"Dyniuszek"
Autor: Karolina JagnyziakKsiążę lubił przechadzać się wśród ludu. Słuchać ich nawoływań, suchotniczego kaszlu i swojsko brzmiących przekleństw. Z błogością wciągnął powietrze. Przez perfumowaną chusteczkę i niezbyt głęboko do płuc, ale przecież miał to być jedynie symboliczny gest. Tak, lubił mieszać się z tłumem… Byle nie za bardzo. Byle nikt go nie dotykał. Straż przyboczna sprawdzała się bardzo dobrze, długimi kijami odsuwając cały ten plebs ze ścieżki spacerowej Księcia. Ach, to był taki piękny, jesienny dzień!
Do czasu. Jak udało jej się ominąć kije, nie wiedział żaden ze strażników. Nie powstrzymała jej też bojaźń przed gniewem następcy tronu. Po prostu pojawiła się tuż obok Księcia, pytając:
- Łakocie?
…i podsuwając mu pod nos jabłko na patyku. Owoc był zanurzony w karmelu i byłby pyszny, gdyby nie miał już około tygodnia. Książę przystanął zaskoczony i skrzywił się z niesmakiem. Straż zareagowała błyskawicznie. Kije śmignęły w stronę kobiety, brutalnie ją odsuwając. Jabłko upadło i potoczyło się po bruku, wpadając do rynsztoka.
- Fuj. – westchnął Książę, przewracając oczami. Po czym z powrotem przyłożył perfumowaną chusteczkę do nosa i ruszył dalej na swą zwyczajową przechadzkę. Nawet gdyby wiedział, że kobieta stała jeszcze długo, trzymając się za obite żebra, patrząc za nim nienawistnym wzrokiem i mamrocząc:
- Zapłacisz… Zapłacisz…!
…nie przejąłby się tym zbytnio. Książęta już tak mają, że nie przejmują się za bardzo tym, co mamroczą inni ludzie.
Stała bez ruchu. Ramiona wyciągnięte na boki, głowa prosto… Mamusia kazała stać, więc stała. Mamusia powiedziała:
- Stój i patrz. Stój i pilnuj!
Nie widziała, czego miałaby pilnować. Dynie nie wyglądały, jakby miały zamiar się gdzieś wybierać. Leżały na polu, wielkie i pomarańczowe, jak tłuści ludzie, którzy nie mają siły się ruszyć. Tak, tak właśnie wyglądały. A wszyscy wiedzą, że tłuści ludzie nigdzie nie uciekają. Bo mają za krótkie i za chude nóżki. A jak dynie miałyby uciekać? Na tych cieniutkich, zielonych wąsach? Zabawny pomysł!
Ale Mamusia powiedziała „Pilnuj!”. Więc pilnowała. Z dyniami nigdy nie wiadomo. Ramiona wyciągnięte na boki, głowa prosto. Tak naprawdę, to lubiła dynie. Lubiła na nie patrzyć, lubiła pośród nich stać. Kiedy nikt nie widział, wycinała w nich twarze, żeby wyglądały bardziej jak ona sama. Miały usta i oczy, i dziury zamiast nosa… Mamusia mówiła, że ją też znalazła w dyni. Może dlatego właśnie je lubiła? I może dlatego w domu nazywali ją Dyniuszkiem. A skoro Mamusia mówiła prawdę, to dynie były jej prawdziwą rodziną, tak? Ale nigdy nie odważyła się zadać tego pytania Mamusi. Mamusia mogłaby się rozgniewać. A Dyniuszek kochał Mamusię. Bardziej niż dynie, o tak. Dynie nie biją. A Mamusia zawsze powtarzała, że nic tak nie umacnia miłości, jak porządne lanie.
Zaczął zapadać zmrok i nad ziemią zaczęły unosić się pierwsze wstążki mgły. Dyniuszek usłyszał za sobą czyjeś kroki, szelest sukni… Mamusia! Ale nie poruszyła się. To mógł być następny test. Jeśli Mamusia mówiła „Stój!”, trzeba było stać, nieważne co. Nieważne, czy podgryzały cię szczury, obsiadały ptaki , dzieci rzucały w ciebie kamieniami czy podkładano pod ciebie ogień. Stać to stać, i już!
Mamusia weszła w jej pole widzenia. Milczała przez chwilę, przyglądając się jej uważnie, ale Dyniuszek ani drgnął. Chciała, żeby Mamusia była z niej dumna! A Mamusia westchnęła i rzekła:
- Chodź. Mam dla ciebie nowe zadanie.
Dyniuszek zadrżał z podekscytowania. Cóż to mogło być? Wyczyścić kominek? Oddzielić ziarna grochu od ziaren fasoli? Wyczyścić pantofelki sióstr? Miała nadzieję, że to jakaś praca w domu. Lubiła być w domu…
- Pójdziesz na bal.
To było coś nowego.
Wszyscy wiedzieli, że Książę nie posiadał wyobraźni. Jego poczucie humoru i zdolność do imaginacji plasowały się na bardzo niskim poziomie. Ale Książęta już tak mają, że cechują się pragmatycznym podejściem do życia. Przyznać za to Księciu trzeba było, że choć sam wyobraźni nie miał, podziwiał tych, którzy ją mieli. Czy też zazdrościł im tak bardzo, tak mocno, tak boleśnie, iż pragnął otaczać się tymi ludźmi, podglądać ich… a gdyby jego alchemicy w końcu opracowali projekt odpowiedniej maszyny, wycisnąć z mózgów tych szczęśliwych marzycieli całą wyobraźnię i wlać ją w siebie, w Księcia. Póki ten moment był daleko, Książę zadowalał się wyprawianiem wielkich bali maskowych, by podziwiać inwencję swego ludu. Tego wieczoru odbyć się miało właśnie jedno z tych sławetnych przyjęć. Wszyscy zaproszeni mieli przebrać się za straszydła i potwory, żeby było zabawniej. To było coś nowego. Książę stał właśnie w swej komnacie przed wielkim lustrem, dopracowując szczegóły swego własnego przebrania, gdy do pomieszczenia wszedł jego zaufany lokaj. Na sobie miał niezidentyfikowany, bardzo włochaty i bardzo skołtuniony strój.
- Wszystko gotowe, Wasza Wysokość. – oznajmił.
- Wspaniale. – odparł Książę z uśmiechem. Lokaj zlustrował go uważnym spojrzeniem.
- Jeśli można zapytać, Wasza Wysokość… Za kogo Wasza Wysokość się przebiera?
Książę prychnął.
- Za księcia, oczywiście! – odrzekł, przyczepiając do piersi medal swego praprapradziada.
- Oczywiście. – potulnie zgodził się lokaj i wyszedł. Jak już wiemy, Książę nie grzeszył zbyt dużą wyobraźnią.
W salonie przy stole siedziała Ciocia Wiedźma. Ciocia Wiedźma była Chrzestną Wiedźmą Dyniuszka.
- To się nie uda. – pokręciła ze smutkiem głową.
- Jesteś wiedźmą, czy nie? – prychnęła Mamusia.
- Tak, ale… - Ciocia Wiedźma zawahała się. – Spójrz na nią.
- Nie ma wyglądać pięknie. Tylko przerażająco.
- To już masz. – zgryźliwie odparła Ciocia Wiedźma. Potem westchnęła z rezygnacją pod siłą spojrzenia Mamusi.
- Będziemy potrzebować dużo siana. I dużej dyni. I trzeba wyciągnąć jej z włosów tego szczura.
- Szczura zostaw. Mam wrażenie, że to on za nią myśli.
- Na balu nie potrzeba mózgu. A ze szczura zrobimy wierzchowca…
Dyniuszek ucieszył się nagle. Duża dynia. Lubiła dynie.
Bal już dawno się rozpoczął, gdy pojawiła się ONA. Podjechała pod pałac w wielkiej wydrążonej dyni, zaprzężonej w ogromnego szczura. Sama wyglądała niczym strach na wróble w balowej sukni. Siano malowniczo wychodziło z pęknięć w materiale. Cóż za kreatywność! Na głowie miała lniany worek z przyszytymi do niego dwoma błękitnymi guzikami, pęknięcie ust zaszyte niezdarnie. Cóż za poświęcenie! I poruszała się tak niezgrabnie, jakby faktycznie rzadko schodziła z pola… Cóż za aktorstwo!
Książę pokochał ją całym sercem i przetańczył z nią całą noc. Tuż przed północą nachylił się w jej stronę i szepnął gorąco:
- Chodźmy spłodzić książęcego potomka…!
Jej milczenie odczytał jako znak entuzjazmu i zaprowadził do książęcych komnat. Otworzył okno i postawił ją przy nim – zapach siana, który roztaczała, łaskotał go w nozdrza. Stała posłusznie, kobieta idealna!, więc mógł po prostu podciągnąć jej suknię. Ale pragnął, ale musiał zobaczyć tę, która skrywała taki wyobraźniowy potencjał! Przy pierwszym uderzeniu zegara zaczął rozsznurowywać wiązania gorsetu. Przy drugim - rozpinać haftki. Przy następnych - ściągać kolejne warstwy materiału, odgarniać siano… Ale pod sianem było jeszcze więcej siana. Wbił w nie palce, sięgając coraz głębiej i głębiej, a ona stała milcząca, czekając, obserwując nieruchomymi guzikami… Jego ręce zniknęły w sianie po nadgarstki, po łokcie… aż wyszły z drugiej strony, poczuł na skórze powiew wieczornego wiatru. Krzyknął. Czy też raczej – zaczął krzyczeć. A ona szczerzyła się do niego szwem uśmiechu.
Przy jedenastym uderzeniu zegara nagle pojawiły się przy nich Mamusia i Ciocia Wiedźma. Mamusia nachyliła się w stronę wrzeszczącego Księcia i syknęła:
- Łakocie albo psikus, Wasza Wysokość!
Przy dwunastym Mamusia pchnęła silnie. Skrzydło okna odskoczyło. Niżej dyniowa karoca pękła z nieprzyjemnym mlaśnięciem.
Gdy przebrzmiało ostatnie uderzenie dzwonu, na podłodze książęcej sypialni leżał tylko nadpęknięty szklany pantofelek i kilka źdźbeł siana…




