nazwiska – głos naczelnego przybrał na sile. – Te zdjęcia nie wyglądają na fotomontaż.

– Chyba nie chcesz powiedzieć – Kamiński tracił powoli cierpliwość – że to może być prawdą?! Nie dajmy się zwariować. Ten list to idiotyczny żart albo dzieło szaleńca. Pamiętasz, jak w zeszłym roku jeden z mieszkańców Brzozowa twierdził, że złapał latający spodek i trzyma go w garażu?

Kosowicz uśmiechnął się na samą myśl o tym.

– Z tym listem jest na pewno tak samo – ciągnął Rafał, wskazując na zdjęcia, po czym dodał stanowczo: – To kompletna bzdura!

Naczelny milczał przez chwilę. Jego twarz przybrała wyraz głębokiej zadumy.

– Może to rzeczywiście bzdury – odezwał się wreszcie – ale nie chciałbyś tego sprawdzić na miejscu?

– Chyba żartujesz – prychnął kpiąco Rafał.

– Nie – zaprzeczył Kosowicz. – Mówię całkiem poważnie. Podobno w każdej plotce jest ziarenko prawdy.

– Przecież... – Rafał próbował się z tego wymigać, ale naczelny przerwał mu wpół słowa:

– Pojedziesz tam jutro.

– Gdzie?! – wrzasnął porządnie wkurzony Rafał.

– Do Polany. Sprawdzisz te groby ze zdjęć i pogadasz z ludźmi.

– Na litość boską, szefie... – w głosie Kamińskiego brzmiała nuta nadziei, że cała ta sprawa rozejdzie się po kościach.

– Wiem, co chcesz powiedzieć – znów przerwał mu naczelny. – Że to kompletne szaleństwo, a ja zwariowałem.

– Wyjąłeś mi to z ust – powiedział Rafał, potakując głową.

Kosowicz był nieugięty.

– Możesz myśleć, co chcesz – oznajmił dość ostro – ale nie zmienię swojej decyzji.

A potem dodał jeszcze z naciskiem:

– To polecenie służbowe.

Rafał zgrzytnął zębami, dając Kosowiczowi do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli, ale nic więcej nie mógł uczynić. Włożył do koperty list i fotografie, po czym nonszalancko machając przesyłką, wrócił do swego biurka w redakcji.

2

Wszystko zdawało się składać przeciwko Rafałowi: wstrętna pogoda, dziwna przesyłka i stanowczy głos szefa: „Pojedziesz tam jutro”. Wcale nie miał na to ochoty.

Ceremonia

Autor: Janusz Koryl
Wydawnictwo: Dreams
Miejsce wydania: Rzeszów
Wydanie polskie: 3/2012
Liczba stron: 199
Format: 140x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788393287796
Wydanie: I
Cena z okładki: 24,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus