Fragment #2 książki "Gamedec: Sprzedawcy lokomotyw"


- Jessica Kronberg, New York Local News, właśnie podchodzę do tłumu demonstrantów zgromadzonego pod wieżą Ministerstwa Skarbu stanu NY. Najbardziej w oczy rzucają się holotransparenty "Bezmózgi taniej!" oraz "Życie nie ma ceny!". Hello, czy można cię na chwilę zająć? Jessica Kronberg, NYLN.

- Holowizja? Nareszcie. My tutaj...

- Jak się pani nazywa?

- Ramona Est. Jesteśmy tu, by zaprotestować przeciwko cenom bezmózgów! To zwykłe żerowa...

- Jesteście grupą zorganizowaną czy to zgromadzenie spontaniczne?

- Nie wiem, ja się po prostu przyłączyłam. Ale to straszne, żeby bezmózgi kosztowały siedemset pięćdziesiąt tysięcy kredytów! To straszne! Kogo na to stać?! Pieprzonych bogaczy, którzy i tak żyją dużo dłużej od zwykłych ludzi?!

- Nie przesadzasz? Czy przy oszczędnym życiu nie zgromadzisz takiej sumy?

- Co?! Nigdy w życiu! Musiałabym pracować ze trzysta lat! Takie stawianie sprawy, gdy ludzkość stoi na progu nieśmier...

- Ale są przecież pożyczki, kredyty...

- Zawaleni jesteśmy kredytami! Tak nie wolno!

- Zaraz, zaraz, masz coś przeciwko systemowi finansowemu FSA?

- Nie widzisz, kobieto, że jak tak dalej pójdzie, to społeczeństwo się rozdzieli na frakcję nieśmiertelną, która będzie rosnąć w siłę, bo im dłużej będą żyli, tym więcej zgromadzą pieniędzy, i śmiertelnych niewolników?

- Powtarzam, że wystarczy wziąć się do pracy...

- A spieprzaj stąd, ty prawicowa dziwko!

- Ależ...

- Won! Nie ma tu jakiejś porządnej telewizji?! Halo!...

 

Chcąc nie chcąc musiałem się zabrać do gamedeczanej roboty. Zacząłem od przesłuchań. Baczewski miał rację. Pokojowe i kelnerzy, którzy obsługiwali spotkanie, niewiele mieli do powiedzenia:

- Byli pewni siebie.

- Bardzo pewni.

- Piekielnie inteligentni.

- Opanowani.

Dzięki. Mówili bardziej o swoich wyobrażeniach i kompleksach niż rzeczywistych cechach prezesów Pharma Nanolabs i Medtronics, a raczej ludzi, którzy się pod nich podszywali. I tyle właściwie dowiedziałem się z rozmów. Pozostawały nagrania.

Miałem pełne rekordingi spotkań syndykatu. Wszystkich... Znów nawiedziły mnie wizje własnego grobu. Zapoznawszy się z tymi danymi miałem tylko jedną szansę przeżycia: zostać agentem BOP-u. Wspaniała przyszłość: mówić "kolego" do człowieka, który bez zmrużenia oka zamordował niewinną kobietę. O tym, co zrobił w przeszłości i co uczyni w przyszłości, wolałem nawet nie myśleć.

Umieściłem kryształ pamięciowy w grawitacyjnej łapce i pogrążyłem się w obserwacji holoekranu. Wielka, połyskliwa sala obrad z panoramicznymi oknami ukazującymi jakieś miasto zalane słońcem. Nie Warsaw City. Owalny stół o powierzchni kilku apartamentów. Przy każdym stanowisku holomonitor, moduły instrukcji głosowych, myślowych i klawiatura dla konserwatystów, czyli tych, którym nie chce się precyzyjnie myśleć czy gadać. Sam należę do tej grupy. Towarzystwo w krawatach, przeważnie klasycznych, bez animacji czy innych udziwnień. Każdy ma uruchomiony walktel bądź omnik i patrzy na niewidoczne dla innych okna. Trochę dziwne wrażenie sprawiają ich rozbiegane oczy, jakby śledzili wzrokiem duchy. Od czasu do czasu ktoś wyciąga rękę w powietrze i naciska niewidzialny przycisk. Zwolennicy operatywy opuszkowej. Tacy jak ja.

Początek rozmowy. Ktoś rzuca dowcip. Włączam opcję podpisów. Nad głowami rozjarzają się nazwiska. Kawał opowiedział William Girot, Minister Spraw Wewnętrznych Wolnej Europy, jowialny szatyn w średnim wieku. Śmieją się. Trzęsą się podgardla co bardziej otyłych panów. Coś komentują. Robię najazd na prowodyrów. Obaj prezesi siedzą obok siebie. Ten po lewej, brunet o okrągłej twarzy, to Ganimed Rawson, niby szef Medtronics. Po prawej blondyn z krótką bródką, szerokie bary, Hermes Hindenburg podający się za szefa Pharma Nanolabs. Ciekawe. Stop. Robię najazd na jego twarz. To właśnie tak wyglądający prezesunio zatwierdził akcję z wypuszczaniem w eter paskudnych bakcyli... przyglądam się bezwzględnej zastygłej gębie i mam ochotę zdzielić ją łopatą. No, do roboty, do roboty, ponaglam się. Play. Najazd na jego oczy. Zwalniam tempo. Jak on rusza tymi gałkami? Rewind. Play. Aha. Z boku na bok. Czyta coś w powietrzu. Sprawdza jakieś dane. Cofam zapis o kilka sekund, oddalam obraz i wydaję dyspozycję odtwarzania. Złapałem się na tym, że nie słuchałem, o czym była mowa.

- Jaki według panów procent konsumentów wyemigrował w ciągu ostatniego kwartału do sieci? - pytanie Jasona Pickwicka, prezesa Pandy, wiodącej firmy produkującej sportową odzież.

Zbliżenie na oczy Hermesa. Tak. Czyta.

- Około czterdziestu setnych - odpowiada.

Stop. Odjazd. Twarz zatrzymana w momencie zaciskania ust. Kamera w lewo, w stronę Ganimeda. Patrzy na partnera uważnie, policzki rozluźnione, wzrok skupiony, ale niezbyt agresywny, ot, zwykła biznesmeńska narada. Po krótkim wahaniu wyłączam głos. I tak nie bardzo mogę się skupić na rozmowie, a przy obserwacji mowy ciała przekazy werbalne bardzo przeszkadzają. Odjazd. Play.

Przez kilka minut nic się nie działo. Standardowe spojrzenia, grymasy, gesty palców i rąk, wychylenia. Znam je na pamięć. W pewnym momencie coś w ruchach Ganimeda zwróciło moją uwagę. Cofnąłem zapis. Włączyłem głos. Lekkie zbliżenie na jego sylwetkę.

- ...sadzają. Wszystko to jakieś wyolbrzymione - głos kogoś z sali.

Rawson słucha rozluźniając wargi, jakby szykował się do riposty. Zwalniam odtwarzanie.

- Taaaaak... - rozbrzmiewa jego pogrubiony głos.

Prawa ręka oparta łokciem o blat zaczyna się podnosić...

- ...aaallllleeee trzzzzzzeeeeebaaaaa zaaaazznaaaaczzzyyyćććć, żżżże...

Stop. Wpatruję się w uniesiony wskazujący palec. Gdyby podniósł rękę wyżej, mógłbym uznać, że coś przełącza na widocznym dla siebie pulpicie, ale... Zaraz... Gdzie trzyma łokieć? Cofam zapis. Play.

- Tak, ale trzeba zaznaczyć, że dane te poch...

Stop. Łokieć automatycznie przyciągnął do tułowia. Wykonał tym samym... Gest wylogowania! To już było podejrzane. Taki nieświadomy ruch może uczynić tylko stały bywalec sieci albo gracz. Niby spotkałem prezesów rozmiłowanych w światach (tu wspomniałem przygody w Happy Hunting Grounds), ale powiedzmy sobie szczerze, biznesmeni na stanowiskach raczej stronią od sieci. Mają dostatecznie dużo rozrywek w realium, o pracy nie wspominając. Zanotowałem spostrzeżenie i powróciłem do obserwacji. Play.

Po upływie trzydziestu minut kelnerka przyniosła im napoje. Odmówili kawy.

- Czy praca w firmach farmaceutycznych zanadto panom nie zaszkodziła? - mówi Sam Tanker, prezes Safe Nations. Szeroko się uśmiecha.

Ganimed patrzy w okno i rozciąga usta w bladym półuśmiechu. Odzywa się Hindenburg:

- Po prostu wolimy herbatę.

Stop. No cóż... mają prawo. Na wszelki wypadek wprowadzam fakt do notatek. Oddalam obraz, by widzieć całą salę. Wyłączam dźwięk. Znowu standardowe zachowania. Raptem poruszenie. Najwyraźniej Rawson czymś wszystkich zbulwersował. Wszystkich oprócz Hermesa. Rewind. Głos. Play.

- Proszę pana - mówi Zygmunt Robertson, szef Modern Houses Ltd. Popija kawę. - Mamy w tej chwili... - stuka w terminal. Konserwatysta. - ...dokładnie trzydzieści milionów czterysta dwadzieścia tysięcy klientów na całym świecie. Z tego, co pan mówi, wynika, że w tym roku do sieci odejdzie półtora procenta, czyli...

- Czterysta pięćdziesiąt sześć tysięcy trzystu - wchodzi w słowo Rawson.

Patrzą na niego skonsternowani.

- Kiedy pan zdążył to policzyć? Zdawało mi się, że jest pan zwolennikiem operatywy opuszkowej? - pyta Minister Spraw Wewnętrznych.

Właśnie?! Stop. Najazd na twarz Ganimeda. Uśmiecha się, ale kąciki ust jakby nie do końca podciągnięte. Twarz napięta. Nie jest to grymas pychy czy zwycięstwa. Raczej coś maskuje. Kamera w prawo, na twarz Hermesa. Patrzy na kolegę również z uśmiechem, wargi lekko rozchylone... ma ochotę mu pomóc. Wygląda tak, jakby chciał go wytłumaczyć. Klatka do przodu. Jeszcze jedna. Usta zwierają się i zaciskają. Zreflektował się, że nie może się odezwać. Najazd na oczy. Mięśnie twarzy lekko napięte. Zmarszczki w kącikach... Czeka, co powie Rawson. Kamera na twarz Ganimeda. Odjazd. Play.

- Od czasu do czasu stosuję operatywę myślową. Tak dla gimnastyki...

Zgromadzeni chrząkają i szurają krzesłami. Śmieją się.

- Już sądziłem - znowu Sam Tanker - że tak szybko machnął pan ręką, że nie zdążyłem zauważyć!

- To byłby najszybszy numerek w historii! - rechocze prezes Adnike, Jude Stone.

- Tak szybki, jak z tym facetem, co wystawił tyłek przez okno, zbiegł na dół i zdążył zobaczyć, jak tyłek się chowa! - wtóruje szef Safe Food Industries, Izaak Rubinstein.

Rozluźnienie. Kamera na Ganimeda i Hermesa. Śmieją się z innymi. Są jakby bardziej zrelaksowani. Stop. Zatrzymane roześmiane gęby. Zrobiłem notatki.

Tego dnia przejrzałem wszystkie nagrania. Zajęło mi to z górą czternaście godzin. Gadatliwe towarzystwo. Nic więcej nie znalazłem. Czytanie w powietrzu jest rzeczą naturalną. Niechęć do kawy trudno potępić. Zastanawiał gest wylogowania i szybkie liczenie. O ile pierwsze kojarzyło się tylko z graniem, to drugie mogło sugerować nie do końca ludzkie umiejętności, raczej digineckie... Chyba że rzekomy Ganimed istotnie stosował zamiennie operatywę polegającą na mentalnych instrukcjach, ale dlaczego wcześniej ani później tego nie robił, tylko machał ręką, wciskając niewidzialne klawisze? Hm... Poza tym jak, do diabła, sztuczny mózg digineta może siedzieć w ludzkim ciele?

Późną nocą wyłączyłem przeglądarkę, spojrzałem w okno i odskoczyłem. Tak pogrążony byłem w myślach, że widok krzywizny błękitnej planety kompletnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się zobaczyć Warsaw City migoczące milionem świateł. Zaschło mi w ustach. Gdzie mój Jack Daniels? Rozejrzałem się po pokoju. Nie przewidziano barku. Była to raczej cela. Nie znajdziesz też miękkiego szlafroka, masażu w łóżku, muzyki i innych przyjemnych rzeczy, pocieszyłem się w myślach. Mam nadzieję, że chociaż tusz jest antygrawitacyjny. Zanim poszedłem do łazienki, zerknąłem jeszcze raz przez szybę. Hm... widok, choć nie ten, był całkiem, całkiem...

 

Kupiłeś bezmózga dla siebie i żony, na dzieci założyłeś lokatę. A pies? Przecież pies też człowiek! Nie wspominając o kocie i chomikach. Precious Pet zakontraktowało z Pharma Nanolabs współpracę w zakresie produkcji bezmózgów dla ulubieńców. Jeśli twój zwierzak jest już stary, skontaktuj się z nami. Zamrozimy go, a gdy tylko będzie to możliwe, włożymy w nowe, młode ciało! Precious Pet! Zapraszamy!

 

Od samego rana następnego dnia rzuciłem się do pracy. Szkoda mi było każdej minuty, martwiłem się o Annę, Pauline, Chipa, Petera i Harry<39>ego, oddalonych jakieś marne kilka tysięcy kilometrów. Tak bardzo chciałem ich zawiadomić, że żyję...

Nagrania pilnie strzegły swojej tajemnicy. Fałszywi prezesi byli rozluźnieni, wygrzewali ręce o wypielęgnowanych paznokciach w słonecznych plamach padających na stół, dość często spoglądali w okno, uśmiechali się, sielanka.

- Wasi agenci musieli ich śledzić po spotkaniach, prawda? - postanowiłem zaczepić generała.

- Prawda.

- I co? Nie wiecie, dokąd lecieli?

- No, korwa, nie wiemy. Ślad się urywał. Gubili ich w miastach.

- Jak to, przecież macie te wszystkie sensory, satelity...

- Pojazd, korwa, to jedna rzecz, a człowiek inna. Gubili człowieka. Nawet agent nie wejdzie do strzeżonych obszarów biurowców.

O ile przy pierwszym spotkaniu jego wulgaryzmy mnie bawiły, o tyle teraz wydały mi się po prostu prymitywne. Partacze, pomyślałem i wróciłem do celi.

Późnym wieczorem znałem niemal na pamięć odzywki, gesty i ruchy ze wszystkich spotkań. Nie ukrywam, że mam do tego talent. Najbardziej wkurzali mnie z tym patrzeniem w okno. Wyglądali tak, jakby wszelkie warianty mieli zaprogramowane, wyliczone i tylko czekają na koniec. Leżałem w łóżku na brzuchu i przysypiałem. Obróciłem się na plecy i zatrzymałem akcję w momencie, gdy Ganimed spoglądał tymi swoimi niewinnymi oczkami na przemykające za oknem chmury.

- I czego się tak gapisz, gamoniu? - mruknąłem i zrobiłem najazd.

- Ładne oczka. Ładne masz oczka, gamoniu. Orzechowe. Nie, migdałowe. Czyściutkie jak kropelka.

Przybliżyłem obraz jeszcze bardziej. Brązowe oko wypełniało cały holoekran.

- No, śliczna patrzałka. I białkówka taka wypielęgnowana, bez żyłek prawie zupełnie... Jeszcze najaździk... I rogóweczka przezierna jak diament, i ta piękna tęczówka prążkowana, bez plamek, i ta źrenica... czarna jak studnia... jak przeznaczenie... szeroka, głęboka źrenica...

Wycofałem obraz i wcisnąłem play. Zamknąłem oczy. Raptem jakby piorun we mnie strzelił. Poderwałem się. Zmęczenie uciekło gdzieś w kosmos, tak przecież bliski. Miałem wrażenie, że mogę własnoręcznie popchnąć całą stację na wyższą orbitę. Cofnąłem dokument do sceny patrzenia w okno.

- Szeroka źrenica?! Szeroka źrenica?! - patrzyłem oniemiały na oko, które bez przeszkód spozierało prosto w słońce, maksymalnie rozszerzając tęczówkę, zamiast ją kurczyć. - Jasna cholera!

Poszukałem sceny, w której w okno spogląda Hermes. Jego źrenice zachowywały się tak samo. Zrobiłem odbitki. To nie są ludzie, kołatało się w głowie. Pomysł z kosmitami odrzuciłem w przedbiegach. Jeśli nie ludzie i nie ufo, to motomby, tyle że jakieś nieprawdopodobne modele udające ciało człowieka. To wyjaśniałoby także szybkie myślenie Ganimeda. Musiał być dibekowcem. I wtedy do mnie dotarło. Paradoksalnie, na akcji Pandora najbardziej zyskali zoeneci.

Gamedec #2 - Sprzedawcy lokomotyw

Autor: Marcin Przybyłek
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2006
Liczba stron: 400
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7054-179-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 28,00 zł


blog comments powered by Disqus