Wywiad z Łukaszem Orbitowskim na temat książki "Nadchodzi"

Autor: Bartosz Czartoryski
25 marca 2010

Gildia: Łukaszu, skąd pomysł na książkę "kompilacyjną"? Pomysł Twój czy wydawcy? Nie bałeś się, że czytelnicy pomyślą, iż uprawiasz literacki recycling?

Łukasz Orbitowski: Wszystkie pomysły wychodzą ode mnie, wydawca co najwyżej ciśnie, usiłujac wymóc na mnie pracę. Poprzedni zbiór opowiadań ukazał się chyba cztery lata temu, nie jest już dostępny, trochę tekstów się ukazało, a antologie, zwłaszcza czasopisma, mają dość krótką żywotność, wznowienia zdarzają się nieczesto, trzeba kompilować. Do powszechnych praktyk należy zbieranie opowiadań wydrukowanych już kiedyś w jedną książke i zwróć uwagę, że każdy tak robi, nikomu jednak się nie dostaje. Mogłem wydrukować „Nadchodzi”, tytułowy tekst, jako powieść i nikt by nawet nie jęknął, cena spadłaby może o osiem złotych. Ale – lepiej mieć grubszą książkę. Ale – publikując samą powieść zamknąłbym sobie drogę do wydrukowania tych opowiadań, przecież te teksty uzupełniają się wzajemnie, trzeba by zbiorek kiedyś znów sklecić, stanąłbym przed podobnym problemem, a do tego, gryzłbym się w związku z koniecznością wypuszczenia dwóch, podobnych tematycznie i literacko książek.

Lepiej więc patrzeć na "Nadchodzi" jak na integralną całość niż zbiór osobnych opowiadań?

Taka była moja intencja, nie zamierzam nikomu nakładać okularów – wyszło albo nie wyszło, z tego co umiem ocenić, raczej tak. Na pewno pierwszy tekst budują wyraźną klamrę, a między nimi taplają się jeszcze trzy opowiadanka. Wszystkie bardzo lubię. Więc, mówiąc uczenie, mamy jakąś spójność fabularną, ale i scenografii, nastroju, tematu. Zarazem dużo tu skakania, z lasu na księżyc i do szpitala. Bywa i tak. Też mam świadomość, że do pewnych rzeczy nie wrócę, dziś, kiedy czasem wezmę do ręki „Wigilijne psy” myślę sobie „rety, co za facet to pisał”, z tym zbiorkiem będzie podobnie. Liczy się teraz. Teraz jestem cholernie zadowolony. Ludziom podoba się ta książka. A pisze się dla ludzi.

Mówisz, że pisze się dla ludzi, a jednocześnie przyznajesz, że bycie pisarzem to prostu Twój zawód. Więc może po prostu to jest tak, że piszesz dla siebie, dla pieniędzy?


Nie widzę sprzeczności. Większość publicystyki piszę dla pieniędzy i nie ma co ściemniać, nie robiłbym tego gdybym nie musiał. Wszystko sprowadza się do kwestii, jaką cenę jestem gotów zapłacić. Realia rynku wydawniczego sprawiają, że należy wypuszczać ze dwie książki rocznie, próbowałem i zwyczajnie nie umiem, musiałbym stanąć w miejscu i nie przebijać siebie. Skończyłoby się na zjeździe z jakości. Próbowałem jakoś odnaleźć się w tym systemie, pisząc książki z Jarkiem, wydając bloga. W końcu znalazłem inne wyjście. Większość mojego dochodu stanowi praca przy filmach i publicystyka, tego rodzaju kompromis daje brak kompromisu gdzie indziej. Moje książki są dokładnie takie jak chcę i mogę pisać je bez oglądania się dla innych. Co nie znaczy, że lekceważę czytelnika, mam naturalną potrzebę dawania z siebie tyle ile tylko można, słowem, powinno to, przynajmniej w założeniu, przełożyć się na dobrą literaturę. Nie mi oceniać. Aspekt komercyjny wydawania książek ujawnia się później. Gdybym nie zarabiał na książkach, pewno rozlazłbym się trochę, wydawał wolniej, bo jednak termin, zobowiązania też coś znaczą, świadczą także o mojej solidności. Rzeczy pisane a muzom powstawałyby wiec wolniej, nie uczestniczyłbym w działaniach promocyjnych, może zmieniłby się charakter wydania. I trzeba jeszcze dodać – jak myślimy o życiu, także zawodowym. Ja pomyślałem, praca ma być dla mnie przyjemnością, chcę robić to co lubię i tak mam. Czy to brzmi dobrze? Wydaje mi się, że nawet publicystyka, którą tłukę często przekracza zjawisko chałtury.

Czy można więc w Polsce być tylko pisarzem? Myślę o specyficznym typie - faceta od horrorów. Czy zawsze trzeba coś robić "na boku"?

Można, tylko chyba nikomu nie wyszło. Zwróć uwagę, że ludzie, którzy pisali horrory i to całkiem niezłe, odfrunęli dorabiać się na innym poletku, na przykład Jarek Grzędowicz chwycił się za fantasy i świetnie mu to wyszło, Miłoszewski zrealizował się w kryminale i bajce. To dobrze, choć zarazem szkoda. Mam takie myśli, że fajnie byłoby pisać książkę raz na trzy lata a poza tym machać kulasami i dłubać sobie w miejscach, o których publicznie nawet nie wypada wspomnieć. Popatrz, na przykład nauczyłem się innych form literackich. Wcześniej tego nie umiałem, nie miałem pojęcia jak napisac felieton albo esej. Zwróciłem się ku branży filmowej, gdzie dopiero jest trudno i trzeba uczyć się jeszcze więcej. Wiesz, pisałem odcinki "Brzyduli". Straszna robota. Ale pouczająca jak diabli. Z Tomkiem Bagińskim już była bajka, inny charakter pracy. Zaproponowano mi pisanie dla portali kobiecych, pomyślałem sobie – co ja z tym mogę zrobić? Przełamałem się i wyszło. Robienie na boku może być męką, ale jak już to robimy, spróbujmy dostrzec w tym jakąś sensowną szansę, na przykład na naukę, na sięganie po nowe rodzaje mediów i inne tematy. Chciałbym zrobić słuchowisko. Grę. Komiks. I wiesz co, to będzie chyba taka sama radość jak przy książkach.

Wróćmy jednak do "Nadchodzi". Na początku pierwszego opowiadania zamieszczonego w książce, prywatnie moim ulubionym, "Popielu Armeńczyku" posłużyłeś się słowami wziętymi ze Słowackiego i Reni Jusis. Wydaje się, że to dwa różne światy, czemu Twój wybór padł właśnie na polskiego romantyka i popową wokalistkę? Czy w jakiś sposób czujesz się określany zarówno przez współczesną popkulturę jak i artystów uznanych przez historię za klasykę?

Aż tak nie koncypuje, nie siedzę przecież i nie główkuję – jaki by tu walnąć fajny cytat na początku. Gdyby Słowacki żył dzisiaj, nagrywałby płyty, przecież poeci w tamtych czasach stanowili niedokładny i kulawy ale jednak odpowiednik dzisiejszych gwiazd. Może byłby raperem, nie wiem, na pewno nie uprawiałby pieprzonej piosenki poetyckiej. Jak się gromadzi cytaty na pierwszych stronach tekstów. Sam pomysł szalonego „króla” przewalającego cała nasza historię w realiach wojennej jesieni odesłał mnie do „Króla ducha” ze wskazaniem na opracowanie Rymkiewicza, potem napisałem ostatnie zdanie, zadzwoniła mi w głowie Reni i pomyślałem, to fajny chwyt. Czytelnik przypomni sobie piosenkę dwa razy, na początku i końcu, w jakis sposób będzie brnął w ten las z bohaterami i czekał, aż z chaszczy wyskoczy Reni. Skoczyła? W jakiś sposób tak.

Nad "Popielem...", podobnie jak nad finałowym "Nadchodzi", wisi widmo drugiej wojny. Czy ten konkretny okres historyczny jakoś szczególnie sprzyja Twoim artystycznym poszukiwaniom?

To nie jest do końca tak. Omijam te standardowe drugowojenne rekwizyty, nie mam w kieszeni żadnych demonicznych SS-manów. „Popiel”, jasna sprawa – mi się podoba brutalny polski żołnierz, bo i tacy byli. W „Nadchodzi” mamy nie tyle drugą wojnę, co czasy zaraz po i wykańczanie leśnych dziadków, ten akurat epizod jest ciut przemilczany a szkoda i ze względu na dramat tych ludzi, jak i nośność, fabularną atrakcyjność takich wydarzeń. Ze względu na materiały do których dotarłem miałem okazje opisać to z drugiej strony, z perspektywy wykańczającego, a nie wykończonego. Wejście w to myślenie okazało się ciekawsze niż przeczuwałem. 1939 rok to chyba absolutna cezura nośności, aktualności naszej historii. Spotkałeś się z żywą dyskusją na temat sanacji, przewrotu majowego, czy wojny z Litwą? Nie, ten okres jest zamrożony. Ale czasem fantazjujemy – co by było, gdybyśmy poszli z Hitlerem. Mówimy o Katyniu, domagamy się w naszym rozumieniu sprawiedliwego podejścia w tej sprawie od Rosji i tak dalej. „Ogień” działał ponad pół wieku temu, a wciąż budzi emocje, idź na Słowację i o nim porozmawiaj. Mnie interesuje historia jako droga do aktualności, wczoraj budujące myślenie o dziś. Poza tym i przede wszystkim: chcę pisać dobre historie. Tam, w tych wydarzeniach takie znalazłem i jeśli w „Nadchodzi” nie znajdziesz dobrej historii to tylko z mojej winy.

Można więc powiedzieć, że w odkrywasz zapomniane karty historii, dokonujesz rewizji polskiej mentalności?

Nie, nie, daj spokój – nie takie znów zapomniane, w końcu jednak ktos słyszał o leśnych dziadkach, czytał Słowackiego czy przynajmniej słyszał o tym manie, no i mniej więcej wciąż wiadomo, jakie wydarzenia miały miejsce w 1939 roku, nawet jeśli jakiś Popiel tam nie poszalał. Rewizja, też nie, nie znajduję w sobie uprawnień do tego rodzaju działań, rzekłbym: piszę jak to widzę. I trochę teraz żałuję tej historii, kiedy pisałem „nadchodzi” najwazniejsza była dla mnie relacja ojca z synem. Opowieść o dogadywaniu się i wybaczeniu bez uznania win przez drugą stronę. Wybaczamy, choć nikt o wybaczenie nie prosi, te rodzaj łaskawości wyzwala w człowieku perspektywa śmierci. Choćby cudzej. To było tak. Myślałem, ojciec i syn. Ojciec musi być kawałem fiuta. To zrobię z niego ubeka. Co ubecy robili, hmmm. Wykańczali ludzi. I zagrało. A znów, chyba niepotrzebnie narzekam, bo na pytania o ich relację, tych dwóch gości odpowiadałoby się trudniej.

Powiedziałeś, że nie masz na celu ani rozjaśniania czarnych plam naszej historii ani nie robisz remanentu polskiej mentalności. Nie ma w tym jakiejś kokieterii albo asekuracji? Czy aby na pewno chodzi tylko o dobrą historię?


Pewno trochę się asekuruję, bo przecież nie jestem historykiem czy historiozofem i wiem, że polemikę z takim przegram w normalnym dyskursie, pocieszając się jedynie tym, że wpuszczając gościa na mój, literacki ring posłałbym go pewnie na deski. Chodzi też o coś innego, czyli na przykład o „Nadchodzi”. Kiedy pisałem ten tekst najważniejsza była dla mnie relacja ojca z synem. Wiesz, że nikt o to nie zapytał? Wszyscy tylko o tej historii. W całym zbiorku masz dwa opowiadania nie mające nic wspólnego z wydarzeniami historycznymi, jakoś przemilczane. Nie jestem tez pewien czy wartości związane z moim własnym życiem, ten rodzaj komentowania siebie, przerzucania między bohaterami tego trupa jest tak naprawdę cenny dla kogoś poza mną, wiem za to, że ludzie lubią dobre opowieści, próbuję więc to zaoferować. To dobre z tą asekuracją, nie mam jednak wyjścia, bo jeszcze polecę na pysk.

W jednej z rozmów ze mną mówiłeś kiedyś, że "Strzeż..." napisałeś w szczególnym dla Ciebie okresie w życiu. Aż trudno uwierzyć, że wszystkie te fantasmagorie mogło bezpośrednio zainspirować szare życie. Często Twoje prywatne demony stają się bohaterami Twoich książek? Przyznam, że gdy czytam Twoją prozę, często nie czuję bezpieczniej granicy oddzielającej czytelnika od twórcy, jakby spośród linijek wyzierał sam Orbitowski a nie wytwory jego wyobraźni wykoncypowane nad płatkami śniadaniowymi i poranną gazetą.

I znów mogę odpowiedziec na dwa sposoby: albo bawię się w diagnozowanie lęków ludzkich, albo wywalam swoje własne. Po prawdzie, jest raz tak, raz tak. Przywołujesz „Strzeż się gwiazd…”, ten tekst pisałem wtedy, gdy moja była żona szykowała się do urodzenia naszego synka. To ogromne napięcie, także dla faceta, ale przecież lęki uchwycone w opowiadaniu nie maja chyba nic wspólnego z jej lękami, a moimi to już na pewno. Skąd mam wiedziec, jak się ma kobieta w ciąży? Kombinowałem, wbijałem się w wymyślony nastrój. Czasem znów walę własne lęki, przetworzone albo i nie, wydaje mi się, że tytułowe opowiadanie prezentuje właśnie ten bardziej intymny rodzaj upiora. Nic jednak nie dzieje się bez powodu. Moja stała intencją, że tak rzucę z górki, jest właśnie likwidowanie tej bezpiecznej granicy pomiędzy książka a czytelnikiem, co z kolei zakłada zniesienie tejże pomiędzy książką a mną. Użyję do tego wszelkich możliwych środków, oczywiście, w jakiś sposób rozumnie, nie ma we mnie lęków na dziesięć następnych książek. Analogicznie, gdy pisze o miłości, wbijam się we jakis rodzaj bliskiej mi, pornograficznej ckliwości i tak dalej, można kręcić. I najważniejsze: to że piszę całym sobą nie znaczy, że piszę o sobie. A na śniadanie jem tosty lub kiełbaski, nie czytam też gazet.

Czytając "Zatokę tęczy", nie mogłem się oprzeć skojarzeniom z wyimaginowanymi światami Starych Bóstw tworzonymi przez Lovecrafta. Jednak Ty zdajesz się sugerować, że w Twoim obrazie "księżycowej krainy" chodzi o Boga chrześcijańskiego. Co skłoniło Ciebie, ateusza, do napisania tej historii?


A kto ci powiedział, że pisarz musi pisać w zgodzie ze sobą? Rozumiem, że takie wnioski można wyciągnąć. Lektura polskich fantastów nie pozostawia złudzeń co do przekonań politycznych jednego i drugiego. Jednorodność życia i literatury ujawnia się tez u Pilcha, Shutego, Witkowskiego, Dzido i bardzo wielu innych. Widocznie im to odpowiada, mi nie bardzo, więc piszę wbrew sobie. Więc nie jest na miejscu, piszę wbrew sobie, bo nie bardzo inaczej potrafię, zgodność jest nudna. Jakbym miał zgadzać pisanie ze sobą, to nie pisałbym wcale, umykając w ten sposób przed nudą. Jestem bezbożnikiem, więc piszę o Bogu, żyję niemoralnie więc nawijam o moralności, dalej rozrzucając te klocki, jak chwytam jakiś temat, to zawsze dla mnie trudny, jak wyciągam własne emocje, to tylko te, których boję się a jeszcze częściej wstydzę.

Odnośnie innego opowiadania, "Cichego domu" - sprowadzasz w nim anioła do poziomu gnijącego truchła, a jego moc nosi znamiona "antycudu", wszak sprowadza klątwy i choroby. Czy w świecie, który w swojej prozie rysujesz, jest w ogóle miejsce na prawdziwe anioły? Właściwi bohaterowie opowiadania są osamotnieni, wydaje się, że nawet pośród ludzi czują się jak w szklanej bańce, podążają w kierunku beznadziei, podkreślonej jeszcze brakiem znaku ze strony nieba. Gdy gadaliśmy o "Nadchodzi", mówiłeś o wybaczeniu. Czy mogą go więc dostąpić narrator i Skóra?

W „Cichym domu” postanowiłem zabawić się z rzeczywistością, w której wybory moralne przekładają się na nasza fizycznoścć jak u Stevensona. Robisz źle to jesteś brzydki, a nawet wyglądasz jak Orbitowski. Człowiek dobry przypominałby Kubę Małeckiego. Jestem niewierzący, więc anioły nie mają do mnie dostępu. Anioła mi narzucił temat antologii, w której tekst się ukazał, tu wyzwoliła się moja miłość do wyzwań. Jeśli już mamy używać postaci ze standardowego uniwersum fantasy, to używajmy ich w sposób niestandardowy. Skóra dostąpił wybaczenia, choć spadł mu łeb. Czasem wybaczenie tak wygląda. Narratora powinien spotkać los łaskawszy, będzie mu wybaczone i jeszcze zachowa głowę. A teraz doszliśmy do moich ułomności. Mam bowiem przekonanie, że ciut funkcjonuję poza „normalnym” światem. Ciurkiem przepracowałem rok na etacie, w tym pół roku na czarno, na budowie. Do „bycia pisarzem” dostukałem się z dziwnego życia, imprezowo szarostrefowego, nawet do studiów się nie przykładałem. No tom się wyobcował. Wyobrażanie sobie normalnego życia jest dla mnie głównie wyobrażaniem, mogę to robić i to nieźle, ale żal mi tracić pewnych rzeczy. Otaczam się ludźmi z mojego świata im jestem coś winien. Jako kumpel i pisarz. Poza tym wyobcowanie nie znaczy beznadzieja, jestem zadowolonym z życia gościem, gdybym chciał wieść inne życie to bym je wiódł. I co jeszcze? Moi bohaterowie doświadczają szczególnego rodzaju „włączenia w życie” za sprawą czynników nadnaturalnych. Mi to szczęśliwie nie grozi, przynajmniej nie w tym kwartale.

Skąd ta pewność, że "dobrze wyobrażasz sobie normalny świat"? Może Twoi bohaterowie nie są tacy autentyczni jak Ci się wydaje i uciekasz w fantastykę? Weźmy samo "Nadchodzi" - zaczynasz jak powieść obyczajową, a kończysz na fantastycznym tripie...

Te patenty wymyślono już w dziewiętnastym wieku, jeśli nie wcześniej. Wydaje mi się, że dobrze znam świat z przyczyn pozaliterackich, konkretnie, dobrze mi się funkcjonuje w świecie. Mam niezłą sytuację zawodową, bliskich w około, żyję, mniej więcej, tak jak chciałem, a nic nie zostało mi podane na srebrnej tacy. Ani jojczenia, ani chwalenia się, dobra? Wydaje mi się, że rozumiem ludzi, umiem odkrywać i być odkrywanym, choćby w najzwyczajniejszym plenerze piwnej gadki, ale problem może być inny. Mogę żyć w bańce, a w odniesieniu do literatury dopuszczam przecież możliwość, że jestem złym tłumaczem. Nie umiem przekładać życia na literaturę. Inna rzecz, że mnie głaszczą – że tacy wiarygodni ci bohaterowie. Nie wiem, naprawdę. Rola fantastyki ma charakter porządkujący, bo, tak prawdziwie i szczerze, uważam że życie wyjaśniane, racjonalne, bez żadnej metafizyki to chaos nie do przeskoczenia. Nie dźwigniemy tego i moi bohaterowie nie dźwigają.

W powieści, nad którą aktualnie pracujesz, "Widmach", znów dotykasz drugiej wojny. Z jakiej strony planujesz ugryźć ten temat? Czy te lata będą tylko pretekstem, tłem dla przedstawionej przez Ciebie historii, czy jej integralną częścią?


Z tą książką jest trochę tak, że zaskakuje – w dość zasadniczy sposób różni się od moich wyobrażeń na jej temat, nie będzie ani tak długa jak planowałem. Miałem w głowie taką wielką, epicką historię z masą bohaterów, a nagle obudziłem się w środku dość kameralnej opowieści. Od finałowej rozpierduchy dzielą mnie ze dwa długie rozdziały, więc zobaczymy sobie. A II wojna jest tam cieniem. Niezwykle długim, może nawet upiornym, ale jednak cienie. Akcja powieści dzieje się w Warszawie w 1956 roku, tylko pierwszy rozdział dotyczy wydarzeń sierpnia 1944, które mają u mnie zasadniczo inny przebieg niż w rzeczywistości, czyli nawet przebiegu nie posiadają. Zresztą, skąd mam wiedzieć, może wojna tam się zjawi, może nawet przyjedzie Goering na białym koniu. Biedny koń, inna rzecz.

Nadchodzi

Autor: Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 2/2010
Liczba stron: 404
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-08-04430-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 38 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus