Recenzja - "Poza Ziemią" - "W następnym wieku - 1 - Kosmiczna idylla"


Konstanty Ciołkowski (1857-1935) to ojciec światowej kosmonautyki. Rosyjski (choć syn polskiego zesłańca) uczony i wynalazca, w 1903 roku ogłosił teoretyczne podstawy lotu rakiety w przestrzeni kosmicznej, które później rozwinął. Teoria ta znalazła również swoje odzwierciedlenie w jedynej powieści fantastyczno-naukowej Ciołkowskiego: "Poza Ziemią".

Podkreśliłem naukowy aspekt powieści nieprzypadkowo: wydaje się ona przedsięwzięciem przede wszystkim popularyzatorskim, mającym przybliżyć szerszej publiczności kwestię kosmonautyki. Fabuła wydaje się, jeśli nie pretekstowa - to przynajmniej umowna: tę umowność podkreśla sam autor, czyniąc bohaterami sławnych naukowców z różnych epok: Laplace'a, Helmholtza, Newtona, Iwanowa, Galileusza i Franklina. Tworzą oni rakietę kosmiczną i lecą w przestrzeń pozaziemską, badając ją w odległości niemal do orbity Marsa. 190 stron książki wypełniają opisy warunków życia w przestrzeni kosmicznej, jak również informacje astronomiczne.

Umowność jest tu jednak przesadzona. Trudno powiedzieć, czy jest to efekt zamierzony (w końcu autor sam informuje na początku o umowności fabuły) - niemniej jednak powieść jako powieść czyta się źle. Fabuła razi naiwnością i hurraoptymistyczną idealizacją życia w kosmosie. Kiedy np. pierwsi kosmonauci wysyłają na Ziemię wiadomość o "stworzeniu technicznych możliwości przesiedlenia, utworzenia kolonii wokół kuli ziemskiej", dowiadujemy się natychmiast, że "ludzkość będzie się teraz przesiedlać". Życie w kosmosie to "przestrzeń, światło słoneczne, ciepło, beztroskie, syte bytowanie, nieograniczone możliwości myślenia i samodzielnej, niczym nie zakłóconej pracy", wreszcie "dosłownie raj, zwłaszcza dla osób słabych i chorych". Nie ma poezji krajobrazu? Ale można spojrzeć na Ziemię przez okno, a poza tym "ta poezja jest źródłem niepotrzebnych kłopotów mieszkańców naszej planety"; zresztą człowiek "sam stanowi poezję najwyższego lotu"."Raj", "beztroska", "szczęście", "ludzkość będzie się teraz przesiedlać"... Bum tralala, sratatata. Podobnych głupot jest tu więcej. Nie powstrzymam się np. przed skrytykowaniem scjentystycznego uwielbienia dla nauk przyrodniczych. Pisze Ciołkowski o życiu w koloniach: "...niewielu jest chętnych do nauki rzemiosła albo sztuk pięknych, większość zgłębia nauki ścisłe. [Oczywiście, przecież nauki humanistyczne to właściwie nie nauki - M.S.] Nauka obejmuje najczęściej następujące przedmioty: geometrię, mechanikę, fizykę i chemię, astronomię (...) a potem: nauki biologiczne, przeszłość, teraźniejszość i przypuszczalną przyszłość żywych organizmów, wiadomości z socjologii. W końcu młodzi koloniści zajmują się filozofią i stawiają nie rozwiązane jeszcze problemy. Wszystkie nauki od początku do końca mają solidne podstawy matematyczne". A zatem z nauk humanistycznych Ciołkowski nie uznaje właściwie żadnej - poza elementami socjologii, mieszczącej się na pograniczu nauk humanistycznych i ścisłych. Na dodatek sam sobie przeczy: ciekawe, jakie to solidne podstawy matematyczne ma filozofia. Lekceważenie sztuk pięknych wychodzi mu bokiem - gdyby nimi tak nie gardził, napisałby może swoją powieść lepiej.

Książkę jednak zdecydowanie warto przeczytać - mimo że napisana jest bardzo słabo. Moja rada brzmi: zignorować, a w ostateczności nawet pominąć bezkrytycyzmy i głupoty fabuły, a skupić się na wywodach popularnonaukowych. One są bowiem esencją powieści, a fabuła jest jedynie niepotrzebnym (bo słabym) dodatkiem. Mimo że pisana w początkach XX wieku, książka jest podbudowana olbrzymią wiedzą autora o kosmosie. Roztacza Ciołkowski przed czytelnikiem naiwną może, ale naukowo uzasadnioną wizję kolonii wokółziemskich. Opisuje sposoby regulowania temperatury, oczyszczania tlenu, metody zaopatrzenia w żywność (proponuje osiągnięcie samowystarczalności dzięki szklarniom, do których dociera na orbicie więcej energii słonecznej niż na Ziemi), i wiele, wiele innych. Pisze o fizycznej stronie lotów, ciążeniu, asteroidach, planetach - itd. W sumie można te wywody określić jako opis praktycznej strony lotów kosmicznych - co każdy szanujący się fantasta powinien wiedzieć. Jednym ze sposobów na zdobycie tej wiedzy, przedstawionej na dodatek w bardzo przystępny sposób, jest przeczytanie powieści "Poza Ziemią".

Wywody te są co prawda nie do końca konsekwentne: czasem są tak totalnie łopatologiczne, że nie wiadomo właściwie, do kogo skierowane ("Kula ta [ziemska] nie jest niczym podtrzymywana, nie dotyka niczego"); innym razem autor operuje bardziej skomplikowanym językiem i wymaga od czytelnika np. wiedzy o rodzajach ruchu. Nie wiedział też autor, że oddychanie czystym tlenem (nawet rozrzedzonym dziesięciokrotnie, jak to proponuje) jest niebezpieczne, przy najmniejszej iskrze grozi bowiem zapłonem wszystkiego dookoła - o czym przekonali się tragicznie astronauta rosyjski i kosmonauci amerykańscy pół wieku później. Ale to już inna historia, bez znaczenia dla całości. W sumie warto zapoznać się z książką, która pod względem fabularnym od początku była kiepska, ale pod względem informacji kosmonautycznych prawie w ogóle się w ciągu ostatnich stu (!) lat nie zestarzała.

Poza Ziemią

Autor: Konstanty Ciołkowski
Wydawnictwo: Iskry
Wydanie polskie: 1979
Liczba stron: 195
Format: 148x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 832070006X
Wydanie: I
Cena z okładki: 26 zł
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus