Recenzja książki "Moja wojna. Zapiski i zdjęcia z sześciu lat w hitlerowskim Wehrmachcie"
Co się stało z kolegami z mojej jednostki, z naszymi słabymi stanowiskami i skromnymi środkami obrony przeciwczołgowej, nigdy się nie dowiedziałem. Inaczej niż ze zgrozą nie potrafię myśleć o tym, jak w ostatnich tygodniach dawno przegranej wojny rzucono tu na ofiarę życie ludzi, każąc im walczyć bez żadnych szans powodzenia. I nie tylko w ostatnich tygodniach tej wojny, przegranej od samego początku.
Książka Joe J. Heydeckera jest odmienna od wszystkiego, z czym do tej pory zetknąłem się, jeśli chodzi o literaturę o II wojnie światowej. Nie przypomina ani publikacji Bogusława Wołoszańskiego, ani opowieści o Kompanii Braci Stephena E. Ambrose’a, ani nawet „Wspomnień” oficera SS, Waltera Schellenberga. Autor jako młody chłopak zwiedził kawał Europy: Szwajcarię, Austrię, Włochy Mussoliniego; był nawet w Polsce, która chyba najmocniej wyryła się w pamięci Heydeckera, ponieważ mógł skonfrontować jej przedwojenny obraz – usiany kolorową mozaiką kultur, narodów, a nade wszystko gościnnych ludzi – z traumą wojny, jaka przeorała nasze ledwo co odrodzone państwo. Wolny od nazistowskich czy socjalistycznych resentymentów, autor wprawiał się w fachu fotografa, która to profesja pozwoliła mu później udokumentować wojenny wizerunek Europy. Niestety, w pewnym momencie drogi III Rzeszy i Heydeckera przecięły się ponownie; autor, zawitawszy do ojczystego kraju, został wcielony przymusowo do wojska, tym samym zasilając szeregi niewolniczej organizacji, jak sam nazywał Wehrmacht.
Niewysoki, mikrej postury, daleki od ideału nadczłowieka, wyglądający co najmniej śmiesznie w wojskowym drelichu, hełmie i karabinie, Heydecker trafia wpierw do oddziału kierowców, a następnie bierze udział w ofensywie na Francję, gdzie oddaje wszystkie swoje strzały w czasie wojny, czyli dokładnie pięć pocisków w stronę samolotu, którego i tak nie miał szans trafić, ale przecież rozkaz to rozkaz. Później służy także jako przymusowy saper, tzn. zakopuje miny, oraz działa w schizofrenicznym rozdwojeniu, pracując w jednostce propagandy, musząc ścierpieć produkowanie głupot w imię tego, czego nienawidzi. Na koniec trafia do naprędce sformowanego oddziału niszczycieli czołgów – żywych trupów, które miały być posłane, by stawić czoła mającej lada dzień sforsować Wisłę Armii Czerwonej. I właśnie w tym momencie zaczyna się opowieść, niejako od końca, gdyż autor niebywale szczęśliwym przypadkiem dostaje urlop z frontu wschodniego; powraca do zrujnowanego Berlina, a stamtąd udaje się kolejką-widmem do Poczdamu, gdzie zastaje go koniec wojny, obwieszczony krzykiem polskiego zbiega: „Amerykanie!”.
Nie sposób opowiedzieć chronologicznie, co i jak przydarzyło się Heydeckerowi – nie dość, że jego opowieść zaczyna się od końca wojny, to jeszcze w trakcie lektury czytelnikowi przyjdzie zmierzyć się z poszarpaną narracją. Czy to wada? Bynajmniej. Autor szczerze zaznacza, że jego książka nie jest opisem działań wojennych, lecz zapiskiem wrażeń, myśli, emocji – najbardziej osobistych, bo tylko tak uczciwe można by opowiedzieć o swojej wojnie, szczególnie tej widzianej przez osobę, która za nic w życiu nie chciała uczestniczyć w masowym szaleństwie. Trudno dziwić się Heydeckerowi – zobaczył na własne oczy terror brunatnych; był świadkiem antysemickiej pożogi Wiednia, z której w pamięci wyryło mu się wspomnienie młodej kobiety, Żydówki, biegnącej z szaleńczym krzykiem przez ulice, ponieważ zdała sobie sprawę, co oznacza anszlus i dojście do władzy narodowych socjalistów. Bo i jakże inaczej można pisać, nie tłumiąc emocji, o palcu oficera, który niczym demoniczny kat wskazuje przypadkowych żołnierzy, by ci zastrzelili pojmanych Rosjan, gdyż: „zabieranie ich, powiedział, to bzdura”. I na nic tu wykręty, że konwencja zabrania, że to i tamto. Najbardziej rezonuje w czaszce myśl, co bym zrobił, gdyby to mnie wyznaczył. Strzeliłbym czy sam dołączył do ofiar w akcie ostatecznego buntu? Nie wiadomo i nigdy nie będzie dane poznać odpowiedzi. Albo sytuacja rodem z możliwie najbardziej absurdalnego koszmaru – nalot dywanowy na Rzeszę, a autor zostaje oddelegowany na dach starego budynku mieszkalnego, gdzie z wiadrem piasku i łopatką ma gasić ewentualny pożar, gdy po chwili zaczyna wokół szaleć morze ognia, zmieniając miasto w piekielną pożogę. A tuż przed samym końcem książki majaczy obraz Warszawy po powstaniu, usłanej tysiącami grobów, w której nie uświadczysz żywej duszy. Jedyne takie miejsce na świecie – zabite, złamane, zdruzgotane, zdradzone, pozbawione choćby cichego kwilenia i łez, bo przecież martwi nie płaczą, a ludzi nie ma w promieniu wielu, wielu kilometrów. Całość uzupełniona jest zdjęciami autora; największe wrażenia robią fotografie z getta warszawskiego, do którego Heydecker zakradał się z narażeniem życia, ale czuł, że musi zdać relację z tego, co miało tam miejsce – chwała mu za to, ponieważ oczy uwięzionych Żydów mówią więcej, niż człowiek starałby się oblec w słowa. No i oczywiście zniszczona stolica Polski: grób na grobie pośród pól zniszczenia.
Polecam lekturę „Mojej wojny”. Nie jest to książka łatwa i przyjemna, ale trud zostaje wynagrodzony w dwójnasób, ponieważ czytelnik ma możliwość wczucia się w diabelskie czasy II wojny światowej w sposób najbliższy z możliwych – poprzez emocje jej uczestnika. Ku przestrodze.
Moja wojna. Zapiski i zdjęcia z sześciu lat w hitlerowskim Wehrmachcie
Autor: Joe J. HeydeckerWydawnictwo: Świat Książki (Bertelsmann Media)
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 2/2009
Liczba stron: 240
Format: 145x205 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788324711291
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł
Sklep
Forum