Recenzja książki "Młot Edenu"
Wydawnictwo Albatros uraczyło nas nową powieścią niezawodnego Kena Folletta. Dla fanów to zapewne dobra wiadomość, a tym, którzy chcą zacząć swą przygodę z tym autorem, radzę przeczytać jednak dalszą część recenzji.
Postaci autora chyba nie trzeba przedstawiać, gdyż jest on szeroko znanym pisarzem, którego takie dzieła jak „Igła”, „Na skrzydłach orłów” i „Filary ziemi” na stałe zapisały się w kanon literatury sensacyjnej, zaś Follett stał się jedną z jej ikon. Dlatego dziwi, że „Młot Edenu” wypada bardzo blado przy swoich starszych braciach. Niestety, przypadła mu rola brzydkiego kaczątka. Nie wróżę mu jednak przyszłości pięknego łabędzia. Ale po kolei...
Historia rozpoczyna się w momencie, gdy charyzmatyczny przywódca sekty „Zjadaczy Ryżu”, analfabeta – ledwie potrafiący nabazgrać swoje imię i nazwisko – zwany Priestem, decyduje się przeciwstawić się planom zalania doliny Silver River Halley (w Kalifornii), w której on i jego poplecznicy mają dość nieźle prosperującą winnicę. Postanawiają szantażować gubernatora stanu wywołaniem trzęsienia ziemi. Naprzeciw ich szaleńczemu planowi staje doświadczona agentka Julie Madoxx, która wraz z Michaelem Quercusem – sejsmologiem – staje do wyścigu, aby zapobiec kataklizmowi.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to dysproporcja pomiędzy czarnym charakterem a bohaterką. Priest jest niepiśmienny i wodzi za nos całe FBI, dokonując coraz to nowych i bardziej zuchwałych czynów. Opuszcza komunę pierwszy raz od 25 lat – a dodajmy, że nie używa się tam ani elektryczności, ani komputerów – i bardzo łatwo wtapia się w okalającą go rzeczywistość. Można odnieść wrażenie, że zbyt łatwo.
Julie Madoxx i całe FBI to znowu inna para kaloszy. Rozgrywki pomiędzy agentami, intrygi wewnątrz biura i walka o władzę praktycznie uniemożliwiają prowadzenie dochodzenia. W dodatku nasza bohaterka dość mocno odczuwa brak mężczyzny u swego boku i te sprawy również nie ułatwiają jej wypełniania swoich obowiązków.
Postacie drugoplanowe tak naprawdę niczym się nie wyróżniają. Są bardzo papierowe i przewidywalne w swoich działaniach. Niestety, już na pierwszy rzut oka można przewidzieć, jakie będzie ich zachowanie w dalszej części książki.
Wydarzenia następują po sobie w sposób wyważony i przewidywalny, nie mamy tu do czynienia z jakąś pędzącą na łeb, na szyję akcją. Chyba nikt nie spodziewa się, że w całej książce nie będzie żadnego trzęsienia ziemi. Przy takim temacie nie można sobie odmówić zwalenia jednego, czy dwóch mostów, zniszczenia kilku wieżowców i zabicia kilkudziesięciu niewinnych ludzi.
„Młot Edenu” to chyba najmniej udana książka Folletta. Nie ma w niej tego czegoś, co sprawiało, że nad „Igłą” spędzało się każdą wolną chwilę z wypiekami na twarzy. Sam pomysł, że ktoś nieznający się na współczesnej technice i w dodatku niepiśmienny potrafi zwodzić całe FBI, jest bardzo, ale to bardzo karkołomny i nierzeczywisty. Warto sięgnąć po inne, ciekawsze pozycje tegoż autora, jak chociażby wspomniana powyżej „Igła”...
Postaci autora chyba nie trzeba przedstawiać, gdyż jest on szeroko znanym pisarzem, którego takie dzieła jak „Igła”, „Na skrzydłach orłów” i „Filary ziemi” na stałe zapisały się w kanon literatury sensacyjnej, zaś Follett stał się jedną z jej ikon. Dlatego dziwi, że „Młot Edenu” wypada bardzo blado przy swoich starszych braciach. Niestety, przypadła mu rola brzydkiego kaczątka. Nie wróżę mu jednak przyszłości pięknego łabędzia. Ale po kolei...
Historia rozpoczyna się w momencie, gdy charyzmatyczny przywódca sekty „Zjadaczy Ryżu”, analfabeta – ledwie potrafiący nabazgrać swoje imię i nazwisko – zwany Priestem, decyduje się przeciwstawić się planom zalania doliny Silver River Halley (w Kalifornii), w której on i jego poplecznicy mają dość nieźle prosperującą winnicę. Postanawiają szantażować gubernatora stanu wywołaniem trzęsienia ziemi. Naprzeciw ich szaleńczemu planowi staje doświadczona agentka Julie Madoxx, która wraz z Michaelem Quercusem – sejsmologiem – staje do wyścigu, aby zapobiec kataklizmowi.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to dysproporcja pomiędzy czarnym charakterem a bohaterką. Priest jest niepiśmienny i wodzi za nos całe FBI, dokonując coraz to nowych i bardziej zuchwałych czynów. Opuszcza komunę pierwszy raz od 25 lat – a dodajmy, że nie używa się tam ani elektryczności, ani komputerów – i bardzo łatwo wtapia się w okalającą go rzeczywistość. Można odnieść wrażenie, że zbyt łatwo.
Julie Madoxx i całe FBI to znowu inna para kaloszy. Rozgrywki pomiędzy agentami, intrygi wewnątrz biura i walka o władzę praktycznie uniemożliwiają prowadzenie dochodzenia. W dodatku nasza bohaterka dość mocno odczuwa brak mężczyzny u swego boku i te sprawy również nie ułatwiają jej wypełniania swoich obowiązków.
Postacie drugoplanowe tak naprawdę niczym się nie wyróżniają. Są bardzo papierowe i przewidywalne w swoich działaniach. Niestety, już na pierwszy rzut oka można przewidzieć, jakie będzie ich zachowanie w dalszej części książki.
Wydarzenia następują po sobie w sposób wyważony i przewidywalny, nie mamy tu do czynienia z jakąś pędzącą na łeb, na szyję akcją. Chyba nikt nie spodziewa się, że w całej książce nie będzie żadnego trzęsienia ziemi. Przy takim temacie nie można sobie odmówić zwalenia jednego, czy dwóch mostów, zniszczenia kilku wieżowców i zabicia kilkudziesięciu niewinnych ludzi.
„Młot Edenu” to chyba najmniej udana książka Folletta. Nie ma w niej tego czegoś, co sprawiało, że nad „Igłą” spędzało się każdą wolną chwilę z wypiekami na twarzy. Sam pomysł, że ktoś nieznający się na współczesnej technice i w dodatku niepiśmienny potrafi zwodzić całe FBI, jest bardzo, ale to bardzo karkołomny i nierzeczywisty. Warto sięgnąć po inne, ciekawsze pozycje tegoż autora, jak chociażby wspomniana powyżej „Igła”...
Młot Edenu
Autor: Ken FollettTłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Albatros
Wydanie polskie: 4/2009
Liczba stron: 528
Format: 125 x 195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7359-821-8
Cena z okładki: 31,90 zł
--- Reklama ---
Sklep
Forum