"Taniec" cz.1


Gilotyna, zakrwawiony podest. Dzika tłuszcza, tłum plebejuszy wyjących w ekstazie, pragnących widzieć więcej śmierci, więcej cierpienia... Ale czy to rzeczywiście była bezmyślna tłuszcza? Te ich spojrzenia, rozdziawione gęby... Ryk tłumu w krótkim czasie przerodził się w niezrozumiałą dla ucha kakofonię dźwięków. Jęki rozkoszy mieszały się z zawodzeniem płaczek, klękających pod podestem. Lecz czy to naprawdę tylko zwykła tłuszcza tak wyła? Czy coś więcej? Czy byli to naprawdę Ludzie. Czy... Czy może Inni? Cienie, albo jakieś jeszcze gorsze, podlejsze istoty. I czy to naprawdę Słonce świeciło na nieboskłonie? Wielka kula czerwieni, wpadającej - zdawałoby się - w czerń. I ta pomarańczowa zorza na niebie... Pełna obrazów męki i zatracenia. Zwisające na łańcuchach klatki. Jeszcze czyste, jeszcze nowe, o prostych nie powyginanych prętach. Jeszcze... Niczym obrazki w teatrzyku, przewijały się po sklepieniu świata.

A gdzieś tam, pośród zawodzącego wiatru, krzyczącego o pomstę do Nieba, spojrzenie oczu których nie ma. Pusta maska, nie posiadająca oczu, ni nosa, ni ust czy uszu. Łysa. Płaska, nie wyrażająca żadnych uczuć - maska. Po prostu płat bladej skóry. I spojrzenie tych oczu nieistniejących, gdzieś z tronu dalekiego padające... Podziwiające, ciała w dole, swe dzieci, pośród chaosu życia, gnijące.

Krzyk ekstazy owych dzieci i chęć większego, jeszcze bardziej okrutnego widowiska, może wydawać się tak naprawdę, pełnym nadziei wołaniem o pomoc, wołaniem o koniec. Kres wszechrzeczy... Słowem domagającym się ciemności.

I ta złowroga łuna. Pomarańcz stający się czerwienią i purpurą.

Ta łuna, ciemniała coraz bardziej, rzucając nad miasto przedziwne cienie. Które w swym tańcu, tuż po dotknięciu wyjałowionej ziemi, zaczynały przekradać się między kamienicami, zagłębiając się w tłum, przenikając przez truchła i zajmując każdy, najmniejszy zakamarek. Kradły dusze, po czym ulatywały ku górze... Ku obiecanemu Niebu....

A on - Kat - pan Życia i Śmierci, patrzył ku górze. W jego umyśle kotłowały się dziesiątki myśli. "A co gdyby nie było Nieba ponad nami. Ani Piekła poniżej. Jak wyglądał by świat z tymi wszystkim żyjącymi ludźmi. Zjawami?"

Ciemne, wydawałoby się że czerwone ślepia, spoglądały z wnętrza niewielkich szparek w czarnym, katowskim kapturze... Inni już dawno zamienili go na dziwaczną, trójkątną czapkę ? oznakę nowych czasów, ale też oznakę słabości. Ukazywała twarz, a zarazem prawdziwe oblicze? I uczucia. Uczucia, których skazany nie powinien widzieć na twarzy swego "dobroczyńcy"?

"Lecz kto by mi wtedy zlecał Zabijanie," - fala kolejnych myśli przelewała się przez umysł "Mistrza" - kto by mi płacił za wykonaną pracę? Tylu jeszcze musiało umrzeć". Wwiercające się spojrzenie oczek spoczęło na tłumie, rozpościerającym się przed podestem? Tłumie stojącym tam niczym nienasycona widownia na wspaniałej sztuce, bijąca brawa, oddająca owacje na stojąco.

Tu, z góry, z podestu tłum wyglądał niczym dzicz chcąca dostać się na ów podest - na scenę - i rozerwać stygnące jeszcze zwłoki skazanego... Rzucali się przed siebie, tratowali nawzajem, pragnęli krwi. Czuli jej zapach. Niczym sfora dzikich psów odpędzana blaskiem pochodzi, tudzież ogniska.

Tą pochodnią był Kat, swego rodzaju majestat. Byt ziemski, lecz byt, którego inne ziemskie istoty obawiały się niczym Demona, czy Anioła. On promieniał Łaską Pańską, wykonywał Jego wolę. Teraz patrzył pustym spojrzeniem na swą widownię.

Ach... I te cienie mknące pomiędzy truchłami, stojącymi na bruku. I zorza, już czerwieni, spadająca z nieba...

Nie...

Z Nieba.

Kat złapał za swój miecz. Nie naznaczony plamami krwi od wielu dni. Miesięcy. Odkąd ci wszyscy światli ludzie wymyślili tę słodką machinę. Gilotynę. Ku uwolnieniu ludzi od zbędnego bólu i cierpienia. By akt inhumacji przebiegał sprawniej, szybciej. W bardziej widowiskowy sposób. Tak... Widok jednego błyskawicznego cięcia, tocząca się głowa i rozlewająca się po deskach szafotu krew, były dla gawiedzi niczym czerwona płachta dla byka. Wznosili się na wyższy poziom ekstazy, podnieceni. Nigdy wcześniej nie widzieli czegoś tak... Tak... Tak pięknego.

Dobrze wyważona rękojeść miło ciążyła w spracowanej, niemłodej już, dłoni. Pozłacana klinga, z grawerowanymi inskrypcjami w język duchownych, błyszczała lekko, odbijając złowieszcze promienie zamierającego Heliosa. Sztych i wciąż ostre krawędzie ostrza, dawno nie przecinały ludzkiej tkanki. Nie chłonęły energii życiowej skazanych. Winnych, czy niewinnych.

Broń, przekazywana z pokolenia na pokolenie, z ojca na syna, spoczęła w starym, dobrze wypracowanym, mocnym chwycie.

Tłum zarżał dziko, widząc co się dzieje na szafocie.

Kat przymknął zmęczone powieki... Oczy widziały w życiu już zbyt wiel. Usta bezwiednie ułożyły się w szept...

"...Mors est quies viatoris, finis est omnis laboris..."

Mistrz, Wola Boża, obrócił miecz tak, by móc zadać czyste, szybkie pchnięcie.

Klinga bez najmniejszych oporów wbiła się pod sercem. Bezbłędne, Królewskie Pchnięcie. Była to najlepsza - katowska w końcu - klinga...

Ostatnie tchnienie Kata niknęło w narastającej kakofonii w dole. Szum, jaki wydawało pospólstwo, ryk tłumu - porównywalny jedynie z rykiem burzy czy sztormu - przebił ciemniejące nad miastem niebo, spadający na domki z kart całun mroku. Niszczący je niczym pikujący z nieba smok, wzniecający swymi skrzydłami niewyobrażalnie silny wiatr. Zmiatający wszystko wokół swym wielkim cielskiem, pokrytym błyszczącą łuską. Wielki jaszczur wbijał się paszczą w tłuszczę, wił się we wszystkich możliwych kierunkach. Dopełniając zniszczenia w ekstazie.

Apogeum.

I finitis zarazem.

Ciało Kata uderzyło z głuchym łoskotem w śliskie deski podestu. Śliskie od krwi skazanego, jak i również karzącego. Zamarły na jego ustach - ustach których właściciel, mógł ciąć nici życia bez najmniejszych skrupułów - uśmiech, zamienił się w jedność wraz z tłuszczą i biegającymi wokół cieniami, gdy cielsko spadającego z Nieba mroku ostatecznie uderzyło w miasto.

Posępne i ponure oblicze Kata złagodniało. Stało się wręcz niewinne.

Gniew Boży uderzył w zwijającą się, trudną do odróżnienia masę ciał i kończyn. Ugasił pragnienie tłuszczy. Nasycić ją.

Na zawsze...



blog comments powered by Disqus