Dwugłowa Amelia czyli Urbi et Orbi w Paryżu
Zdjęcia: Jarosław Urbaniuk
Do ciekawych książek ciekawy jest nawet research.
Stephen King wspominał, że podczas zbierania materiałów do Łowcy snów uderzył do prawdziwej bazy wojskowej, pojeździł sobie jeppem, zobaczył wszystko, czego potrzebował, naładował się entuzjazmem i to fest - do dzisiaj przecież myśli, że książka mu się udała. Polak albo wrzuca w okładki własne doświadczenia (jak Sławek Shuty czy Pilch) morduje się z netem albo mieszka w bibliotece (pozdrawiamy Michała Studniarka!). My, z okazji pracy nad opowiadaniami, czyniliśmy podobnie. Konspekty Urbaniuka pełne są zdjęć, dykteryjek, świńskich żartów, dygresji oraz linków do tubka. Co nie jest tylko zabawą - z tych poboczy wyłania się gęste tło świata, w którym działają ksiądz Gil i porucznik Enka i które nie zawsze jest wypowiedziane wprost, ale mam nadzieję, że przynajmniej wyczuwalne.
Tym razem było inaczej. Ponieważ tematem drugiej powieści cyklu o roboczym tytule Tancerz są demonie brudy Adama Mickiewicza, stanęliśmy przed koniecznością wysłania naszych bohaterów jego tropem - do Paryża i Istambułu. I zaraz zrozumieliśmy zgodnie, że powinniśmy wyruszyć za nimi. Przynajmniej w jedno miejsce - padło na Francję, gdzie śladów naszego rozbuchanego seksualnie poety jest dużo więcej. Decyzję podjęliśmy jednogłośnie, w wieczornej atmosferze koleżeństwa. Jedziemy.
Nie ma przypadków, są tylko znaki. Zarezerwowaliśmy bilety, a tu telefon przemówił głosem Piotra Kielara z TVP - facet chciał nakręcić reportaż uczestniczący o naszej spółce autorskiej - jak sobie żyjemy i pracujemy. A że nasze życie w Krakowie jest nudne lub niemożliwe do pokazania w telewizji (względy obyczajowe i prawo karne), padła jasna propozycja: bierz ekipę i zasuwaj nad Sekwanę. Piotrek na to przystał.
Tydzień przed wyjazdem wszystko było gotowe. Bilety czekały przy odprawie, mieliśmy już marszrutę i mnóstwo dobrych chęci, nasz przyjaciel z Francji wystarał się dla nas o dach nad głową, nic tylko jechać, zwiedzać, chłonąć atmosferę. Jak zwykle, nie obyło się bez trudności, konkretnie tych, które na nas ściągnąłem - posiałem dowód osobisty na siedem dni przed wylotem. Paszport zaś mi się skończył. Słowa, które wypowiedział Urbaniuk na tę okoliczność, nie nadają się do upublicznienia nawet w internecie.
Właściwie pamiętam to jak sen - pęd od urzędu do urzędu, taniec z papierami, wreszcie, największe dzieło literackie, na jakie się zdobyłem, czyli podanie o przyspieszone wydanie paszportu, i to człowiekowi, który legitymuje się zasadniczo książeczką wojskową. Czego tam nie było! Subtelne środki stylistyczne, przepiękna polszczyzna, prawdziwe emocje, koronkowa kompozycja... Kiedy w poniedziałek urzędnik wręczał mi paszport, czułem się, jakbym dostał Nike, Kościelskich i Zajdla jednocześnie.
W poniedziałkowy wieczór, z paszportem i plecakiem pełnym chińskich zupek wylądowałem u Jarka i już przy kadarce - w końcu Francja to kraj miłośników wina - zaczęliśmy powoli pojmować, że zasuwamy o świcie na lotnisko, lecimy właściwie nie wiadomo gdzie i po co, nie mamy nawet przewodnika. Żaden z nas we Francji nigdy nie był, wydawało nam się, że to kraj daleki i dziwny, gdzie na przedmieściach płoną samochody, a uderzony człowiek potrafi powiedzieć tylko: "Purkła?". Ruszyliśmy jednak, przejęci przeświadczeniem, że coś się wydarzy, coś strasznego, czego niewinną zapowiedzią był zaginiony dowód. Panią w spożywczym pożegnaliśmy jako ostatnią osobę nam życzliwą, a przynajmniej mówiącą po polsku. Nie trzeba dodawać, że francuskiego nie znamy i zaledwie niejasno zaczęliśmy przeczuwać, że Paryż to większe miasto niż Kraków.
Dzień pierwszy - wtorek
Ostatni raz byliśmy razem w Szwecji, gdzie szukaliśmy nie materiałów, ale pracy - pamiętamy stamtąd jedynie Karlskronę, namiot, las, w którym spaliśmy oraz dziki, które nas okrążyły. Z tego doświadczenia wynieśliśmy lekcję, że cokolwiek się nie stanie, rzucimy się sobie do gardeł dopiero po powrocie, tu postąpiliśmy odwrotnie, pyskując sobie już w autobusie, że deszcz pada i trzęsie.
Ale były też jasne strony pierwszego dnia podróży: bilety czekały w Pyrzowicach, przeszliśmy przed odprawę, zakupiliśmy prowiant w bezcłowym, który dopiero o bezcłowy status się starał, a nade wszystko samolot wystartował i wylądował. To była wielka radość - mamy bowiem przekonanie o trudnościach, które lubią się piętrzyć i które zwykliśmy zwać przygodami.
A tu zagrało. Bouvais to maleńkie lotnisko kilkadziesiąt kilometrów za Paryżem, trzeba jechać busem za kilkanaście euro, o czym uprzedzamy każdego, kto zdecyduje się na tanie linie. I było ciepło, to pierwsze, co nas uderzyło.
Pogoda jak w późnym marcu, słońce rozgrzewało się na niebie - być może właśnie dlatego kolor skóry statystycznego mieszkańca Francji jest zdecydowanie ciemniejszy niż nasz.
Ekipa filmowa - czyli Piotrek oraz dźwiękowiec Bodo - czekała na nas przed autobusem. Piotrek miał kamerę, a dźwiękowiec dźwięk. Zaraz nas okalblowali i wyłuszczyli reguły gry. Choć Piotrek mieszkał długo w Paryżu, nie możemy liczyć na ich pomoc. Będą za nami chodzić od rana do nocy, ale nie pokierują, nie zapytają o drogę i nie ostrzegą, jeśli wpakujemy się w jakąś kabałę. Odebraliśmy to z jednej strony jako miły wyraz zaufania do naszego niezgulstwa, z drugiej byliśmy trochę źli, choćby dlatego, że nie mogliśmy nawet zostawić betów w samochodzie. Szybko okazało się, że nasi filmowcy uzupełnili ten układ o element honoru.
W podziemnym parkingu puszczają samochodom nagrania operowe, być może w związku wiarą w dobry wpływ barytonu na karoserię, a przynajmniej sumienie złodzieja. I ruszyliśmy na Pola Elizejskie we czterech, każdy ze swoimi tobołami. Są tam dwa łuki tryumfalne, jeden zrobiony po Napoleonie, drugi w latach osiemdziesiątych (robocza nazwa łuk Mitteranda, który to facet ocalił miasto przed zdziadzeniem, wkomponowując architekturę nowoczesną w zabytkową).
Odległość między nimi jest dużo większa niż człowiekowi mieści się w pale, blisko zmienia się w hektary, więc przegoniło nas ostro, przysłowiowe nogi w dupie. Ekipa kroczyła za nami, dzielna i niezadowolona. Ale potem, jak siedliśmy na schodach łuku Mitteranda - skojarzenia z Pancernikiem Potiomkinem jak najbardziej na miejscu - wrażenie było niezwykłe, wielokilometrowy pasaż w świetle, między jasnymi wieżowcami, od łuku do łuku. Po łuku więc i w pysk.
Umęczeni zdecydowaliśmy się szukać ciepła pod francuskim dachem. Zidentyfikowanie zejścia do metra jeszcze jakość poszło, kłopot w tym, że Paryż ma najstarsze metro świata, jest tam linii - różnych rodzajów - więcej niż kabli u mnie w domu albo i wśród kadry uniwersyteckiej. Mieszkańcy po angielsku nie mówią lub tylko sądzą, że mówią, brak też choćby jednej tabliczki informacyjnej w języku Szekspira. Za to informacja udzieliła odpowiedzi błędnej. Chcąc nie chcąc, poszliśmy na rympał, prześliznęliśmy się przez bramkę i zapytaliśmy faceta w mundurze gdzie kupić bilet. Ja zapytałem. Facet okazał się kanarem, który o bilet akurat chciał pytać. Wywiązała się maleńka awantura, gremium kontrolerów wyłoniło przedstawiciela znającego angielski, o czym nie przekonaliśmy się jednak, gdyż zwrócił się do nas w sobie tylko znanym języku. Wyłgaliśmy się od kary dzięki Piotrkowi, który na chwilę porzucił neutralność, a przy okazji zdobył szacunek. To prawda, widział jak pchamy się bez biletu do metra, to prawda, że nas nie ostrzegł - ale solidarnie poleźli za nami w szambo, ryzykując mandat.
Dzielnice Paryża układają się po ślimaku. W środku jest pierwsza, obok druga, skręca w trzecią i tak dalej. Skupiają też określonych mieszkańców - w jednej mieszkają bogacze, w innej studenci, gdzie indziej znów geje albo emerytowanie policjanci. Nam przypadła w udziale dzielnica siedemnasta, niezła, z mnóstwem sklepów i kawiarni, blisko Moulin Rouge i słynnego Pigalaka. Umordowani, ze skonaną ekipą na karkach, dotarliśmy do gospodarza Gisleaina, przynosząc mu wódkę, kiełbasę oraz szczęście - akurat stracił robotę i rozstał się z kobietą. W życiu nie widzieliśmy kogoś tak uszczęśliwionego, kobiet bowiem jest trochę, a bezrobotni mają we Francji socjal jak ta lala. Więc świętowaliśmy w miłym nam dymie, opracowując plany dnia jutrzejszego.
Towarzyszył nam kot, gruby, niesłychanie towarzyski, za to pozbawiony imienia i kapkę zdezorientowany.
Nie rozumiał bowiem języka, w którym doń mówimy.
Piotrek deklarował wcześniej, że zameldują się u nas najpóźniej o dziesiątej - chcieliśmy ocalić jak najwięcej z dnia. O dziesiątej jednak mieliśmy ledwo oczy otwarte, a tamci, jak ich znamy, nawet takich nie mieli. Spisawszy na gorąco wrażenia, posileni zupką, kawą i papieroskiem, oddawaliśmy się rozkoszom francuskiej telewizji, rozumiejąc niejasno, że doszło do największego szwindlu w historii tamtejszej bankowości. Kot zachowywał się już jakby znał polski.
Wysłany po wino do degustacji zwiedziłem najbliższą okolicę, zyskując pierwszą w życiu szansę zostania scientologiem. Siedziba połączona jest z księgarenką, centrum wykładowym oraz zapewne maszyną cudów, która zmieniłaby mnie w Johna Travoltę. Sklepik obok wydawał się bardziej kuszący, pozwolił też stwierdzić, czy to co mówią o francuskim winie jest prawdą. Jako wczesny obiad sprawdza się świetnie, a w zastąpieniu korka zatyczką plastikową upatrujemy zasługę naszych rodaków, tak czy inaczej korkiem to już takie wino raczej nie przejdzie. Pomocne. Być może jesteśmy narodem wódczanym, ewentualnie pijemy wynalazki, ale najtańsze nawet wino za dwa euro u nas kosztowałoby zdecydowanie więcej (wiadomo, sikacz, ale francuski) i trudno nie wierzyć w spisek kolejnych rządzących, którzy chcą pchnąć Polaków w odmęty tyskiego i gorzały.
Przyjechał Piotrek. Skoro zasmakowaliśmy wina, pozostało zapoznanie się z francuską kuchnią, w konsekwencji czego zajechaliśmy do Wietnamczyka.
Jeszcze o napojach. Na stole zawsze stoi karafka z kranówą, którą można pić do woli, co świadczy o prawdziwe francuskiej hojności i dbałości o klienta. Istnieje również ciekawy zwyczaj podawania wina o rozmiarach małego piwa.
Niestety, obowiązków nie mogliśmy dalej odkładać - musieliśmy pędzić do jednego z głównych celów naszej wyprawy - muzeum Mickiewicza przy ośrodku polskim na wyspie Cité. Pęd jak zwykle wypadł świetnie. Wizyta w muzeum nie całkiem.
Na Sekwanie leżą dwie niewielkie wyspy: Cité i Świętego Ludwika, pełne różnych strasznie starych zabytków. Przy rzece, jak z Amelii - masa ludzi, światła i całe rzędy stoisk z pocztówkami, książkami, albumami pełnymi różnego malarstwa. Ludzie też jak z Amelii, tacy dziwnie samotni.
Przy okazji zaliczyliśmy komisariat, na szczęście tylko z zewnątrz, czego nie żałujemy bo wątpię, żeby wsadzili nas do tej samej celi, gdzie garował duchowy guru Mickiewicza, Towiański.
Za to Cité przypomina maleńkie, średniowieczne miasteczko, do którego przyklejono szyldy, wystawy i dmuchane chemią owoce, wychodzące w kramach na chodnik. Uliczki załamują się nieustannie, kamienice stykają się drewnianymi okiennicami, bruk powyginała historia. Tu historię widzi się na podobieństwo słojów w drzewie, każdy mur wydaje się mieć swoje warstwy. W tym tę dla naszej, pisanej właśnie opowieści.
Mnie też coś się nawarstwiło po pierwszych - ostatnich - minutach spędzonych w Muzeum. A raczej przed jego bramą, wkomponowaną zresztą ślicznie w całkiem zacny budynek. Wewnątrz niewielkie podwóreczko z historią miejsca na tablicy wmurowanej w ścianę, rzeźby, drobiazgi i tylko trudno pojąć, czemu portier w miejscu poświęconym polskiemu poecie brzęczy jedynie po francusku i w tym właśnie języku poinformował nas, że owszem, możemy sobie przyjść pozwiedzać, ale najwcześniej w sobotę, wtedy też nam robić zdjęć nie wolno. Cóż. Najbliżej polskości w tym miejscu była wlepka Widzewa Łódź na pobliskim słupie.
Czyli wracamy tu w sobotę, w dniu wylotu. Jedynym, który radował się z sytuacji, był Piotrek, który zyskał możliwość nagrania nas zaskoczonych, zdumionych i wściekłych, gdy opuszczaliśmy bramy muzeum. Tu też ugruntował się tytuł jednego z rozdziałów Tancerza: Bonjour monsieur! fuck you s'il vous plaît i jesteśmy dziady, nie mickiewiczowskie, jeśli go nie wstawimy.
Żeby poczuć kilkusetletni oddech Opatrzności, podreptaliśmy do katedry Notre Dame, która również wznosi się na Cité.
Wrażenie rzeczywiście jest oszałamiające, z jednej strony przytłoczenie ogromem, z drugiej - poczucie precyzji, jakby patrzyło się przez lupę albo na fraktale.
Znakiem czasów była gigantyczna, rozświetlona choinka, zasłaniająca jedną trzecią fasady (przypominam że akurat była końcówka stycznia).
A w środku, nomen omen, kaplica, żłóbek ze standardowymi figurami, stoiska z drobiazgiem, lampy, ganiający turyści. Nie chodzi nawet o to, że załamujemy ręce nad ateizacją Francji. Ale pewne dzieła powstały z intencji tak mocnej, że zdolnej przeżyć swego twórcę czasem o wiele stuleci. Co było intencją ludzi, którzy tworzyli ten budynek - poczucie, że człowiek nie jest sam na świecie? Umiłowanie Boga? Pycha pozostawienia dzieła najpiękniejszego? Cokolwiek to było, trzasnęło drzwiami i poszło, nie godząc się na jarmark.
Ściemniało się. Wyniknął generalny konflikt pomiędzy mną a Jarkiem związany z pomyleniem kierunków i odmiennym rozumieniem terminu marszruta (parę nazw miejsc kontra precyzyjne rozrysowanie mapki) i tak, sięgając sobie do maci, dotarliśmy do dzielnicy studenckiej, gdzie mieści się nie tylko Sorbona, ale i College de France, gdzie wykładał Mickiewicz. Nie bawiąc się w przewodnik - fajnie miejsce położone na stoku, co niestety zmusza do wspinania się. Wszędzie masa księgarenek - tu ludzie naprawdę czytają - tanich jadłodajni, jest parę knajpek, sklepy z fantastyką. Aż żal, cholera, że w Polsce nie ma dzielnic studenckich.
Ale najsmutniejszym miejscem w Paryżu jest ów słynny plac Pigale, gdzie nie ma kasztanów, dziwek nawet (siedzą głównie w "klubach" w uliczkach odchodzących od placu), lecz rzędy seks shopów z pornolami i gadżetami - całość przypomina nieco wielką stronę porno z netu, tyle, że trójwymiarową. Nie chcemy wyjść na purystów, tandetność fasady bije jednak po oczach. Raz gruba kobiecina usiłowała nas zaciągnąć do jakiegoś klubu z go-go, szczebiocząc o niezapomnianych atrakcjach. Wywinęliśmy się niezbyt dzielnie, bo bez żalu, a nasze kobiety informujemy, że trafiliśmy w to miejsce tylko dlatego, że tędy wiodła droga do domu.
A w domu było to co zwykle. Wino, kot, szczęśliwy bezrobotny.
Dzień trzeci - czwartek
Poranek rozpoczął się jak zwykle: kawą, zupką, butelką wina (wyduldaną, za radą miejscowych, pół na pół z colą) oraz paraliżującą informacją o strajku, który unieruchomił paryskie metro. Pomarudziliśmy trochę dłużej, licząc na cud, po czym ruszyliśmy na butach do kościoła świętego Rocha, gdzie kiedyś, księża Zmartwychwstańcy knuli przeciwko Mickiewiczowi. Zaś przeciwko nam spisek uknuły okoliczne uliczki które splotły się, zakręciły i nieustannie, z każdym skrętem i zaułkiem oddalały nas od celu wycieczki.
Im dłużej szliśmy, tym więcej było napisów po arabsku, aż zaczynaliśmy rozumieć, że powoli wkraczamy na suburbia, o których opowiadano nam różne potworności. Popędziliśmy więc do metra i zdarzył się cud - strajk skończył się o dwunastej. Pojechaliśmy. Allach akbar!
Pod kościołem świętego Rocha czekali Bogdan i Piotrek, wściekli o ogromne spóźnienie. Za to ofiarowali jogurty. No i kościół świętego Rocha, który wznosił się za ich plecami. Trudno też wymyślić miejsce bardziej różne od Notre Dame. Ten mały, przysadzisty kościółek niemal wyrasta z miasta, ściśle otoczony przez kamieniczki - gdyby wyciągnąć rękę z okna, dotknęlibyśmy kościelnego muru. Przed wejściem, na zielonych od mchu schodach śmieją się młodzi ludzie.
A w środku półmrok, piękne sklepienie, witraże i coś nieuchwytnego, co sprawia, że to miejsce zupełnie nie pasuje do reszty Paryża. Tu oddycha się wolniej, panuje chłód, ale nie sposób czuć zimna.
Potem krótka rozłąka, wizyta na krewetkach - mieliśmy spotkać się z Piotrkiem i Bodziem przy pałacu Inwalidów, gdzie mieści się muzeum wojny i mauzoleum Napoleona, figury bardzo ważnej dla Mickiewicza i towiańczyków. I znów uczucie jak u kmiota z dziury zapadłej - tu jest wszystko. W rozległym parku obok starzy faceci grają w kulki mimo deszczu, za fasadą błyszczy złota kopuła, gdzie leży sobie - ponoć - Bonaparte.
Budynek oczywiście jest wcześniejszy, przy ścianach stoją tankietki i lufy od armat, ustawione na sztorc kojarzą się z dziwnymi sedesami. W parku, na ławce, z mauzoleum za plecami opowiedzieliśmy wreszcie, o czym tak naprawdę będzie drugi tom Psa i klechy.
Paryż to nie tylko wino, Luwr (widziany przez nas z zewnątrz, koło piramidy - na zwiedzanie zabrakło czasu), motory i katarynki, ale ponoć słynne kawiarnie, gdzie można do nocy przegadać o życiu i sztuce.
Otóż te kawiarenki już nie istnieją. Znaczy, dalej sobie stoją. Tylko tyle. Wszedłem za potrzebą do jednej, obsługa siedziała smętnie przy jednym stoliku, reszta pusta - poderwali się synchronicznie i zaraz oklapli. Ja tylko do toalety. W drodze z placu Inwalidów pod pomnik Mickiewicza schroniliśmy się przed deszczem w kolejnej.
Znów pusto, obsługa znudzona i chyba jeszcze nie przywykła do braku ludzi. A ludzi nie ma dlatego, że od nowego roku przeforsowano to, o czym śni na mokro poseł Cymański albo Wojciech Orliński - zakaz palenia w pubach i restauracjach. Niestety, z niepojętych dla nas przyczyn nie byliśmy w stanie dostrzec szczęśliwych niepalących wyrywających sobie stoliki i tłoczących się przed barmanem, któremu rąk brakuje, by obsłużyć tłum oszalały od zdrowego powietrza. Widzieliśmy za to puste knajpy, ich właścicieli, pracowników przejętych własną przyszłością oraz stoliki, ustawione na zewnątrz lokali, niemal na chodniku. Tam jeszcze ludzie siedzieli, bo można było palić.
Pomnik Mickiewicza nie ma właściwie żadnego znaczenia dla książki, ale chcieliśmy tam pójść dla ukoronowania naszej wyprawy no i mieliśmy świadomość, że tego dnia rozstajemy się z Bodziem i Piotrkiem. Pomnik miał stać na placu Alma, okazało się jednak że internet kłamie. Stoją sobie, owszem, dwie kamienne baby, po drugiej stronie mamy statuę jakiegoś ognia, jest też wiadukt, pod którym roztrzaskała się księżna Diana, pędząc na numerek z jakimś beżowym milionerem. Wszędzie napisy markerem ku jej pamięci, za to Mickiewicza ani śladu.
Wywiało. A że nagranie musiało być odbębnione, Jarek stanął przed kamerą, za plecami miał dwie kamienne kobity i powiedział, że skoro tak, to mamy tutaj pomnik Mickiewicza, innego nie dowieźli, więc trudno. Mickiewicz wygląda tak. Jeśli teoria nie pasuje do faktów, tym gorzej dla faktów.
W domu uczyliśmy Francuzów pić po polsku. Wreszcie pękła nasza wyborowa, a to z okazji wizyty starego znajomego z Paryża, niejakiego (Gotie), związanego zresztą z najbardziej francuską kobietą w całym regionie - przynajmniej my nie widzieliśmy fajniejszej Amelii. Picie z jednego kieliszka stanowiło dla gospodarzy pewną nowość, nie taką jednak, jak dla nas francuskie obyczaje imprezowe, które poznaliśmy dnia następnego.
Dzień piąty i szósty - piątek i sobota
Piątek w założeniu miał być dniem odpoczynku, głównie dlatego, że wcale nie przewidzieliśmy jego istnienia - pobyt w Paryżu wydłużył się o jeden dzień ze względu na rozkład lotów. I byliśmy umordowani, nieziemsko, jadąc na krewetkach, kawie, wspaniałych, pysznych zupach, jadąc na cyku przemierzaliśmy jakieś hektary. Dwadzieścia, trzydzieści kilometrów marszu dziennie robi swoje, zwłaszcza że nasze ciała przywykły bardziej do wysiłku intelektualnego, do tego dawkowanego co najmniej umiarkowanie. Więc leżeliśmy jak dwie kłody, gapiąc się to na francuską telewizję, to na coraz bardziej przerażonego nami gospodarza. Cóż, wiadomo, jak Polak zasuwa za granicę może być tylko robotnikiem, studentem lub kloszardem. Pracować nie umiemy. Na studentów jesteśmy zbyt wiekowi. Pozostała trzecia opcja.
Po południu, krokiem tanecznym wyruszyliśmy na słynny Montmartre, nie tylko dlatego, że właśnie słynny, ale że leżał tuż koło nas. W założeniu to dzielnica artystów, położona na stromym wzgórzu. Tłumy turystów przesłaniają wszystko, więc klimatu się nie nawdychaliśmy, jeśli nie liczyć sympatycznej uliczki, opadającej ostro niczym Wielka Krokwia.
I jeszcze niewielki skwerek na szczycie - ale także to miejsce zmienia się pomalutku w Bramę Floriańską, pełną tanich obrazków. Znów wychodzi ze mnie maruda, ale czasem ludzi jest tak wielu, że widzi się tylko ich. Ciekawe, swoją drogą, gdzie zbierają się współcześni, młodzi francuscy artyści - na Montmartre czułem się trochę jakbym poszedł szukać powiewu świeżości w Piwnicy pod Baranami.
Za to wieczorna impreza przyniosła szereg niespodzianek, zwłaszcza w zakresie kultury picia. Nie chcę wyjść na buraka, strzykającego żółcią w stronę człowieka, który nas ugościł, po prostu, obyczaje alkoholowe na zachodzie są zasadniczo odmienne. Szczepan Twardoch, który bywał więcej niż my twierdzi, że zabawa ta ma swoją własną nazwę: bring your own bottle. My oczywiście częstowaliśmy wszystkim bez umiaru, tylko po to, by przesiedzieć do drugiej w nocy niemal o suchych psykach i patrzeć, jak każdy z gości polewa wódy tylko sobie i z własnej butelki. Wrażenie dla Polaka niepojęte, aż o szał się ociera. Sprawiedliwość każe przyznać, że ze schematu wyłamał się pewien żywiołowy Afrofrancuz, który podskakując i machając łapkami, ulżył nam w niedoli trzeźwienia, opowiedział o sobie, a gdy poszedł, dowiedzieliśmy się, że on tak ma bo jest na coś chory.
Zerwaliśmy się rano, by już z tobołami pognać do Muzeum Mickiewicza na wyspie Cité, rozgrzani obietnicą, że może za drugim razem tam wejdziemy. I udało się! Facet, łączący zresztą cechy ciecia i arystokraty, chyba nie wierzył, że wrócimy. Mam do dziś wrażenie, że w całej instytucji jest coś nieprzyzwoitego - jak można wziąć 5 euro za dwie smutne salki z drobiazgami? Było co prawda kilka rzeczy fajnych, mianowicie portrety panienek, które nasz wieszcz zrobił, autografy, paszport, wizytownik, no i zestaw podstawowy dla każdego chyba muzeum Mickiewicza na obczyźnie: sala poświęcona Szopenowi oraz portret Słowackiego.
A potem już tylko powrót do Polski, wielogodzinne czekanie na lotnisku, lekka nerwówa - następnego dnia, o dwunastej był chrzest mojego dziecka i byłoby trochę niedobrze, gdybym nie dotarł nań wraz z ojcem chrzestnym na skutek jakiejś awarii.
Był też moment, że mogliśmy nie dolecieć wcale - samolot podchodził kilka razy do lądowania, trzęsło niemiłosiernie, ludzie płakali, a łamiący się głos stewardesy żegnającej pasażerów świadczył, jak blisko poważniejszych kłopotów byliśmy.
Kiedy dojechaliśmy do Krakowa, była już niedziela.
Dziś Paryż kojarzy mi się z biegiem i pięknem, winem przemieszanym z colą, krewetkami, obłędnym festiwalem świateł od łuku do łuku. Tu marzy się łatwiej, tęskni mocniej - taka specyfika miejsca, które zmusza do oderwania się od codzienności. I dobrze, bo wracamy do niego znowu, we wszystkie miejsca, które odwiedziliśmy. W wiele nowych także. Enka i Gil opuścili już lotnisko, jadą po kolejną, wielką tajemnicę. Jesteśmy z nimi i mamy nadzieję, że wy też będziecie, strona po stronie powstającej właśnie książki.
Glossa
Jarosław Urbaniuk
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił jakiegoś komentarza. Bo właściwie można by się zapytać: "Jakżeż to tak, pojechali, łazili, i to ma być zbieranie materiałów?" Otóż dokładnie tak, całkowicie zgodnie z tematem naszej kolejnej powieści - czyli przebóstwieniem człowieka.
Zastanowiliście się kiedyś, dlaczego nie mamy w Polsce heretyków? Nie mówię rzecz jasna o innowiercach, ale o heretykach pełna gębą, czyli założycielach nowych kościołów. Czemu nie mieliśmy swoich Lutrów, Szymonów Magów, Bazylidesów czy Kalwinów. Otóż moim zdaniem dlatego, że dla Polaków role tę odegrali poeci romantyczni, a szczególnie - największy z nich, czyli Adam Mickiewicz.
Kiedy "przerabia się" romantyków w polskich szkołach (a określenie "przerabia się" chyba w najdoskonalszy sposób oddaje ten sympatyczny proces wylizywania i zaciemniania życiorysów i twórczości wielkiej Trójcy), naszym oczom jawi sie obraz podstarzałych panów, których głównym zajęciem było biadolenie nad losem umęczonej Ojczyzny. Owszem wspomina się o towianiźmie, o mistycznych odpałach Mickiewicza, ale gdyby zapytać na czym ten mistyczny odpał polegał, ani uczniowie, ani większość nauczycieli jak sadzę, nie potrafiłaby odpowiedzieć. I nie wynika to tylko z niewiedzy, ale również z potrzeby ocukrzenia tematu.
Posłużę się przykładem spoza działki "Mickiewicz mistyczny". Otóż każdy uczeń kuje na pamięć pojęcie "miłości romantycznej". Przykład oczywiście również jest znany: Mickiewicz i Maryla Wereszczakówna. Sposób przedstawiania tej romantycznej miłości jest standardowy: młody poeta zakochuje sie czystą miłością w pięknej dziewicy, która odwzajemnia uczucie, ale zła rodzina zmusza ją do małżeństwa z bogaczem; poeta cierpi, dziewczę szlocha, zły mąż, czyli hrabia Putkamer, zaciera ręce. Kurtyna opada - oklaski.
W rzeczywistości związek Mickiewicza z Wereszczakówną trwał WYŁĄCZNIE podczas jej małżeństwa z hrabią Putkamerem; przedtem romantyczny poeta nie interesował sie swą "mistyczną" drugą połówką. Kontakty Adama i Maryli nie były również specjalnie platoniczne, prawdopodobnie wieszcz był również ojcem jej pierwszego dziecka. Pani Putkamerowa, dowiedziawszy się, że jest w ciąży, próbowała otruć się laudanum, czyli nalewką opiumową. Odratowano ją, lecz dziecko urodziło się niedorozwinięte. Czystość miłości romantycznej nie przeszkodziła również Mickiewiczowi w intensywnych kontaktach z piękną aptekarzową, panią Kowalską, a co najciekawsze obie panie to ten sam "litewski" okres jego życia. Gdy Mickiewicz został aresztowany, paczuszki i pociechę donosiły mu obie panie: aptekarzowa Karolina i hrabina Putkamerowa. Tak więc nasz wieszcz potrafił zawalczyć. Co z tego zostało w szkole? Bredzenie o czystej platonicznej miłości. I tak zakłamywany jest każdy element życia Mickiewicza (...), mimo prób zbliżenia jego kulturowego obrazu do rzeczywistości, trwających co najmniej od czasów Boya- Żeleńskiego.
Tak jest też z "paryskim"okresem twórczości wieszcza. Ogólne pitolenie o mistyce, jakiś Towiański, jakaś Ksawera Deybel, jakieś mieszanie w emigracji i że jego działalność była dla współczesnych "kontrowersyjna". Żeby przekazać, co Mickiewicz wykonał w Paryżu, pozwolę sobie posłużyć się postacią naszej najukochańszej noblistki - pani Wisławy. Otóż wyobraźmy sobie że pani, Wisława wyjeżdża wraz z mężem do Paryża, po czym przystaje do sekty, która swe przekonania religijne wyraża "pielgrzymując" do miejsc świetnych, powiązanych z takimi świątobliwymi postaciami jak Napoleon; wierzy w reinkarnację, guru sekty odprawia swoiste nabożeństwa i kieruje życiem wyznawców, a nie mogąc spacyfikować pani Wisławy, podsuwa jej jurnego młodzieńca, który robi jej dziecko i ostatecznie uzależnia od sekty.
Teraz zmieńcie sobie Wisława na Mickiewicz, guru na Towiański, "zrobił dziecko" na "urodziła dziecko" a "jurnego wyznawcę" na Ksawerę Deybel, a będziecie mieli sytuację wieszcza jak na dłoni. Mickiewicz tkwił w bagnie intelektualno-religijnym, które praktycznie ściągnęło go na dno i pchnęło ku szaleństwu. Gdy poszpera się, nawet dość pobieżnie, w paryskim okresie Mickiewicza, robi się mrocznie niczym w filmach Żuławskiego: choroby psychiczne, mistyka, obcowanie z duchami i seks. I straszliwe napięcie. Pod wpływem szaleństwa żony i idei Towiańskiego, przestał pisać, jedyne wiersze i pieśni z tego okresu to te, które otrzymywał w snach. Stał się pasem transmisyjnym sił nieświadomości. Gdzie nieświadomość zaś, tam i duchy, ale jakby powiedział redaktor Wołoszański: "nie uprzedzajmy faktów".
Jadąc do Paryża, zachowaliśmy się jak rasowi towiańczycy. Tak jak oni pielgrzymowali do "miejsc świetnych", czyli np. na pola dawnych napoleońskich bitew, aby prawdopodobnie łyknąć trochę energii, tak my pojechaliśmy podładować się energią do tych miejsc, gdzie bywał Mickiewicz Brzmi to nieco durnie i równie pseudomistycznie, jak teksty wieszcza o chrystusowym posłannictwie Polaków, ale cóż poradzić? Kto nie widział towianistycznego "relikwiarza" z kulą spod Waterloo i fragmentem kory drzewa, obok którego stał Cesarz, ten nie zrozumie poziomu szajby towarzyszącej temu tematowi. Po prostu miejsca i rzeczy "przesiąkają" ludźmi i siłami z którymi maja kontakt, co zresztą było podstawowym elementem naszego opowiadania "Hipoteza śladu". Tym razem daliśmy wyraz temu przekonaniu w praktyce. Żadne zdjęcia nie przekażą ciemnego wnętrza kościoła świętego Rocha, ciężko też byłoby oddać moment, w którym staliśmy przed oryginalnym fragmentem rękopisu Dziadów w okropnym muzeum Mickiewicza na wyspie św. Ludwika; nie zobaczyłbym na własne oczy jak kręte są uliczki starej części Paryża. Tego wszystkiego nie dało się napisać z Polski.
Dzięki naszej mickiewiczowskej "pielgrzymce" poczuliśmy to miasto, jego ducha, który, choć przecież dwudziestopierwszowieczny, jest w jakiś sposób tożsamy z tym sprzed ponad półtorej wieku. O reszcie dowiecie się z książki. Nie chodziło nam o grzebanie się w mrocznych seksualizmach wieszcza - przykład z Marylą Wereszczakówną służył wyłącznie pokazaniu, jak zakłamuje sie postać Mickiewicza. Chcieliśmy pokazać to, do czego dążył poeta, chcieliśmy spróbować odpowiedzeć na pytanie - CZY CZŁOWIEK MOŻE STAĆ SIĘ BOGIEM. A czy według nas może się stać, jak się to robi i czy bohaterom książki uda sie poznać całą prawdę o "boskim tańcu" - dowiecie się oczywiście z powieści. Pokażemy wam romantyków, jakich jeszcze nie poznaliście: rozerwanych pomiędzy zaświatami a tym, co tutaj, wyniszczanych ciągłą obecnością na linii pomiędzy aniołami i diabłami. Może to i będzie fantastyka, ale bardziej prawdziwa niż niejeden wykład literaturoznawczy.
PS. Co do relacji Łukasza, to jest ona rzecz jasna prawdziwa, choć nie oddaje:
- ciągłych kłótni, o której mamy iść spać i gdzie iść,
- smaku tego "pysznego" wina które pijaliśmy,
- zajebistych bagietek i krewetek,
- przytłoczenia tym wielkim miastem, w którym nikt nie mówi po ludzku.
Warto zaznaczyć, że pojechaliśmy poza sezonem, co wszystkim polecamy. A przez nasze niepozbieranie, przeszła nam koło nosa porządna, artystowska, prawdziwie paryska impreza. I to jest naprawdę jedyny smutny element tej, w sumie bardzo wesołej, ekskursji.
Pies i Klecha #2 - Tancerz
Autor: Łukasz Orbitowski, Jarosław UrbaniukOkładka: Grzegorz Domaradzki
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 10/2008
Liczba stron: 400
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7574-037-0
Wydanie: I
Cena z okładki: 30,00 zł
Sklep
Forum