„Wybór pomiędzy zabijaniem a umieraniem to żaden wybór. Trzeba patrzyć trzeźwo na takie rzeczy” (1) – jeśli słowa takie padają z ust Logena Dziewięcopalcego, słynnego (tudzież niesławnego) Krwawego-Dziewięć, Postrachu Północy, barbarzyńskiego wojownika, który zadźgał, zastrzelił, utopił czy zasztyletował więcej ludzi niż mieszka w niejednym sporym mieście, to warto docenić zaklętą w nich mądrość. Niekoniecznie życiową, co prawda. Logen najlepsze dni ma za sobą, co wcale jednak nie oznacza, że może myśleć o emeryturze. Oj, nie. Dla takich jak on nie są przeznaczone uroki starości. Ani starość w ogóle, skoro już o tym mowa, bowiem nawet teraz Dziewięciopalcy robi wszystko, aby do niej nie dotrwać. A to za sprawą Pierwszego Maga Bayaza, który umyślił sobie, aby wciągnąć barbarzyńcę w szaloną i skazaną na niepowodzenie eskapadę na dalekie południe, na sam kraniec świata, w poszukiwaniu mitycznego artefaktu, którego być może tam w ogóle nie ma. A wraz z nim kilku innych pechowych drani, którzy woleliby być gdzieś indziej. I kiedy indziej. Doprawdy, przepyszna kompania: pokrojony mieczami jak kiepsko wyrzeźbiony posąg Logen, enigmatyczny Bayaz, dzika kobieta z Południa, opętana myślą o zabijaniu Gurkhulczyków Ferro, niezborny czeladnik magiczny Quai, gadatliwy i upierdliwy Nawigator Długostopy oraz… wyniosły szlachcic, triumfator szermierczego turnieju Jezal. Ta elitarna grupka, choć obdarzona potencjałem twórczego zaludnienia dziesięciu książek, ma do dyspozycji zaledwie jedną trzecią powieści.
Swój udział w wielkim dziele ma także Sand den Glokta, inkwizytor, tymczasowo awansowany do rangi superiora i wysłany na misję równie samobójczą: uzbrojony jedynie w list polecający od władców Unii, musi wykryć zdrajców w oblężonej przez Gurkhulczyków Dagosce, a przy okazji… obronić miasto, a wszystko to bez pieniędzy, bez posiłków, jedynie z kilkoma praktykami inkwizycji za plecami. I znacznie większą liczbą noży i łuków w owe plecy wymierzonych…
Przenieśmy się jeszcze dalej na północ, do mroźnego Anglandu, który pustoszą niepowstrzymane zagony Bethoda. Władca barbarzyńców ma na swoich usługach własny, błyskotliwy umysł, pożyczone ciemne moce i… nie tylko, przeciwko sobie zaś majora Westa i dawnych towarzyszy Dziewięciopalcego, którzy wbrew wszystkiemu spróbują odwrócić losy tej wojny…
Uff… samo streszczenie „Nim zawisną na szubienicy”, choćby z konieczności bardzo pobieżne, jest wyzwaniem. W drugim tomie cyklu Joego Abercrombiego „Pierwsze Prawo” dzieje się naprawdę wiele, co zresztą nie powinno dziwić choćby z uwagi na jakże długą listę postaci. Cóż, nie da się ukryć, że powieść ma pewne zadatki na książkę telefoniczną, ale na szczęście nie wyszło jej to na złe. Może nawet odwrotnie, bowiem „Nim zawisną na szubienicy” potrafi przykuć do lektury na długie godziny i dni (skądinąd bardzo potrzebne na przebicie się przez ponad pięć i pół setki stronic!). Abercrombie postawił na wielu aktorów, lecz żadnego nie zaniedbał: wszyscy są ciekawie przedstawieni, każdy ma jakiś charakterystyczny rys i to na tyle głęboki, by nie zapomnieć o nim po kilku zdaniach i fabularnych woltach. Potoczystą narrację uzupełniają świetne dialogi, momentami piorunująco zabawne, czasami zaskakujące trafnością osądów i swoistym refleksem sytuacyjnym postaci. To jest bez wątpienia silna strona pisarstwa Joego i aż trudno uwierzyć, że pisząc tak – mimo wszystko – rozwlekle i solidnie „objętościowo” miał aż tyle do przekazania. Czego jak czego, ale wrażenia, że Logen, Glokta czy West bredzą pod nosem, byle tylko gadać i pożerać swoim słowotokiem papier, nie miałem.
„Nim zawisną na szubienicy” nie jest powieścią idealną. Niestety. Zaryzykuję stwierdzenie, że dało się ją nieco skrócić, być może usuwając poszczególne akapity, bowiem przy nieco rokokowym, ozdobnym stylu pisarskim Abercrombiego jako takim, raczej nie ma co majstrować. Świetna narracja, którą opleciona jest fabuła książki, ma pewne dziury, w które od czasu do czasu wpada czytający. Obok mocarnych, wprost hipnotyzujących fragmentów zdarzają się i takie, przy których myśli uciekają i… nie chcą wrócić. A jak już przykleją się z powrotem do tekstu, to okazuje się, iż niewiele zostało uronione.
Drugi tom „Pierwszego Prawa” jest lepszy od „Samego ostrza”, które mimo, że ciekawe, trochę za bardzo przypominało introdukcję do opowieści, nie zaś opowieść samą w sobie. Ta książka to doskonały melanż akcji i intrygi. Jest to fantastyka nawiązująca do samej klasyki, bardzo typowe quest-fantasy (tworzenie drużyny, wymarsz drużyny, niebezpieczeństwa po drodze, a na końcu artefakt… przypomina Wam to coś?). „Nim zawisną na szubienicy” z powodzeniem może konkurować z wielkimi dziełami najpopularniejszych autorów, czasami nawet je przebijając, ale… pozostawia pewien niedosyt. Czy zaspokoi go część trzecia? Wnosząc po dotychczasowych doświadczeniach z Abercrombiem: tak, zdecydowanie tak.
(1) - Joe Abercrombie, „Nim zawisną na szubienicy”, ISA 2011, s. 233.