Fragment #2 z książki "Siła niższa"

Autor: Marta Kisiel

Siła niższa – fragment 2

Obciążony aniołem wózek pruł zygzakiem przez kolejne sklepowe alejki, nieustannym brzękiem i terkotem zagłuszając złorzeczenia Konrada, który z każdym następnym krokiem tracił bezpowrotnie nadzieję, że uda mu się dziś spotkać z facetem w sweterku.

I wtedy go dostrzegł. Kątem oka, cudem niemalże, gdy mignął mu gdzieś za plecami — ale dostrzegł!

W ułamku sekundy puścił wózek i głuchy na pisk odjeżdżającego Licha rzucił się z powrotem do głównej alejki, ledwo wyrabiając na zakręcie. Facet w sweterku przystanął raptem kawałek dalej. Jego anioł stróż właśnie ładował do ich wózka cztery zgrzewki wody mineralnej z taką łatwością, jak gdyby ważyły tyle co puch.

— Ej! — ryknął elokwentnie Romańczuk.

Facet w sweterku, który to sweterek okazał się być dla odmiany granatową koszulą, drgnął spazmatycznie, po czym obejrzał się przez ramię i ujrzał swego poniedziałkowego prześladowcę. Niewiele myśląc, całym ciałem naparł na wózek.

— Nie, czekaj! — zawołał Konrad. — Chcę tylko pogadać!

— Nie mamy o czym! — wydyszał facet w sweterku, choć bez sweterka. Jak można było z łatwością przewidzieć, wózek ani drgnął. Anioł tymczasem wstawił do niego kolejną zgrzewkę.

— No właśnie w tym sęk, że mamy!

— Odczep się pan, słyszysz? Odczep!!!

— Człowieku, dajże mi dojść…

— Won, natręcie! Zboczeńcu! Chamie jeden!!! Do jasnej cholery, ile ty jeszcze tej wody zamierzasz tu wpakować!?… — wydarł się dla odmiany na swojego anioła.

Konrad szybko potoczył wokół wzrokiem, czy kolejne zamieszanie z jego udziałem nie przyciągnęło znów nadgorliwego ochroniarza z poczuciem misji.

— Ja… ja mam mniejszego! — wypalił bez namysłu.

Na te słowa facet w końcu ucichł i znieruchomiał. Zamarł wręcz, zdjęty zgrozą, podczas gdy jego umysł kłusował rączo w ślad za pewną bardzo niepokojącą wizją. Chwilę potrwało, zanim odważył się odwrócić.

— W sen… w sensie, że co?… — zapytał nie bez obaw, gotów w każdej chwili porzucić wodę i salwować się ucieczką przed natrętem, chamem i zboczeńcem w jednej, patykowatej osobie.

— Że anioła! — Konrad uściślił czym prędzej. — Anioła mam. O, takiego. — Rzucił się do alejki po uciekinierski wózek, w którym siedziało mocno spłoszone Licho z kurteczką, otoczone przez papier toaletowy, psikacz do szyb, suchą karmę dla kota, smerfowe pianki, paczkę ryżowych wafli, pół litra tabasco i spory zapas grochówki w proszku, po czym wrócił z nim ile sił w nogach i dokonał prezentacji. — Proszę! Widzisz? Anioł. Jak żywy. Licho, przywitaj się z panem.

— …leluja…

— Leluja… — odparł odruchowo zdębiały pan. Obejrzawszy się na własnego anioła, który trwał niewzruszenie przy mineralnej, podszedł ostrożnie do wózka, zaskoczony, zdezorientowany, ale też nieodparcie zafascynowany Lichem. Licho zaś, wygramoliwszy się spod kurteczki, uśmiechnęło się do niego grzecznie, acz niepewnie.

Siła niższa – fragment 3

Zmierzchało już, gdy pośród monotonnego bębnienia deszczu rozległ się dzwonek u drzwi. Metaliczny terkot poniósł się echem po wszystkich zakamarkach.

Piętro wyżej Licho struchlało. Pęseta, którą właśnie dokonywało aktu depilacji, wypadła mu z rączki i z nieśmiałym brzękiem wpadła pod łóżko.

Konrad Romańczuk zbladł i zastygł nad patelnią, na której właśnie przypalał kolejną porcję mielonych.

Rozsiane po całym domu różowe króliki zgodnie zastrzygły uszami.

Utopiec zabulgotał z bagiennych głębin żeliwnej wanny.

A Turu Brząszczyk poszedł otworzyć.

Na ganku stał rozanielony człowiek z wielką walizką i nieludzki anioł z jeszcze większym fochem. Zamiast patykowatego Romańczuka ujrzeli zwalistego brodacza, który woniał truskawką i uśmiechał się do nich dobrodusznie zza progu.

— Chwała! — huknął wiking.

— Dobry wieczór — rzekł człowiek.

— Doprawdy, alleluja — sarknął anioł.

A potem nastąpił armagedon na skalę lokalną.

Paweł w euforii, Tsadkiel w dąsach, Konrad w szoku, Licho we łzach, Turu zaś w pasiastym szlafroku i czepku kąpielowym w żółte kaczuszki, gdyż dopiero co zakończył ablucje — naraz wszyscy kotłowali się w niewielkim korytarzu po drugiej stronie drzwi. Paweł trajkotał bez ładu i składu, nadęty Tsadkiel pomału wytwarzał własną czarną dziurę, Konrad bezskutecznie usiłował coś wtrącić, Licho kichało spazmatycznie, próbując zapaść się pod wytarty parkiet, a Turu co rusz rechotał, aż mu szeleściły kaczuszki. I tylko walizka jak gdyby nigdy nic stała pod ścianą, w roli milczącego świadka tego zbiorowego obłędu.

— …na śniadanie jeden tost pełnoziarnisty i jajecznica z trzech jaj na klarowanym maśle, średnio ścięta, bez soli, przed snem szklanka mleka o temperaturze pokojowej, koniecznie trzy i dwa procent, innego nie wypije i potem będzie ci chodził i truł, znaczy, pewnie i tak będzie, ale bez wieczornego mleka to już w ogóle przesrane, i pamiętaj, żeby mu prasować gacie na prawej i lewej stronie, bo on się boi bakterii, choć tak w zasadzie to bakterie powinny bać się jego, no więc wiesz, byle do pierwszego, dasz radę, co masz nie dać, tu masz całą należność, tak jak się umawialiśmy, a teraz muszę już lecieć, to cześć!

— Nie, czekaj! — wrzasnął skołowany Romańczuk, zdjęty nagłą paniką, lecz Paweł już był za drzwiami, już pędził w kierunku uchylonej bramy, za którą czekała upragniona, wytęskniona wolność.

W korytarzu zapadła głucha cisza.

Wszyscy spojrzeli na Tsadkiela. Tsadkiel spojrzał na wszystkich. A potem pociągnął nosem.

— Swąd — wycedził z niesmakiem.

— Spalenizna — zgodził się z nim Turu.

— Mielone! — jęknął Konrad i rzucił się z powrotem do kuchni, ratować jutrzejszy obiad, który właśnie osiągał całkiem nowy poziom zwęglenia.

Siła niższa

Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2016
Liczba stron: 376
Format: 135x202 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788328027794
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,99 zł


blog comments powered by Disqus