Recenzja książki "Niebezpieczny akwen"
Nazwisko Larry'ego Bonda powinno być znane niejednemu wielbicielowi technothrillerów militarnych. Sławę – chyba zasłużoną – zdobył sobie m.in. jako współautor klasycznej (i określanej przez wielu maniaków mianem kultowej) gry komputerowej „Harpoon”, ale i twórca pamiętnych bestsellerów literackich. W liczbie tej wymienić należy choćby świetny „Kocioł”, w którym po rozpadzie Unii Europejskiej dochodzi do kolejnego niemieckiego ataku na Polskę (odpartego dzięki – nomen omen – amerykańskiej interwencji, co na pewno nie zdziwi nikogo, kto wie, iż gatunek technothrillera wynaleźli Amerykanie…). Bond współpracował w swoim czasie także z Tomem Clancy'm, a więc prawdziwym człowiekiem-firmą, przy powstawaniu „Czerwonego Sztormu”. Siłą rzeczy, Larry'ego warto znać. „Niebezpieczny akwen” to dowód, że Amerykanin nie osiadł na laurach i ciągle, po blisko trzydziestu latach od debiutu, nie umarła w nim chęć działania. Nowa powieść pisarza (nowa, nawiasem mówiąc, jedynie dla polskiego czytelnika, w rzeczy samej obecna na rynku już od czterech lat) z jednej strony zaspokaja oczekiwania, z drugiej, rozczarowuje. Paradoks ten zawiera jedynie pozornie wewnętrzną sprzeczność, o czym poniżej.
Bohaterem powieści jest Jerry Mitchell (swoją drogą, ciekawe czy jest to jedynie przypadkowa zbieżność z „Top Gunowym” Petem „Maverickiem” Mitchellem…?), były pilot marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, z powodu kontuzji pozbawiony możliwości latania naddźwiękowymi myśliwcami. Jerry, nie mogąc latać, niejako dla kontrastu, postanawia pływać i to od razu pod wodą, a przy tym cicho i powoli, a więc kieruje swój wzrok ku okrętom podwodnym. Wykorzystuje wszystkie możliwości, w tym polityczne koneksje, by dostać upragniony przydział, który jednak wcale nie okazuje się tak obiecujący. Memphis, przeznaczona do złomowania stara jednostka klasy Los Angeles, to raczej zesłanie niż szansa na awans. Zgrana, zamknięta załoga, choleryczny kapitan i zazdrośni podoficerowie – wszystko to nie ułatwi startu kariery Jerry’ego. Zwłaszcza, kiedy do akcji po raz kolejny mieszają się politycy. Memphis zostaje wysłany na nieprawdopodobną misję. Z okrojonym uzbrojeniem, z nie w pełni sprawnymi systemami, za to z… dwiema kobietami na pokładzie. Powiedzmy sobie wprost: od tej pory może być tylko lepiej!
W „Niebezpiecznym akwenie” jest wszystko to, co w swoim czasie technothriller wojskowy uczyniło niemalże gałęzią amerykańskiego przemysłu. Mamy więc dawkę technologii, całkiem konkretną i wcale wciągającą akcję oraz – ten element został ewidentnie zapożyczony z „cywilnych” thrillerów – intrygujące relacje personalne. W praktyce, „Niebezpieczny akwen” jest technothrillerem w wersji light, a więc mocno odtłuszczonym, za to lekkostrawnym. Nowinek technicznych nie ma w tej powieści aż tak wiele, gratką natomiast jest dogłębne spojrzenie na realia działania okrętów podwodnych (taktyczne i nazwijmy to: obyczajowe), z uczciwym uwzględnieniem kwestii ludzkich.
Pisałem wcześniej o paradoksie: powieść Bonda jest zarówno silna, jak i słaba jako przedstawicielka gatunku. Wynika to po części z faktu, że technothriller jako taki zdążył się już nieco przejeść. Miał swoje dobre lata (w Polsce będzie się pewnie jeszcze długo kojarzył z charakterystycznymi okładkami Wydawnictwa Adamski i Bieliński: czarnymi z amerykańskim godłem), później okazało się jednak, że król jest nagi, a przynajmniej mocno nieokryty. Ile bowiem można pisać ciągle o tym samym? Schematy się nudzą. Patos i miłość wobec towarzyszy broni przepełniająca amerykańskie serce dzielnego żołnierza to towar, którym w swoim czasie szafowano zbyt hojnie.
W tych okolicznościach „Niebezpieczny akwen” radzi sobie całkiem dobrze. Niezła fabuła, całkiem realistyczne tło wydarzeń oraz nie najgorsze poczucie humoru sprawiają, że książka jest przyjazna w lekturze. Wydawca nie ustrzegł się paru drobnych błędów: powtórzenia wyrazów, czasami niepotrzebne powielenia opisów, momentami „kuśtykający” język, to drobiazgi, które jednak są zauważalne. Nie mnie wskazywać, kto nawalił: autor, korektor czy tłumacz. Eliminacja tych defektów pewnie ułatwiłaby lekturę, zwłaszcza na początku powieści, która – wbrew późniejszym, mocnym uderzeniom – rozkręca się powoli i niepewnie. Nawiasem mówiąc, całkowita ilość akcji zawarta w książce, jedynie z dużą dozą dobrej woli może usprawiedliwić metkę thrillera, ale z drugiej strony, nie jest aż tak źle. W każdym razie, nuda czytelnikowi nie grozi. Po prostu, jak już wspomniałem, powieść Bonda jest przykrojona do dietetycznej mody dzisiejszych czasów. Summa summarum, „Niebezpieczny akwen” to dobra powieść militarna, zręcznie skonstruowana, o niebanalnej fabule (ciekawe wątki ekologiczne), a w dodatku nieźle rozegrana. Po niemrawym początku książka wbija w fotel bardzo dynamicznym (choć późnym) rozwinięciem. Nie jest to nowa wersja „Polowania na Czerwony Październik”, ale dzieło Bonda śmiało porównać można z powieściami DiMercuria czy Patricka Robinsona.
Niebezpieczny akwen
Autor: Larry BondTłumaczenie: Andrzej W. Sawicki
Wydawnictwo: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 8/2009
ISBN-13: 978-83-7510-151-5
Cena z okładki: 29,90 zł
Sklep
Forum