"Małe radości"
- Wiesz, co mi powiedziała? – pytam, strosząc się jak wróbelek na deszczu.
Siedzimy na małym skwerku, ukrytym w cieniu bloków. Ich mury piętrzą się ze wszystkich stron. Dwa tysiące szarych okien gapią się na nas, jak siedzimy na ławce. Ta ławka, ten wyłożony płytami placyk, to drzewo, ta stara fontanna – idea parku w centrum miasta!
Czekam na jakąś odpowiedź, ale ona milczy. Rzucam szybkie spojrzenie…
Siedzi. Tak po prostu! Oczy zamknięte, rozkoszuje się jesiennym słońcem. Pogoda śliczna, przyznaję. Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, puchate chmurki płyną sobie po błękitnym niebie, ale… Ale! Oczekuję jakiegoś zainteresowania, zrozumienia trochę, reakcji najlżejszej!
- Wiesz, co mi powiedziała? Nigdy nie zgadniesz. Ta dziewczyna z pracy, kojarzysz? Opowiadałam ci o niej, musisz pamiętać!
Nie może zostać obojętna na ten nieprzerwany potok słów. I voilà! Wraca na ziemię, otwiera jedno oko.
- Nie. – odpowiada powoli. - Więc… Co powiedziała?
- Powiedziała… - zmieniam głos odrobinę, naśladując piskliwo-słodki ton znienawidzonej koleżanki. - …że jestem UROCZA. A potem dobiła słowem SŁODKA, stwierdzając na końcu, że jak KLUSIE LENIWE.
Robię nieszczęśliwą minę i czekam na wyrazy współczucia. Naiwna!
- Podryw na kluchy! – już w pełni obudzona, śmieje się tak, że prawie spada z ławki. Milczę, znów znieważona. Czekam, aż jej przejdzie. Mogłam się tego spodziewać. Zawsze tak jest - ty się otwierasz, a ona co? Śmiechem i kpiną usta ci zamyka!
W końcu uspokaja się, ociera oczy wierzchem dłoni.
– Cóż, podryw albo paskudna obelga. Przyłóż jej w zęby, zobaczymy, co wtedy powie.
Ach, tak… Moja przyjaciółka, źródło wszelkiej kobiecości i subtelności. Motto życiowe: jak coś nie działa – uderz to! Skutek zbyt dużej ilości filmów akcji, książek SF i gier komputerowych. Generalnie zgadzam się z nią. Ale tylko w teorii.
- Nie mogę. – tłumaczę z żalem. - Jest agresywna i o połowę ode mnie większa...
- Próbowała cię zdominować i udało się jej. Teraz jest samicą alfa! – prycha lekceważąco. Wzruszam ramionami.
- Wszystko lepsze od podrywu na kluchy. Ale wiesz, co rekompensuje mi całą tę sytuację? - chichoczę złośliwie. - Można z niej drwić i nic nie rozumie! Mała radość życia, jak plucie do zupy.
Kręci głową, śmieje się.
- Jesteś jak Brad Pitt w „Podziemnym kręgu”, co?
Śmieję się także. Siedzimy na ławce, plotkując, chichocząc. To jest dobry dzień. Dobry dzień…
Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, pomyślałam, że to jedna z tych wiecznie zbuntowanych, burżujskich dziewczynek. Siedziała cicho, uważnie obserwując otoczenie. A jak już otworzyła usta – na skrzydłach złośliwości wylatywały z nich kąśliwe uwagi. I miała ciężkie poczucie humoru. Trochę mroczne. Znawca mógłby rzec, że brytyjskie. Monty Phyton, te klimaty. Nie jestem znawcą. W pewnych chwilach nie jestem nawet zwolennikiem. Ale z czasem zrozumiałam, że ta cała złośliwa otoczka to tylko kamuflaż, strategia obronna. Przed czym? Nie wiem. Ale może się mylę. Może to był rezultat jej dziwnego gustu… choćby w doborze literatury. Na przykład uwielbiała makabreski Dauphne du Maurier. I przez to głosiła niepochlebne komentarze na temat Edgara Allana Poe.
- Ojciec horroru był kobietą! – powiedziała mi kiedyś dobitnie. I to była jedyna wypowiedź o zabarwieniu feministycznym, jaką słyszałam z jej ust. Za to o ubranie dbała niewiele. Wyciągnięte swetry, trampki – byle było wygodne. W dniu swoich dwudziestych drugich urodzin, stwierdziła, że pora coś zmienić. Następnego dnia przyszła w czerwonych tenisówkach. Była z nich dumna jak paw.
- Czerwony to kolor odwagi i namiętności. – stwierdziła i puściła do mnie oko. Oto i koncepcja diametralnej zmiany według mojej drogiej koleżanki!
Była trochę… dziwna. Inna. Ale to już wiecie. Mogłabym wymieniać jej wady i zalety. Cechy, które podziwiałam, i te, które ledwo znosiłam. Mogłabym opowiedzieć tysiąc jeden anegdotek… Ale czemu miałoby to służyć? Lubiła horrory – ale już żadnego nie obejrzy. Zajadała się mordoklejkami – ale żadnej więcej nie zje.
Słońce, ławka, skwer, śmiech – to wspomnienie, które z całych sił próbuję zachować w pamięci. Ale to trudne zadanie. Momentami zbyt trudne…
Wychodzimy z kina. Kolejna hollywoodzka produkcja – dno, ale efekty specjalne zapierają dech w piersiach. Idziemy powoli w stronę przystanku. Noc chłodna, czuć w powietrzu nadchodzącą zimę. Schodzimy do przejścia podziemnego. Śmierdzi… czymś, o czym wolę nie myśleć. Szare ściany pokryte obscenicznymi rysunkami i obraźliwymi napisami. Rozmawiamy, echo nas przedrzeźnia. Nagle ton jej głosu się zmienia. Wciąż mówi, ale już bez sensu. Przerywa, wtrąca słowa nie związane z tematem. Zdaje się spięta. Dlaczego? Rozglądam się. I zauważam ich. Stoją przed nami. Grupka kilkuosobowa. Kaptury zasłaniają im twarze. Krzyczą coś do siebie, poklepują po ramionach. Radosna kompania…
I wtedy pojmuję. Moja towarzyszka nie boi się niczego. Z wyjątkiem wizji nagłej, bezsensownej śmierci…
- Miałam sen. – opowiadała mi kiedyś. – Czekałam na przystanku autobusowym, razem z kilkoma osobami. Ktoś, jakiś bezdomny, podszedł do nas. Zaczął bełkotać. Wyciągnął broń. I zastrzelił mężczyznę, stojącego obok mnie. Tak po prostu. Byłam przerażona.
Wzdrygnęła się.
- Najgorsze jest to, że to może zdarzyć się naprawdę…
Za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiał się jakiś osobnik „niegodnego zaufania”, cała się spinała, jakby czekając na cios. Tak jest i tym razem.
Milczę. Ale ona wciąż papla, bez ładu i składu. Jeszcze tylko kilka kroków i ich miniemy, uspokajam się. Jeszcze tylko kilka kroków. Ona też milknie. Kilka kroków…
Nagle jeden z nich popycha mnie. Zataczam się. Któryś krzyczy, inny śmieje się obleśnie. Ona warczy jak wściekły pies. Co się dzieje? Nic nie widzę. Panikuję. Chcę uciec, ale ktoś łapie mnie za ramię. Krzyczę, drapię, kopię. Ręka puszcza. Wyrywam do przodu, biegnę ile sił. W górę, po schodach, i przed siebie. Dalej, oby dalej!
Opadam z sił… Serce tłucze się w piersi, łapię haustami zimne powietrze, płuca aż bolą. Trzęsę się cała. Kucam. I płaczę. Płaczę, bo jej ze mną nie ma. Płaczę, bo została tam…
Nie obejrzałam się za siebie. Opuściłam ją. Zabiłam ją.
Niewiele pamiętam z tego, co wydarzyło się w następnych dniach. Koszmary, łzy, rozmowy z psychologiem, z policją… wyrzuty sumienia, że niczego nie zrobiłam. Może dlatego wydawało mi się, że ją widzę, jej twarz, odbijającą się w sklepowej witrynie.
Tłumaczyli mi, że nie wiadomo, co stało się tam, w przejściu. Nie znaleźli żadnych poszlak. Ani ciała. Uznali ją więc za zaginioną. Ale ja wiedziałam lepiej. Czułam na sobie jej wzrok, wiedziałam, że wróci, chcąc się zemścić. Słyszałam za sobą szurające po ziemi czerwone tenisówki. I pewnego dnia – faktycznie tam były.
Idę przed siebie, ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Park jest zupełnie pusty. Nikogo za mną, nikogo przede mną. Wiatr szeleści w liściach. I nagle błysk czerwieni, tuż przy ziemi na granicy pola widzenia… Staję. Odwracam się powoli…
Jest tam. Blada, zielonkawa na brzegach, ubrudzona. Podnosi głowę, spogląda na mnie wyblakłymi oczami. Uśmiecha się krzywo. A może to tylko stężenie mięśni? Kto wie, jak to jest z trupami? Serce o mało nie wyskoczy mi z piersi.
- Spieprzaj! - piszczę w najwyższych rejestrach, histerycznie, panicznie, obłąkańczo. - Czego chcesz? Spieprzaj, mówię! – cofam się, wrzeszcząc, jak opętana.
A ona? Ona zaczyna się śmiać.
- Myślisz, że po co wstałam? Żeby zobaczyć twoją minę! - rzęzi jak zapowietrzony silnik. Coś dziwnego spływa jej z kącików oczu. Trupie łzy? Cudownie. Nieboszczyk się ze mnie nabija.
- To jak plucie do zupy, nie? - chichocze jak mała dziewczynka. Jak mała NIEŻYWA dziewczynka. Krzywi się nagle. - A nawet nie wiesz, jak to cholernie boli.
- Żartujesz sobie? O mało się nie posrałam! – hamulce mi puszczają, drżę jak najmniejszy z osikowych listków. Zęby mi szczękają. A ona znów się śmieje. Śmieje, śmieje, śmieje, śmieje...
Nagle milknie. Rozbawienie ulatnia się z wodnistych oczu. Twarz tężeje. Osuwa się na ziemię.
Czy było mi przykro? Nie. Zrobiła swój ostatni kawał. Zawsze miała czarne poczucie humoru. I nienawidzę jej za to.
Sklep
Forum