Fragment książki "Welon północy"
Autor: Lara Adrian
Rozdział 1
W wielkim montrealskim klubie jazzowym, w podziemiach, piosenkarka o szkarłatnych ustach śpiewała o okrucieństwie miłości. I choć jej zmysłowy głos był przyjemny, a słowa o krwi, bólu i namiętności płynęły z głębi serca, Nikolai nie słuchał. Zastanawiał się, czy wiedziała, czy ktokolwiek w klubie wiedział, że są w nim wampiry.
Dwie młode kobiety sączące różowe martini w ciemnym rogu sali z pewnością nie miały o tym pojęcia.
Siedziały między czterema wygadanymi, ubranymi w skórę mężczyznami, którzy bezskutecznie próbowali zagaić rozmowę, udając, że nie wpatrują się pożądliwie w ich tętnice. I chociaż było jasne, że wampiry usilnie próbują namówić kobiety do wyjścia z klubu, dotej pory niewiele wskórali u ewentualnych karmicielek.
Nikolai parsknął.
Amatorzy.
Zapłacił za nietknięte piwo, które zostawił na barze, i leniwym krokiem ruszył w stronę narożnego stolika. Kiedy się zbliżał, obydwie kobiety wstały, chwiejąc się na nogach. Chichocząc, ruszyły w stronę łazienek, znikając w ciemnym zatłoczonym korytarzu obok głównej sali.
Nikolai rozsiadł się przy stoliku w nonszalanckiej ¬pozie.
Czwórka wampirów przyglądała mu się w milczeniu, w mgnieniu oka rozpoznając jednego ze swoich. Niko uniósł do góry jeden z wysokich, ubrudzonych szminką kieliszków z martini i powąchał resztki owocowej mikstury. Skrzywił się i odsunął kieliszek.
– Ludzie – powiedział niskim głosem. – Jak oni mogą to pić?
Przy stole panowała pełna napięcia cisza, gdy Nikolai błądził wzrokiem po młodych i najwyraźniej cywilnych samcach Rasy. Najpotężniejszy z czwórki chrząknął, spoglądając na Nika, a instynkt podpowiadał mu, że wampir nie był z tych stron i z pewnością nie był cywilem.
Młodzieniec próbował zrobić hardą minę i skinął głową w kierunku łazienek.
– My je pierwsi zauważyliśmy – wymamrotał. – Ko¬biety. Byliśmy pierwsi. – Ponownie chrząknął, jakby czekał na wsparcie trójki swoich pobratymców. Ale nikt się nie odezwał. – Byliśmy pierwsi. Kiedy kobiety wrócą do stolika, wyjdą z nami.
Nikolai roześmiał się, słysząc, jak młody wampir nieudolnie próbuje bronić swojego terytorium.
– Naprawdę myślicie, że mielibyście jakiekolwiek szanse, gdybym chciał wam zepsuć zabawę? Spokojnie. Nie jestem zainteresowany. Szukam tylko pewnych informacji.
Dzisiejszego wieczoru już to przerabiał w dwóch innych klubach, w których zwykle gromadzili się członkowie Rasy, polując na krew. Szukał kogoś, kto naprowadziłby go na ślad starego wampira – Siergieja Jakuta.
Niełatwo było znaleźć kogoś, kto nie chciał zostać znaleziony, zwłaszcza tak tajemniczego i mobilnego typa, jakim był Jakut. Nikolai wiedział tylko, że stary wampir był gdzieś w Montrealu. Zaledwie parę tygodni wcześniej udało mu się go namierzyć i rozmawiać z pustelnikiem przez telefon, by uprzedzić go o niebezpieczeństwie, które groziło najsilniejszym i rzadkim członkom Rasy – tym dwudziestu kilku osobnikom urodzonym w Pierwszym Pokoleniu.
Ktoś zamierzał ich unicestwić. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zabito już kilku i dla Nika i jego towarzyszy broni z Bostonu, niewielkiego oddziału doskonale wyszkolonych i śmiertelnie niebezpiecznych wojowników, zwanych Zakonem, sprawa wytropienia i unicestwienia zabójców Pierwszego Pokolenia była absolutnie priorytetowa. Zakon postanowił odnaleźć wszystkich żyjących członków Pierwszego Pokolenia i zachęcić ich do współpracy.
Siergiej Jakut nie wykazał jednak entuzjazmu, by się zaangażować. Nie bał się nikogo i miał własny prywatny klan, który go chronił. Nie przyjął zaproszenia Zakonu na rozmowę w Bostonie, więc Nikolai został wysłany do Montrealu, by go przekonać. Nikolai był pewien, że gdy tylko Jakut uświadomi sobie skalę zagrożenia, zdumiewającą prawdę o tym, z czym Zakon i cała Rasa mieli się zmierzyć, będzie bardziej skłonny do współpracy.
Ale najpierw musiał odnaleźć przebiegłego sukin¬syna.
Jak do tej pory poszukiwania w mieście nic nie dały. Cierpliwość nie była najmocniejszą stroną Nika, ale miał przed sobą całą noc i nie zamierzał się poddać. Wreszcie znajdzie kogoś, kto odpowie na jego pytania. A jeśli nic nie wskóra, ale zada mnóstwo pytań, może Siergiej Jakut sam zacznie go szukać.
– Muszę kogoś znaleźć – powiedział Nikolai czwórce młodych wampirów. – Wampira z Rosji, dokładnie z Syberii.
– Też stamtąd pochodzisz? – zapytał rzecznik grupy, ten z kozią bródką. Nikolai nie stracił charakterystycznego akcentu, od lat mieszkał z Zakonem w Stanach.
Pozwolił, by jego lodowate niebieskie oczy mówiły same za siebie.
– Znasz tego osobnika?
– Nie, stary, nie znam go.
Reszta pokręciła głowami, ale ostatni z czwórki, posępny młodzieniec, który siedział zgarbiony w fotelu, posłał mu niespokojne spojrzenie.
Niko nie spuszczał z niego wzroku.
– Wiesz o kim mówię?
Nie sądził, że wampir mu odpowie. Młodzieniec przyglądał mu się spod przymkniętych powiek, wreszcie wzruszył ramionami i zaklął pod nosem.
– O Siergieju Jakucie – wymamrotał.
Ledwo go było słychać, ale Nikolai wychwycił nazwisko. Kątem oka zauważył, że usłyszała je również siedząca przy barze kobieta o hebanowych włosach. Pod jej czarną bluzką z długimi rękawami napięły się mięśnie; odchyliła na bok głowę, jakby przyciągana siłą tego imienia.
– Znasz go? – zapytał Nikolai młodego wampira, obserwując brunetkę przy barze.
– Słyszałem o nim, to wszystko. Nie przebywa w Mrocznej Przystani. – Miał na myśli bezpieczną komunę, w której mieszkała większość cywilnej populacji Rasy w Ameryce Północnej i Europie. – Z tego, co słyszałem, koleś jest nieźle wykręcony.
To prawda, pomyślał Nikolai.
– Nie wiesz, gdzie go mogę znaleźć?
– Nie.
– Jesteś pewien? – Niko zauważył, że kobieta przy barze ześlizguje się ze stołka i szykuje do wyjścia. W szklance miała jeszcze ponad połowę drinka, ale usłyszawszy nazwisko Jakuta, nagle zaczęło jej się spieszyć.
Młodzieniec pokręcił głową.
– Nie wiem, gdzie go szukać. Nie wiem też, kto o zdrowych zmysłach chciałby go znaleźć, chyba że komuś życie niemiłe.
Nikolai zerknął przez ramię. Wysoka brunetka przeciskała się przez tłumek przy barze. Nagle odwróciła się i zmierzyła Nika wzrokiem; miała zielone oczy i lśniące, gładkie, krótkie włosy. Dostrzegł w jej oczach strach, którego nawet nie próbowała ukryć.
– Niech mnie diabli – mruknął.
Ta kobieta znała Siergieja Jakuta.
I to chyba nie tylko ze słyszenia. Jej zachowanie mówiło samo za siebie.
Nikolai ruszył za nią, skupiając wzrok na jedwabistych czarnych włosach kobiety, gdy zwinna jak gazela szybko wmieszała się w tłum.
Ale Niko był członkiem Rasy i żaden człowiek nie potrafiłby go przegonić. Wypadła przez drzwi i poszła ulicą w prawo. Musiała wyczuć, że depcze jej po piętach, bo nagle odwróciła głowę, a jej zielone spojrzenie przeszyło go niczym laser.
Przyspieszyła kroku, skręcając za rogiem ulicy. Dwie sekundy później on już tam był. Dzieliło ich parę metrów. Znaleźli się w wąskiej, ciemnej alejce między dwoma wysokimi budynkami, w ślepej uliczce zamkniętej trzymetrową siatką, na której końcu stał poobijany metalowy śmietnik.
Kobieta szła szybko i pewnie mimo wysokich obcasów czarnych pantofelków. Dysząc ciężko, obserwowała każdy jego ruch.
Ruszył w głąb ciemnej alejki, a potem zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął ręce.
– Wszystko w porządku. Nie musisz uciekać. Chcę tylko porozmawiać.
Patrzyła na niego w milczeniu.
– Chcę cię zapytać o Siergieja Jakuta.
Zauważył, że z trudem przełknęła ślinę.
– Znasz go, prawda?
Kąciki jej ust drgnęły. Wiedział, że się nie pomylił. Znała ukrywającego się członka Pierwszego Pokolenia. Ale czy mogła go do niego zaprowadzić, to już zupełnie inna historia. W tej chwili była jego jedyną szansą.
– Powiedz mi, gdzie on jest. Muszę go odnaleźć.
Zacisnęła pięści i rozstawiła nogi, jakby szykowała się do ucieczki. Niko zauważył, jak zerka na zniszczone drzwi po lewej stronie ogrodzenia.
Rzuciła się w ich stronę.
Niko zaklął i ruszył za nią. Szarpnęła za skrzypiące w zawiasach drzwi, ale stanął przed nią i zablokował przejście na drugą stronę. Uśmiechnął się na myśl, jak łatwo mu poszło.
– Nie musisz uciekać. – Wzruszył ramionami, gdy zrobiła krok w tył. Pozwolił, by drzwi się za nim zamknęły, i ruszył za nią w ciemną alejkę.
Chryste, była naprawdę piękna. W klubie ledwo rzucił na nią okiem, ale teraz, gdy stał zaledwie kilka kroków od niej, dostrzegł jej niepospolitą urodę. Wysoka, szczupła o nieskazitelnej mlecznej cerze i lśniących szmaragdowych oczach, miała twarz w kształcie serca. Stanowiła fascynującą mieszankę siły i delikatności, że w tym czystym pięknie było też coś mrocznego. Wiedział, że to nie wypada, ale gapił się na nią, nie mógł się powstrzymać.
– Porozmawiaj ze mną. Jak masz na imię?
Wyciągnął do niej rękę w lekkim, niegroźnym geście. Wyczuł w jej krwi nagły przypływ adrenaliny, poczuł cytrusowy zapach, ale nie zauważył kopniaka, dopóki nie poczuł na piersi jej spiczastego obcasa.
Cholera jasna.
Zachwiał się, bardziej zdumiony niż zraniony.
Nic więcej nie potrzebowała. Rzuciła się do drzwi i tym razem udało jej się zniknąć w mrocznym pomieszczeniu za siatką. Niko odwrócił się i wpadł za nią.
Stąpał po gołym betonie, a wokół wystawały cegły i odsłonięte belki. Poczuł na karku ulotne mrowienie, ale całą uwagę skupił na kobiecie. Wpatrywała się w niego, gdy się zbliżał, spięta i gotowa do walki.
Wytrzymał jej ostre spojrzenie i zrobił krok do przodu.
– Nie chcę cię skrzywdzić.
– Wiem. – Uśmiechnęła się, nieznacznie wykrzywiając usta. – Nie będziesz miał okazji.
Jej głos miał aksamitne brzmienie, ale w oku błys¬nęła stal. Nagle Niko poczuł w głowie straszliwy ucisk. W uszach zatrzeszczał mu wysoki dźwięk, głośniejszy niż był w stanie znieść. Potem jeszcze głośniejszy. Nogi się pod nim ugięły. Upadł na kolana, oczy zaszły mu mgłą, miał wrażenie, że głowa mu eksploduje.
Usłyszał tupot, odgłos kroków postawnych mężczyzn, niewątpliwie wampirów. Słyszał przytłumione głosy, gdy walczył ze skutkami ogłupiającego ataku na jego umysł.
Wpadł w pułapkę.
Ta dziwka specjalnie go tu przyprowadziła, wiedziała, że za nią pójdzie.
– Dość, Renato – powiedział jakiś mężczyzna. – Możesz go uwolnić.
Po tych słowach ból przeszywający głowę ustąpił. Nikolai zerknął w górę i ujrzał nad sobą piękną twarz prześladowczyni; wpatrywała się w niego, gdy leżał u jej stóp.
– Zabierzcie mu broń! – rozkazała. – Musimy go stąd zabrać, zanim odzyska siły.
Przeklął soczyście, ale głos utkwił mu w gardle. Kobieta odwróciła się i odeszła, stukając obcasami po zimnym betonie, na którym leżał.
Rozdział 2
Renata chciała jak najszybciej wydostać się z magazynu. Żołądek podchodził jej do gardła, na czole i karku pojawiły się kropelki potu. Marzyła o świeżym, wieczornym powietrzu, jakby po raz ostatni miała zaczerpnąć tchu, ale szła raźnym i pewnym krokiem. Tylko zaciśnięte w pieści ręce, trzymane sztywno przy boku, zdradzały, że daleko jej do spokoju i opanowania.
Zawsze tak było. To skutki jej porażającej siły umysłu.
Już na zewnątrz, gdy znalazła się sama w alejce, wzięła kilka szybkich głębokich oddechów. Nagły dopływ tlenu ukoił jej płonące gardło, ale ledwo zdołała się powstrzymać, by nie zgiąć się wpół z bólu, który niczym rzeka ognia trawił jej wnętrze.
– Cholera. – Zachwiała się na wysokich obcasach. Wzięła jeszcze parę głębszych oddechów, wpatrując się w czarny chodnik pod nogami. Czuła, że za moment rozpadnie się na drobne kawałki.
Za plecami, od strony magazynu, usłyszała szybkie, ciężkie szuranie butami. Ostrym ruchem uniosła głowę. Jej twarz pozostała kamienna, ale napięcie.
– Ostrożnie z nim. – Zerknęła na nieruchome ciało rosłego półprzytomnego mężczyzny, którego obezwładniła. Czterej jej ochroniarze nieśli go niczym upolowane zwierzę. – Gdzie jego broń?
– Trzymaj.
Złapała czarną skórzaną torbę, rzuconą przez Aleksieja, przywódcę dzisiejszej wieczornej eskapady. Zauważyła złośliwy uśmieszek na jego szczupłej twarzy, gdy ciężka, wypełniona metalem torba uderzyła ją w pierś. Czuła się tak, jakby w jej ciało wbiły się tysiące gwoździ, ale zarzuciła torbę na ramię, nie okazując najmniejszego niezadowolenia.
Ale Leks wiedział o jej słabości i nigdy nie pozwolił jej o tym zapomnieć.
W przeciwieństwie do niej, Aleksiej i reszta jej towarzyszy byli wampirami, członkami Rasy. Tak jak ich ofiara, pomyślała Renata. Wyczuła to, gdy po raz pierwszy zobaczyła go w klubie; mogła go pokonać swoim umysłem. Jej nadprzyrodzone zdolności miały jednak pewne ograniczenia. Działały tylko na członków Rasy. Mniej skomplikowane, ludzkie komórki mózgowe nie reagowały na jej ciosy, które zadawała mentalnie zaledwie po chwili koncentracji.
Czuła się człowiekiem, choć różniła się nieco od innych przedstawicieli homo sapiens. Dla Leksa i jemu podobnych była Dawczynią Życia, jedną z nielicznych kobiet o wyjątkowych pozazmysłowych zdolnościach i jeszcze rzadszej umiejętności rodzenia przedstawicieli Rasy. Dla kobiet takich jak Renata picie rasowej krwi oznaczało jeszcze zwiększenie mocy. I długowieczność. Dawczyni Życia mogła żyć nawet kilka stuleci, regularnie karmiąc się życiodajną krwią wampira.
Zaledwie dwa lata temu Renata nie miała pojęcia, dlaczego różni się od innych ludzi, których znała, i gdzie było jej miejsce. Ale gdy na jej drodze stanął Siergiej Jakut, szybko nadrobiła te zaległości. To z jego powodu ona, Leks i reszta włóczyli się dzisiejszej nocy po mieście w poszukiwaniu osobnika, który wypytywał o samotnego Jakuta.
Mężczyzna spotkany w klubie jazzowym prowadził swoje poszukiwania zdumiewająco niefrasobliwie, aż zaczęła się zastanawiać, czy nie chciał sprowokować Siergieja Jakuta, by ten się ujawnił. Jeśli tak, to facet był albo idiotą, albo samobójcą, albo jednym i drugim. Niedługo miała się przekonać, jaka jest prawda.
Wyciągnęła z kieszeni telefon, otworzyła klapkę i wybrała pierwszy numer z listy.
– Obiekt znaleziony – zameldowała, gdy połączenie zostało odebrane. Podała swoje położenie, zamknęła klapkę i odłożyła telefon. Zerknąwszy w stronę Aleksieja i ochroniarzy, oświadczyła: – Samochód jest już w drodze. Będzie tu za jakieś dwie minuty.
– Zostawcie tę kupę gówna – powiedział Leks. Ochroniarze rozluźnili uchwyt i ciało mężczyzny z łoskotem uderzyło o asfalt. Leks z zaciśniętymi pięściami na kaburze pistoletu i olbrzymim myśliwskim nożu przypiętym do paska spoglądał na nieprzytomnego wampira. Ostro wciągnął powietrze i splunął, niemal trafiając w policzek mężczyzny. Biała spieniona plama rozlała się po chodniku tuż przy głowie jasnowłosego mężczyzny.
W ciemnych oczach Aleksieja pojawił się ponury błysk.
– Może powinniśmy go zabić.
Któryś z ochroniarzy zarechotał, ale Renata wiedziała, że Leks nie żartuje.
– Siergiej mówił, żeby go przyprowadzić.
Aleksiej prychnął.
– I dać jego wrogom kolejną szansę, by ucięli mu łeb?
– Nie wiemy, czy ten facet miał cokolwiek wspólnego z tamtym napadem.
– Nie wiadomo też na pewno, że nie miał. – Aleksiej odwrócił się i spojrzał na Renatę, nie mrugnąwszy nawet okiem. – Od tej pory nikomu nie ufam. Myślałem, że ty też nie chcesz narażać go na niebezpieczeństwo.
– Ja tylko wykonuję rozkazy. Siergiej kazał nam odnaleźć faceta, który rozpytywał o niego w mieście, i przyprowadzić go na przesłuchanie. To właśnie zamierzam zrobić.
Leks zmrużył oczy, marszcząc swoje wąskie brązowe brwi.
– Świetnie – odparł, ale zbyt spokojnie. – Masz rację, Renato. Musimy słuchać poleceń. Przyprowadzimy go, tak jak mówisz. Ale co będziemy robić, czekając na samochód?
Renata zastanawiała się, o co mu chodzi. Leks podszedł do nieprzytomnego mężczyzny i szturchnął go butem w odsłonięte żebra. Żadnej reakcji. Tylko klatka piersiowa lekko unosiła się przy nierównym oddechu.
Aleksiej się uśmiechnął.
– Mam brudne buty. Może wyczyszczę je o ten bezużyteczny worek śmieci, skoro i tak czekamy?
Zachęcony rechotem towarzyszy, uniósł nogę i trzymał nad twarzą więźnia.
– Leks... – Renata wiedziała, że i tak próba przekonania go, by dał sobie spokój, na nic się nie zda. Ale w tym właśnie momencie zauważyła, że z ich więźniem dzieje się coś dziwnego. Oddech miał płytki, kończyny nieruchome, ale twarz...
W ułamku sekundy Renata zdała sobie sprawę, że mężczyzna jest przytomny.
Chryste.
Aleksiej roześmiał się, opuścił niżej nogę, prawie dotykając grubą podeszwą buta twarzy mężczyzny.
– Leks! On nie jest...
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej.
Mężczyzna uniósł ręce i chwycił Leksa za kostkę. Z całej siły ją ścisnął i wykręcił mu nogę. Leks upadł na ziemię, jęcząc z bólu. Mężczyzna podniósł się sprawnie, wręcz emanował energią i siłą. Renata nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała.
Do jasnej cholery, miał przy sobie pistolet Leksa.
Zrzuciła torbę i zaczęła szukać swojej broni, kaliber 45, ukrytej w kaburze na plecach. Palce wciąż miała sztywne po wcześniejszym mentalnym wysiłku i któryś z ochroniarzy zareagował, zanim zdążyła uwolnić broń. Wypuścił szybką serię, mijając cel zaledwie o parę centymetrów.
Szybciej, niż byli w stanie zauważyć, mężczyzna umieś¬cił kulkę w czaszce ochroniarza. Najdłużej służący i osobiście wybrany ochroniarz Siergieja Jakuta padł bez życia na chodnik.
Renata była przerażona, sytuacja zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Może Aleksiej miał rację? Może ten facet jest zamachowcem, który już raz próbował zaatakować?
– Kto następny? – Mężczyzna, trzymając nogę na plecach Leksa, wymachiwał pistoletem w stronę ochroniarzy i Renaty. – Co, nie ma chętnych?
– Zabijcie tego skurwysyna! – ryknął Leks; wił się niczym uwięziony robak pod ciężkim butem. Z policzkiem wciśniętym w chodnik, obnażając kły, toczył wściekłym wzrokiem. – Rozwalcie mu łeb, do cholery!
W tym momencie został postawiony na nogi. Wrzasnął, gdy całym ciężarem ciała przygniótł skręconą kostkę, a gdy poczuł za uchem lufę własnego pistoletu, wybałuszył oczy z przerażenia. Napastnik, bezwzględny dla swojej ofiary, działał metodycznie, nie tracąc zimnej krwi.
O Najświętsza Panienko.
Kim on do diabła był?
– Słyszeliście, co powiedział – odezwał się mężczyzna. Głos miał niski i spokojny, a wzrokiem przeszywał mrok. Patrzył prosto na Renatę. – No dalej, pokażcie, że macie jaja. Ale jeśli nie chcecie widzieć jego mózgu na ścianach tego budynku, to radzę rzucić broń. Tu na chodnik, tylko, ostrzegam, bez numerów.
Renata usłyszała ciche pomrukiwania i prychanie. Każdy z dwójki wampirów był od niej silniejszy, razem mieli pewnie przewagę nad wrogiem, ale żaden jakoś nie chciał tego sprawdzić. Usłyszała cichy brzęk metalu, gdy ochroniarz ostrożnie położył broń na asfalcie. Został już tylko jeden, by ją wspierać. Po chwili on również odłożył broń. Wampiry zrobiły kilka kroków w tył, poddając się w ponurym milczeniu.
Renata mogła teraz liczyć tylko sama na siebie.
Mężczyzna uśmiechnął się, obnażył zęby i końcówki kłów. Był wściekły, a jego coraz dłuższe kły najlepiej o tym świadczyły, podobnie jak bursztynowy blask w oczach upodabniający go do członków Rasy. Jego uśmiech zrobił się szerszy, a pod wydatnymi kośćmi policzkowymi pojawiły się dwa bliźniacze dołki.
– Wygląda, że zostaliśmy sami, skarbie. Im dłużej każesz mi czekać, tym mniej będę uprzejmy. Odłóż swoją pieprzoną broń albo go zabiję.
Szybko oceniła swoje szanse. Ciało miała obolałe, wciąż dokuczały jej skutki mentalnego wysiłku, pozbawiając resztek sił. Nie próbowała kolejnego ataku na jego umysł, bo wiedziała, że jedzie na resztkach mocy. Nawet gdyby udało jej się uderzyć go tym, co jeszcze miała, nie zdołałaby go pokonać, a zupełnie pozbawiona mocy na nic by się zdała.
Normalnie była szybka jak strzała, cechowały ją refleks i precyzja snajpera, ale teraz nie mogła wykorzystać tych umiejętności. Całą uwagę musiała skupić na kontrolowaniu kończyn i palców. Niezależnie od tego, co by zrobiła, nie wyglądało, by Aleksiej wyszedł z tego cało. Do diabła, szanse na to, żeby ktokolwiek wyszedł z tego bez szwanku, były bliskie zeru.
Mężczyzna trzymał w ręku wszystkie karty, a jego spojrzenie, gdy czekał, aż ona zdecyduje o swoim losie, świadczyło, że doskonale czuje się w roli władcy. Renata, Leks i ochroniarze byli zdani na jego łaskę.
Ale Renata nie zamierzała poddać się bez walki.
Zaczerpnęła powietrza, wyciągnęła pistolet i skierowała w jego stronę. O mało nie zawyła z bólu, gdy uniosła ręce, ale tylko zagryzła zęby, dławiąc krzyk.
Odbezpieczyła broń.
– Puść go.
Pistolet Leksa wciąż trzymał przy jego uchu.
– Chyba nie sądzisz, że będziemy teraz negocjować, co? Rzuć broń.
Trzymała go na muszce, ale on ją też. A do tego miał nadludzką szybkość. Mógłby nawet zrobić unik, widząc, jak leci kula. Kolejne strzały zawsze dzielił ułamek sekundy, nawet gdy była w szczytowej formie. A to dawałoby czas, by otworzyć ogień, niezależnie czy zdecydowałby się najpierw zastrzelić Leksa, czy ją. Za chwilę wszyscy mogli poczuć smak ołowiu. Ten facet był członkiem Rasy. Ze swoim przyspieszonym metabolizmem i umiejętnością szybkiego gojenia ran miał spore szanse wyjść z tego bez szwanku, ale ona? Patrzyła na pewną śmierć.
– Chodzi ci o mnie czy to jego chcesz dziś wieczorem uśmiercić? A może nienawidzisz każdego, kto ma kutasa? O to chodzi?
Chociaż cały czas trzymał ją na muszce, mówił swobodnie, jakby się z nią przekomarzał, jakby nie stanowiła dla niego zagrożenia. Nie odpowiedziała, odsunęła kurek i położyła palec wskazujący na spuście.
– Puść go, nie chcemy żadnych kłopotów.
– Trochę na to za późno, nie sądzisz? W tej chwili, skarbie, czekają cię same kłopoty.
Nie poruszyła się. Nawet nie miała odwagi mrugnąć z obawy, że mężczyzna weźmie to za słabość i zaatakuje.
Leks trząsł się, po twarzy spływał mu pot.
– Renata – wysapał. Nie była pewna, czy chciał jej powiedzieć, by się poddała, czy zrobiła wszystko, co mogła. – Renata... na miłość boską...
Celowała w napastnika, trzymała łokcie nieruchomo, zaciskając pięści na pistolecie. Wiał lekki letni wiatr, a delikatne podmuchy powietrza wbijały się w jej wrażliwą skórę jak ostre kawałki szkła. W oddali usłyszała wybuch sztucznych ogni, zapewne to pokaz na koniec weekendowego festynu, a przytłumione wybuchy wibrowały w jej obolałych kościach. Dochodziły odgłosy pędzących samochodów, czuła nieprzyjemny zapach spalin, palonej gumy i ropy.
– Jak długo chcesz to ciągnąć, skarbie? Bo muszę ci powiedzieć, że cierpliwość nie jest moją najmocniejszą stroną. – Zabrzmiało to zwyczajnie, ale groźba była oczywista. Mocniej nacisnął spust, gotowy doprowadzić wieczór do krwawego finału. – Daj mi choć jeden powód, dla którego nie miałbym naszpikować mózgu tego dupka ołowiem.
– Bo to mój syn. – Z ciemnej alejki dobiegł niski męski głos. Słowa pozbawione emocji kryły w sobie coś złowieszczego i wypowiedział je ktoś, mający akcent charakterystyczny dla rodzinnych stron Siergieja Jakuta.
Rasa Środka Nocy #5 - Welon północy
Autor: Lara AdrianWydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2011
Tytuł oryginalny: Midnight Breed: Veil of Midnight
Rok wydania oryginału: 2008
Liczba stron: 328
Format: 130x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324139439
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,80 zł
--- Reklama ---
Sklep
Forum