"Rzeka"


Opowiadanie zdobyło jedną z trzech nagród ex-equo w kategorii Profesjonaliści konkursu zorganizowanego w ramach Dni Fantastyki 2010.

 

 

Słońce zniżało się szybko.

Jergo stał na Ostrowie Tumskim, nad samym brzegiem Odry. Patrzył z niepokojem. Ostatnie promienie słońca oświetlały lewobrzeżne miasto. Czerwona tarcza chyliła się ku zachodowi, znikając za czarnymi sylwetkami zabudowań miejskich. Noce w Vratislavii ostatnio przepełniał lęk, spędzający sen z powiek i zmuszający do czuwania. Od pewnego czasu były wręcz przesiąknięte grozą.

::źródło zdjęcia::

Patrzył na werżnięte w sklepienie szczyty wież, oświetlone jeszcze ostatnimi promieniami słońca. Ognista łuna trawiła dach kościoła Świętej Elżbiety, ratusza i innych strzelistych, lecz posępnych o tej godzinie, wymarłych jak gdyby i cichych budowli. Tymczasem w dole, w rozgałęzionych, licznych kanałach Rzeki, zalegał już mrok, który wypełzał z nich, rozlewał się jak zaraza, i piął się coraz wyżej i wyżej, pochłaniając oba brzegi, przelewając się przez nie, zbliżając się do wyniosłych, biegnących naokoło głównej wyspy murów obronnych, dotykając ich, wspinając się po surowych kamieniach coraz wyżej i wyżej, sunąc niepowstrzymanie, wypełniając każdą szczelinę, każdy załom, i skrywając przed wzrokiem rycerza wszystko, co ten wolałby akurat mieć na oku.

Niepohamowany mrok wylewał się też na Wyspę Słodową i na Ostrów. A Jergo, choć nie spuszczał spojrzenia z zachodniego nieba, czuł, jak cień znad wody powoli pochłania jego buty, łydki, kolana, w końcu jego całego i pełznie wyżej, ku katedrze Świętego Jana Chrzciciela.

Ostatni rąbek tarczy słonecznej wystawał jeszcze ponad dachy. Wojownik widział go ze swego miejsca. Utkwił w nim spojrzenie, jakby w nadziei, że świetlista plamka nie zanurzy się pod powierzchnię i pozostanie przez całą noc, dając choć trochę blasku. Ona jednak mrugnęła jeszcze raz czerwonym rozbłyskiem i schowała się. Ciemność pochłonęła niebo. A wraz z nią jeszcze bardziej wzmogła się trwoga.

Zapadła noc. Cisza wręcz przejmowała. Nigdzie nie krzątał się zapóźniony przechodzień, nigdzie nie było widać strażnika miejskiego... Okiennice i drzwi wszystkich domów były zamknięte na głucho, a w żadnej kamienicy nie palono światła. Zdawało się, że Vratislavia jest wymarłym miastem. Osadą bez mieszkańców. Ciemność nocy, ciemność znad Odry, ciemność pełna napięcia i strachu, panowała teraz nad tym niepokojącym widokiem. Przytłaczała. Tak było od dawna. Gdy tylko dzień chylił się ku zachodowi, gród zamierał. Nikt nie zbliżał się do Rzeki. Nikt nie patrzył w jej wody. Mieszczanie trzymali się od niej z daleka. A gdy słońce znikało ze sklepienia niebios, zamykali się wewnątrz swoich siedzib, wyczekując z przestrachem poranka. Ciemnością władało coś dziwnego. Coś, co przychodziło z Odry...

Noce były pełne grozy. Tak, jak teraz. Jergo wciąż jednak stał przy brzegu, czujny i zastygły, niby posąg. Obserwował. Długie godziny mijały powoli. Nad Rzeką podniosła się mgła, ciągnąca się nisko nad powierzchnią wody, postrzępiona, lepka, zimna i biała jak mleko. Również zaczęła wzbierać, jak uprzednio mrok, aż osiągnęła ląd. Niekończąca się noc trwała. Mgła tymczasem przelała się niespiesznie przez brzegi i poczęła powoli, lecz nieustannie, zalewać miasto. Liznęła mur obronny na lewym brzegu, poczęła opadać po drugiej jego stronie. Wypełzła na ulice, sunąc niepowstrzymanie tuż nad ziemią. Pochłaniała coraz to dalsze rejony miasta. Zatapiała Ostrów, Słodową, Piasek, nawet rynek... Sunęła powoli. Choć w pierwszej chwili mogło się zdawać, że trwa nieruchomo przy dokach, to przecież po długim czasie była już nagle wszędzie naokoło, w całym grodzie, napierając nieprzerwanie. Rozlała się kanałami ulic. Gdyby któryś z mieszczan otworzył teraz okno, zobaczyłby, że Vratislavia stoi pośród białego morza.

Ale żaden mieszczanin nie otwierał okna. Gród tymczasem tkwił w nieprzebranym, parnym oceanie bezruchu i napięcia, który omywał podnóża domostw. W tej dziwnej nocnej godzinie zdawało się, że miasto jest wymarłym grobowcem. Jergo, choć znał je doskonale, nie mógł oprzeć się temu wrażeniu. Vratislavia wyglądała teraz na z dawna opuszczoną. Rycerz patrzył, jak nadbrzeżne budowle brodzą we mgle. Budynki ziały czernią z okien i otworów. Zdawały się niezwykle stare, brzemienne pamięcią odległych, złych czasów, przepełnione wspomnieniami. Kamienice, przybrzeżne magazyny, składy i rozliczne budynki trwały od wieków. Nieruchome, posępne, przypominały straszne mogiły. Cały gród w blasku księżyca wyglądał na wielkie cmentarzysko.

Duży, ciemny kształt, który łatwo można było wziąć za tkwiący tuż nad brzegiem głaz, drgnął. Gdy odrzucił kaptur z czoła, dało się w nim rozpoznać już nie kamień, lecz skulonego starca w długim płaszczu, przykucniętego i patrzącego w wodę.

- Zauważyłeś coś, czarowniku?- szepnął Jergo do niego.- Widziałeś go? Widziałeś żmija?

- Nie- odparł tamten, również po cichu.- Nie wiem nawet, czy to rzeczywiście żmij jest przyczyną wszystkich nieszczęść. Mam dziwne wrażenie, że wąż nie włada potężnym żywiołem Odry. Ta rzeka kryje w sobie jeszcze coś...

- Co takiego?- zapytał z trwogą w głosie, ale też z ciekawością Jergo. Uczynił znak krzyża i dodał- Jakie zło skrywa w sobie woda? Nuże! Coś tam widział, czarowniku?

- Niezgłębioną tajemnicę. Rzeka nie lubi wyjawiać swoich sekretów...

Czarodziej nic więcej nie rzekł. Znów zapatrzył się w Odrę.

Rycerz, choć czuł trwogę, podszedł do samego skraju suchego lądu. Końcówki jego butów niemal dotknęły wody. Kucnął obok swojego towarzysza. I spojrzał.

W pierwszej chwili dostrzegł tylko czarną, niezmąconą taflę- nic więcej. Poczuł ulgę, ale też zawód. Tkwił tak przez chwilę, patrząc beznamiętnie. Zaraz jednak zdało mu się, że powoli zaczyna przebijać wzrokiem zasłonę, w jaką przyoblekła się powierzchnia Odry. I sięgnął spojrzeniem głębiej. Nie wiedział, czy wzrok go nie myli- wszak tuż, tuż pod wodą powinno znajdować się dno. On jednak miał nieodparte wrażenie, że spogląda w nieskończony przestwór mroku, w niezbadaną toń. Umysł wypełnił mu ten bezmiar wód, zdawać by się mogło; bezmiar ciemności. W jakiś niepojęty sposób spojrzenie sięgało coraz głębiej i głębiej, brnąc przez czerń. Wciąż nie znajdywało dna, schodząc w ciche, groźne odmęty. Jeszcze zdążył pomyśleć, że zmysły go oszukują, że to złudzenie wywołane przez nocną porę... Chciał oderwać oczy od napawającego go lękiem widoku, lecz nie mógł. Jęknął cicho, gdy uświadomił sobie, że być może patrzy w samą Otchłań. Dno, które powinno być tuż-tuż, zniknęło, a rzeka nie była już rzeką, tylko jakimś prastarym cieniem, wypełniającym koryto, sięgającym daleko w dół, nie mającym końca. Gdzieś tam, w sercu tej toni, zapaliły się dwa ogniki, na podobieństwo pary oczu. I podczas gdy on patrzył w głębinę, one spojrzały w niego, wnikając do samej chyba duszy. Obserwowały jego wewnętrzną głębię. A potem zapaliły się tam, w dole, kolejne światełka, i kolejne, i kolejne. Straszne spojrzenia przeszywały jego ubranie, skórę, serce, umysł, każdą myśl. Patrzył w Otchłań, a Otchłań patrzyła w niego, więżąc jego wzrok i przyciągając, kusząc, by zanurkował, skoczył w nią...

- Nie, nie...- jęknął wojownik.

Gwałtownie, nadludzkim niemal wysiłkiem odwrócił głowę. Zachwiał się i wsparł na ręce. Jego dłoń plasnęła w rzekę. Tuż pod taflą wody natrafiła na dno. Jergo odzyskał równowagę.

- Ręka!- syknął czarownik.- Cofnij ją, szybko.

Wojownik wyszarpnął dłoń z wody i odskoczył krok w tył. Czarownik odwrócił się do niego i rzekł powoli, cicho, lecz stanowczo:

- Nie mąć wody. To nierozsądne.

Obaj z przestrachem spojrzeli, jak wywołane przez Jergę kręgi rozchodzą się po spokojnej dotąd tafli; coraz szerzej i szerzej, dalej i dalej, odpływając od brzegu i znikając w unoszącym się nad rzeką oparze. Nie byli pewni, czego się obawiają. Po prostu czuli, że tej nocy nie powinno się mącić spokoju Odry.

A potem coś wzruszyło wodę, gdzieś tam, we mgle.

*  *  *

Noc panowała nad Vratislavią. Miasto zamarło w bezruchu, lękliwie wyczekując poranka. Ulice były opustoszałe, martwe, ciche. Władała nimi mgła. Tylko dwie osoby miały odwagę przebywać na zewnątrz. Dwie ciemne, nieruchome, długie sylwetki, odziane w płaszcze i kaptury, tkwiły jak posągi nad samym brzegiem Rzeki. Brodziły po kolana w białym oparze. Trwały tak, a nocne godziny upływały.

- Widzisz coś?- zapytał szeptem Brago.

- Nic, co mógłbym zrozumieć- odparł czarownik.- Wiele jeszcze czasu upłynie, nim poznam sekret Rzeki. Jeśli w ogóle....

Rycerz ostrożnie postąpił krok w przód, aby spojrzeć w wodę, jak jego towarzysz.

- Uważaj- syknął czarodziej, powstrzymując go ręką.- Nie zmąć jej.

Tamten ustąpił. Ukradkiem uczynił znak krzyża.

- Myślisz, że to żmij się gniewa?- zapytał wojownik.

- Chyba nie- odrzekł starzec, nie odrywając wzroku od ciemnej tafli.- Coś innego tutaj drzemie. Rzeka skrywa w sobie mroczne tajemnice. Bardzo mroczne... Chyba nienawidzi miasta. Mam takie dziwne przeczucie, że kiedyś, gdy będzie spało, pochłonie je w najgłębszą Otchłań. Za każdym razem, gdy wody wzbierają, wzbierają niechęcią. W końcu wzbiorą tak, że wciągną gród, a mieszczanie podzielą los tamtych.

- Los których?- zapytał Brago.

- Jeśli masz odwagę, to podejdź, tylko ostrożnie, i sam zobacz...

Brago nie podszedł. Zrozumiał, o kim mówi czarownik. Pod wpływem jego słów przypomniał sobie ostatnią powódź, sprzed roku. Panowała wtedy noc, taka sama jak teraz. Nie mógł spać. Stał sam na murach. Wody podnosiły się cicho, spokojnie, nikogo nie budząc, nikogo nie alarmując. Wyglądało to, jakby ciemność spiętrzyła się w korycie i powoli przelała przez brzegi. Myślał więc, że to tylko nocne złudzenie. Nim się zorientował, woda rozlała się już po ulicach, podnosząc się stale, wzbierając bezdźwięcznie, topiąc domy i niczego nieświadomych mieszczan... Pamiętał, że przejął go lęk. Zdało mu się, że stoi na murze jak na wyspie pośród czarnej Otchłani, która otacza go zewsząd. W głębinie odzywały się niezwykle cicho jakieś przeciągłe jęki i zawodzenia, to podnoszące się, to znów opadające, mamiące zmysły, dźwięczące na samej granicy słyszalności. Westchnienia dochodziły jakby zza zasłony widzialnego świata, oszukując uszy, rozmywając się gdy tylko skupił na nich słuch. Wmawiał sobie wtedy, że to lęk powoduje takie omamy. I spojrzał w toń. Dostrzegł w tej głębi...

To o nich mówił czarownik. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie chciał przywoływać wspomnienia tamtej nocy.

- Myślisz, że poradzisz sobie z Rzeką?- zapytał czarownika.- Dwa lata temu już ktoś próbował. Był taki czarodziej, którego ściągnął do Vratislavii rycerz imieniem Jergo. Ostatni raz widziano ich, jak schodzili nad wodę...

- Wiem- odparł starzec.- Nic nie zdziałali, a potem słuch po nich zaginął. Tutejszy burmistrz badał całą sprawę długo i wnikliwie. Stwierdził, że tamten magik był zwyczajnym oszustem. Wziął pieniądze, udał się nocą nad brzeg Odry, zabił pod osłoną ciemności wojownika i uciekł.

- Może tak- szepnął Brago.- Tyle, że ciała nigdzie nie odnaleziono, a szukano na wiele mil w dół Odry. Mieszczanie, którzy poznali czarownika powiadają, że on nie zamordował. Ponoć był uczciwy i zgodził się zejść nad wodę za darmo. Mówią, że to Rzeka ich obu...

- Wiele rzeczy mówią- zirytował się starzec. Wstał, aby rozprostować zbolałe kolana. Przeciągnął się.- Przeszłość nie ma już teraz żadnego znaczenia- kontynuował.- Rzeka nigdy nie wyjawi nam tego sekretu.

Zamilkł. Spostrzegł, że woda liże czubki jego butów. Czyżby przez nieostrożność wszedł w taflę? Cofnął się powoli, ostrożnie, aby znów obie stopy znalazły się na suchym lądzie.

- Szczęście, że nie wzruszyłem za bardzo powierzchni- mruknął do siebie i odetchnął z ulgą.

A potem, gdzieś z nadrzecznej mgły, popłynęły ku brzegowi rozchodzące się wolno kręgi.



blog comments powered by Disqus