Moda na stworzenia w połowie baśniowe, a w połowie wyszarpnięte z najmroczniejszych horrorów trwa i ma się dobrze jak nigdy. W samym środku światowego szaleństwa na punkcie wampirów, którego nieco niezrozumiałym objawem jest popularność „Sagi Zmierzchu”, pojawił się właśnie trzeci tom rodzimej trylogii poświęconej istotom, które nierzadko bywają konfugurowane razem z następcami Draculi. Wilkołaki powołane do życia przez Magdę Parus nie są ani zblazowanymi gwiazdorami popu ani metroseksualnymi dziwakami. To bestie w ludzkiej skórze, a może ludzie w skórach bestii… Żyją nieco na uboczu społeczeństwa „zwykłych” homo sapiens, organizując się w ramach własnych instytucji i mają własne problemy, ale nigdy, nawet poruszając się na dwóch nogach, nie przestają być wilkami.
„Ukryte cele” to zwieńczenie trylogii, której każdy z trzech tomów stanowi solidną, kilkuset stronicową cegiełkę. W trzeciej części cyklu odnajdziemy kontynuację rozpoczętych wątków, ale i kilka nowych. Wszystkie one splatają się ze sobą, tworząc w miarę unikalną intrygę fabularną, która stanowi mocną stronę serii. Ostatnia odsłona „Wilczego dziedzictwa” pretendować może przy tym do miana najlepszej i to nie tylko dzięki faktowi, że mniej lub bardziej szczęśliwe zakończenie znajdują rozpisane wcześniej tematy. Powodem jest dobrze skonstruowana narracja: szybka i sensowna, a nade wszystko mocno wciągająca. A z tym w poprzednich tomach bywało różnie.
Colin kontynuuje poszukiwanie swojej siostry Emily, ale odkąd poznał niebieskooką waderkę Tin, jego rozterki emocjonalne rosną w siłę. Rozdarty pomiędzy obowiązkiem odnalezienia i uratowania Em, a chęcią przebywania z kochanką, Colin przemierza Europę, tocząc swoją prywatną wojnę z tajemniczymi wilkołaczymi kapłanami, agentami organizacji próbującymi ugrać coś dla siebie, z przeciwnościami losu i… oczywiście z samym sobą. W „Ukrytych celach”, prócz garści postaci już znanych, czytelnik poznaje także nowe. Autorka przedstawia prawdziwą Emily, nie ograniczając się jedynie do wspomnień Colina. Powiew wiedzy wnosi także kapłanka Oriana, dzięki której poajwia się wiele smaczków z życia wilkołaków i która de facto wyjaśnia wiele wątpliwości, zarówno fabularnych, jak i tyczących konstrukcji świata przedstawionego.
„Wilcze dziedzictwo” to trylogia specyficzna, warta zainteresowania, ale niekoniecznie łatwa do czytania. Autorka ma tendencje do nadmiernej psychologizacji życia swoich bohaterów, w czego efekcie około 80% zawartości cyklu stanowią dynamiczne-inaczej przemyślenia Colina. Warto przy tym dodać, że niektóre z owych przemyśleń są nie dość, że ciekawe to jeszcze zasadne, natomiast co do części (nie jest tutaj istotne jak dużej) można mieć spore wątpliwości. Kto wie, czy po obcięciu kilkudziesięciu stron książka nie tylko nie straciłaby treści, ale wręcz zyskała na lotności? Przedumane rozważania Colina to chyba najsłabszy punkt powieści. Znacznie lepiej, oprócz wspomnianej fabuły i głównej intrygi, prezentuje się klimat cyklu. Magda Parus stworzyła konsekwentny, rządzący się własnymi prawami, dobrze przemyślany świat, który nie jawi się jako papierowy i banalny, co jest niezaprzeczalną zaletą trylogii. Nawet łopatologiczne i maksymalistyczne przemyślenia głównego bohatera zyskują pewien urok i smak przy odpowiednim nastawieniu oraz – nade wszystko – po złapaniu „bakcyla”.
„Wilcze dziedzictwo” to dobry pomysł na lekturę dla czytelnika mocno zaczytanego w tematach wilkołaczych i pokrewnych, jawi się także jako ciekawa i nieortodoksyjna fantastyka, która mogłaby trafić w gusta nie tylko wielbicieli gatunku. Raczej nie spodoba się natomiast poszukiwaczom książek „szybkich”, w których objętość jest wprost proporcjonalna do ilości akcji, a i wątpliwości można mieć czy trafi w gusta czytelników niereformowalnie przyzwyczajonych do seryjnych, lekkich lecz nijakich dzieł spod znaku wampirzego kła i wilkołaczego pazura.