Fragment #3 z książki "Siła niższa" - tylko na Gildii

Autor: Marta Kisiel

Nie miało jednak zbyt wiele czasu na wnikliwsze rozważania w temacie zbrodni i kary, gdyż zaraz potem poczuło coś jeszcze, i to nie tyle w powietrzu, ile we własnych skrzydłach, mianowicie osobliwe, nieznośne swędzenie. Rzecz jasna, mógł to być zwiastun rychłej potrzeby depilacji uparcie odrastających piór, ewentualnie subtelna sugestia, że ostatnio naprawdę przesadziło z czekoladą i teraz ma za swoje.

Albo że powinno niezwłocznie zmienić mydło. I proszek do prania. I może jeszcze, tak na wszelki wypadek, zarządzić skrupulatną przepierkę wszystkich swoich współspaczy,

z wyżymaniem, dezynfekcją i dezynsekcją włącznie.

A przynajmniej do takich wniosków doszedłby zapewne przeciętny zjadacz chleba, ale Licho miało już pewne do świadczenie w tej materii i wiedziało lepiej. Nie minęło pięć minut,

a domysł przerodził się w niezbitą pewność, gdyż oto ze skrzydeł swędzenie rozprzestrzeniło się na całą jego cielesność, od gołych pięt aż po koniuszki celofanowych

włosów. Po czym zaczęło wsiąkać coraz głębiej, aż objęło anielską duszę, umysł i serce.

Takim bowiem sposobem objawiał się u Licha do nośny zew mopa.

Nie mogąc już dłużej uleżeć w miejscu przez to nieznośne swędzenie, mały anioł wygrzebał się spomiędzy królików i popiskując pod nosem „Och, alleluja”, podreptał boso do jednego ze schowków pod schodami, gdzie od miesięcy, bardziej z przyzwyczajenia niż rzeczywistej potrzeby użycia, gromadził baterię środków czystości na każdą okoliczność znaną ludzkości oraz parę nieznanych. Otworzył na oścież koślawe drzwiczki i aż przysiadł z wrażenia, wniebowzięty i upojony widokiem, który się przed nim ukazał. W środku tłoczyły się detergenty uniwersalne i specjalistyczne, płyny, żele, pasty, mleczka, spraye, kostki, kulki, udrażniacze i odświeżacze, do tego zaś kilkanaście rodzajów szmatek, ścierek i ściereczek, szczotki i gąbki przeróżnych kształtów, rozmiarów i stopni szorstkości oraz rękawice: silikonowe, winylowe i gumowe, użytku, wedle zapotrzebowania, wielokrotnego bądź jednorazowego. Istny sezam chemii gospodarczej w nienaruszonych, ciut przykurzonych opakowaniach.

Z błyskiem ekstazy w tęczowych oczach Licho uzbroiło się po zęby i przystąpiło do dzieła, pchane wewnętrznozewnętrznym przymusem, jakiego już od dawna nie zaznało. Gdyby zapytać, skąd u niego tak nagła odmiana, skąd ten niepohamowany pęd ku czystości, zgodnie z prawdą odparłoby, że nie wie, ale musi, bo tak. I już. Nie zawracało sobie głowy czymś tak doskonale mu zbędnym jak powody bądź uzasadnienia, tylko realizowało potrzebę, która swędziała je nieustannie we wszystko. I była to potrzeba zupełnie inna niż wtedy, gdy

z zapamiętaniem, które niebezpiecznie ocierało się o amok, szykowało pokój dla starszego kolegi po pierzu i fachu – tym razem Licho podążało bowiem za radosnym i szczerym głosem własnego serca i niczego nikomu nie próbowało udowodnić. A już zwłaszcza sobie.

Na początek niczym lokalny huragan przemknęło przez skomplikowaną konstelację wijących się przez piętro pomieszczeń i korytarzy. Kolorowa miotełka w jego wprawnej rączce przeistoczyła się w narzędzie nieuchronnej zagłady całunów z kurzu i pajęczyn. Dokonawszy wstępnego spustoszenia, bez namysłu sięgnęło po najcięższe działo w postaci odkurzacza. Żarłoczna maszyna zawyła przeciągle i złowróżbnie, zadrżały roztocza i pająki, a w duszy małego anioła stróża rozległy się stosowne pienia. Chwilę później Licho, aż drżąc i kichając

z podekscytowania, śmigało w tę i z powrotem po korytarzu i nacierało na kolejne metry

zapuszczonego chodnika wątpliwej barwy, a z każdym wciąganym do odkurzacza kłaczkiem, paproszkiem czy farfoclem na nowo stawało się sobą i nabierało wiatru w oskubane skrzydła.

Z tego wszystkiego zupełnie nie zwróciło uwagi na wystającą ponad szczytem schodów siwiejącą głowę.

Tymczasem mizerny Romańczuk patrzył i własnym oczom nie wierzył, gdyż te uparcie ukazywały mu widok od tak dawna zapomniany, że aż nierzeczywisty, niczym z cudownego snu, ale też wytęskniony w stopniu, którego Konrad dotąd sobie nie uświadamiał. I chociaż każda komórka jego ciała szlochała teraz z rozdzierającej tęsknoty za ciepłym

łóżkiem, on nie ruszył się ze schodów ani na krok, tylko chłonął bijącą z zasmarkanego anioła stróża nieskrępowaną, nieopisaną radość życia i sprzątania.

Wreszcie Licho dostrzegło wystającą ponad poziomem podłogi jednoosobową widownię. W pierwszym odruchu uśmiechnęło się promiennie, by zaraz popaść w szczere

zafrasowanie.

– Oj, czy ja ciebie obudziłom?… – zapytało, pospiesznie wyłączywszy odkurzacz. Zaraz się jednak połapało, że Konrad, owszem, istotnie był nie do końca przytomny, a przy tym ogólnie wymiętoszony jak ktoś, kogo przed momentem brutalnie wyrwano ze snu, za to wystawał niewłaściwie, bo ponad schodami, nie zaś ze swego pokoju, gdzie przecież zwykł sypiać.

A mimo swej głębokiej naiwności Licho nie posądzało go o tak drastyczną zmianę obyczajów.

– Nie, dopiero szedłem się położyć – uspokoił Romańczuk wyraźnie przejętego anioła, po czym skupił się na własnym dysonansie. – Przepraszam, ale czy ty… czy ty sprzątasz?

– Oczywiście, alleluja! – odparło, w okamgnieniu odzyskując animusz, i potrząsnęło rurą odkurzacza na znak triumfu siły ssania nad wątłą materią kurzu.

– Aha. A… a dlaczego?… Znaczy, pojmuję ogólną ideę – uściślił czym prędzej, jako że mały anioł stróż już się obruszył i kręcił głową, z dezaprobatą szeleszcząc celofanem – bo burdel na kółkach istotnie panuje tu nieziemski, co nawet ma pewien sens, biorąc pod uwagę status ontologiczny rzeczywistości w skali endemicznej… Rany jeża, przepraszam, brak snu chyba zaczyna mi się rzucać na… na wszystko. Ale dlaczego właśnie teraz? Trochę już tu mieszkamy, a jakoś dotąd nie kwapiłoś się do gruntowniejszego sprzątania.

Licho wzruszyło skrzydełkami, a potem zmarszczyło nos w zadumie.

– Coś się zmieniło, alleluja – odparło wreszcie.

– Tak po prostu?

– Uhm, tak po prostu – przytaknęło, po czym kichnęło zdecydowanie. – Wieczorem było tak, a dziś jest już zupełnie inaczej. Wiesz, może ja nie jestem najmądrzejsze – dodało po chwili – i nie za bardzo rozumiem, co właśnie do mnie powiedziałeś, ale tak sobie myślę, alleluja, że cały świat dzieje się tak po prostu, nie oglądając się na nikogo i na nic. Nawet na status trąbologiczny w skali demonicznej.

Siła niższa

Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2016
Liczba stron: 376
Format: 135x202 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788328027794
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,99 zł


blog comments powered by Disqus