"Koniec"

Autor: Marzena Baran

Bum…
Bum…
Bum…
Zupełnie jakby ktoś się dobijał do drzwi. Tylko kto, skoro Henry nie miał żadnych znajomych. Pewnie jacyś akwizytorzy, albo listonosz.
Bum…
Powoli otworzył oczy. Otaczała go zupełna ciemność. Za wcześnie na jakiekolwiek wizyty. Zamknął oczy przyzwyczajając je do panującej wokół ciemności.
Bum…
Rozciągając swoje stare członki zgiął ramiona w łokciach i spróbował wyciągnąć je w górę, ale na coś trafił. Coś twardego obitego miękkim materiałem. Czyżby wezgłowie łóżka, tylko nie pamiętał żeby kiedykolwiek miał łóżko posiadające wezgłowie. Może to pierwsze objawy alschaimera, w gazecie pisali że to coraz częstsza choroba.
Bum…
Cofnął ręce i położył na brzuchu. Pod palcami zamiast piżamy wyczuł dużo sztywniejszy materiał. Znów otworzył oczy i przybliżył do nich prawą rękę. Dobrze podejrzewał. Miał na sobie elegancki garnitur. Jak się nad tym zastanowić to na stopach wyczuwał buty. Ale dlaczego niby spał w ubraniu?
Bum…
Wyciągnął ręce przed twarz. Kołdra. Nie, nie kołdra. Kołdra zazwyczaj leży przecież na człowieku, a ta był zawieszona jakieś 20 centymetrów nad nim i była mocno karbowana. Chciał ją popchnąć do przodu. Jego dłonie zagłębiły się odrobinę w miękki materiał i zatrzymały na dobre. Za tym co początkowo wziął za kołdrę było coś twardego i na tyle ciężkiego, że Henry nie był w stanie tego ruszyć. Przesunął ręce na boki, ale tam sytuacja wyglądała identycznie.
Bum...
Lekko spanikowany oparł się na przedramionach i spróbował przesunąć w dół, w kierunku nóg. Niemal od razu trafił na zaporę. Stopami ściągnął buty i czując narastający lęk wyciągnął nogi przed siebie po raz kolejny natrafiając na znajomą już miękką, karbowaną tkaninę. Nacisnął mocniej i wyczuł twardość ograniczającej go materii.
Bum…
Dopiero teraz zauważył, że walenie, które go obudziło zaczyna powoli cichnąć i oddalać się. Co więcej gdy wytężył słuch był w stanie usłyszeć inne mieszające się z nim dźwięki. Tak jakby ludzkie głosy, szepczące i nucące jakąś smutną melodię, a do tego cichutkie podzwanianie dzwonków i coś jeszcze… Wszystkie te dźwięki powoli oddalały się, tylko ten ostatni wciąż był tak samo dobrze słyszalny. Wydawał się być bliżej i był jakiś dziwnie znajomy. Henry zamknął oczy próbując go zlokalizować. To była jego szansa na odrobinę normalności, szansa by dowiedzieć się co tu chodzi. Przechylił głowę na bok nadstawiając ucho i wytężając słuch do granic możliwości. Żeby poprawić akustykę owinął ucho palcami prawej dłoni i …
Cyk…
Już wiedział co to za dźwięk.
Zegarek.
Roześmiał się z ulgą. W końcu jakaś oznaka normalności. Podświetlany zegarek, którego nie zdejmował od dnia kiedy go dostał. Jak mógł o nim zapomnieć? Przecież to tak jakby zapomniał o niej, a o niej obiecał, że nie zapomni nigdy.

Pierwszy raz zobaczył ją na uczelni. Pierwszy rok studiów, pierwszy wykład z prawa rzymskiego. Spóźniła się i usiadła koło niego.
- Pisaliście już coś? – zapytała i spojrzała na niego tymi cudownymi, zielonymi oczami. Nie był w stanie wydobyć głosu więc tylko potrząsnął głową w niemym zaprzeczeniu.
- To dobrze. Przynajmniej nie będę musiała nic przepisywać. – mówiąc to obdarzyła go najwspanialszym uśmiechem jaki w życiu widział. – A tak w ogóle to jestem Alicja, a ty? – wyciągnęła do niego rękę, a on tylko patrzył na nią jak sparaliżowany. – Hej, co ci jest? Chyba się mnie nie boisz, bo jeśli tak to zapewniam, że nie gryzę.
Zarumienił się, ale delikatnie ścisnął jej wyciągniętą dłoń i wybąknął swoje imię. Był pewien, że nawet nie usłyszała, bo tylko uśmiechnęła się delikatnie i całą swoją uwagę skupiła na zajęciach. Zdziwił się więc kiedy po zajęciach zawołała go po imieniu i zaproponowała wspólną kawę.
Oczywiście zgodził się i kiedy w końcu po paru minutach w jej towarzystwie był w stanie oddychać, mówić i normalnie się ruszać, okazało się, że rozmawia im się niesamowicie dobrze. Interesowały ich te same rzeczy, czytali te same książki, słuchali tej samej muzyki, i były momenty kiedy rozumieli się bez słów. Nawet nie zauważył kiedy za oknem kawiarni zrobiło się ciemno, a kelnerka podeszła i oświadczyła, że niedługo zamykają. Odprowadził ją na przystanek i poczekał aż jej autobus odjedzie.
Stancję miał niedaleko od uczelni, ale drogę pokonał w podskokach. Był przekonany że nic nie jest w stanie zepsuć jego szczęścia. Mylił się.
Kiedy wszedł do mieszkania jego współlokator przekazał mu żeby jak najszybciej zadzwonił do domu, bo jego młodszy brat wydzwania przez cały dzień. Henry chwycił za słuchawkę telefonu ze złym przeczuciem. Jego brat prawie nigdy się z nim nie kontaktował. Co prawda był jedynie dwa lata od niego młodszy, jednak różnili się charakterami jak ogień i woda, i były chwile, było mnóstwo takich chwil, kiedy nie byli w stanie ze sobą wytrzymać.
- Halo?
- Cześć Michał, po co dzwoniłeś?
- Ty dupku, cały dzień się próbuję z tobą skontaktować, a ty dzwonisz dopiero o wpół do dwunastej w nocy i ją budzisz!
- Ale… – jednak brat nie dał mu nawet dojść do słowa tylko dalej krzyczał. Wykrzykiwał chyba wszystkie znane mu przekleństwa, pomiędzy którymi Henry usłyszał o tym że właśnie dziś umarł mu ojciec, że jego młodszy brat i matka patrzyli jak miażdży go ciężarówka, że sami przeżyli tylko dlatego, że szli za ojcem i to on jako pierwszy wszedł na przejście, że kierowca ciężarówki prawdopodobnie był przemęczony i nie zauważył zmieniających się świateł, że jego matka cały dzień płakała i nic nie było jej w stanie uspokoić, a kiedy w końcu usnęła zadzwonił i ją obudził, że jego brat nie ma pojęcia co robić, i na koniec, prawie szeptem, z gardłem zdartym od płaczu i krzyku, Michał poprosił by przyjechał jak najszybciej może.
Przez cały ten czas Henry stał z słuchawką mocno przyciśniętą do ucha, jakby to była ostatnia deska ratunku, a po jego twarzy ściekały bezgłośnie łzy.
Całą noc się pakował, a o świcie pojechał pierwszym dostępnym busem do domu. Kiedy dojechał na miejsce zajął się wszystkim. Zorganizował pogrzeb, pocieszał matkę i brata. Zajął się rachunkami. Zorientował się, że kredyt który rodzice wzięli na mieszkanie nie jest jeszcze spłacony. Brat kończył liceum, a matka ledwo kontaktowała z rzeczywistością. Po kilku miesiącach udało mu się sprawić że nie płakała przez pół dnia i zamieniła z nim kilka zdań o pogodzie. Była w głębokiej depresji a jej stan poprawiał się bardzo powoli. Opieka nad nimi spadła na Henrego. Nie narzekał.
Nie pojawił się już więcej na studiach, za to poszedł do pracy. Podejmował się różnych zajęć by mogli żyć godnie. Po dwóch latach jego brat poszedł na studia. Mieli już ze sobą dużo lepszy kontakt i Michał postanowił spełnić marzenie brata i ukończyć prawo.
Henry był z niego dumny, przez telefon dowiadywał się o studiach i o nowej, wspaniałej dziewczynie, która w grudniu przyjedzie z jego bratem na Boże Narodzenie. To musiało być coś poważnego, bo Michał chociaż miał dużo dziewczyn, to jeszcze żadnej nie chciał przedstawić rodzinie.
W Wigilię Henry pracował do późna. Kiedy wrócił do domu było po 22.00 jednak domownicy nie spali. Otwierając drzwi po raz pierwszy od ponad dwóch lat usłyszał cichy śmiech matki i po raz pierwszy od ponad dwóch lat usłyszał ten jedwabiście słodki głos, ten którego myślał, że nie usłyszy już nigdy w życiu. Zapominając o wszystkim wbiegł do salonu i stanął jak wryty. Na środku pokoju jego brat obejmował Alicję w talii a jego matka ściskała jej ręce i się śmiała. Kiedy go zobaczyli, matka podbiegła do niego ze słowami:
- Twój brat się żeni, czy to nie cudowne, w końcu znalazł dziewczynę swoich marzeń i wiesz co jeszcze? Nie zgadniesz, więc ci lepiej powiem, będziesz miał bratanka, albo bratanicę! Czy to nie cudowne!?

Cyk… (bum…)

To wtedy pod choinkę dostał ten zegarek. Okazało się, że Alicja kupiła im wszystkim prezenty. Dla niego był zegarek.
Widział, że go rozpoznała, ale nie zdołali zamienić nawet słowa na osobności. A następnego dnia po południu razem z Michałem wyjechała busem do jej rodzinnego miasta, aby on mógł poznać jej rodziców.
O tym, że bus wpadł w poślizg, wypadł z drogi, uderzył o drzewa i stanął w płomieniach dowiedzieli się z wiadomości. Po kilku godzinach szalonej nadziei okazało się, że wszyscy pasażerowie nie żyją, a kierowca walczy o życie w szpitalu.

Cyk… (bum…)
Henry zapalił światełko w tarczy zegarka i rozejrzał się po swoim „więzieniu”. Przynajmniej do tej pory miał nadzieję, że to więzienie. Teraz przy nikłym światełku z zegarka przekonał się że spełniły się jego najgorsze przypuszczenia.
Leżał w trumnie.
Kilka lat temu, wiedząc że nikt po jego śmierci o to nie zadba, kazał sobie zrobić trumnę na zamówienie. Wydał na nią wszystkie zaoszczędzone pieniądze. Kazał ją wyścielić żółtym materiałem, bo to był jej ulubiony kolor. Ale była jeszcze jedna rzecz. Poduszeczka. To go upewni. Kazał ją przymocować na stałe do trumny i wyhaftować napis:
„Alicjo,
wpadam w ramiona śmierci
wierząc, że wieczny sen nas połączy.
Twój Henry”
Przekręcił się więc na brzuch, wyciągną prawą rękę z zegarkiem i poświecił na poduszeczkę. Czerwone litery układały się tak jak powinny potwierdzając najgorsze. Leżał w trumnie, a odgłosy które go obudziły to były odgłosy pogrzebu. Jego pogrzebu.
Zapewne na nikt po nim nie płakał. Jedyną żyjącą, bliską mu osobą jest jego matka, która zapadła się tak głęboko w swoim umyśle, że zapewne nawet nie zrozumie jak powiedzą jej że on nie żyje. Ostatni raz wiedziała co się wokół niej dzieje tuż przed tym jak usłyszała o wypadku Michała i Alicji.

Nie płakała po ich śmierci. Może nie miała łez, nie wiedział. Powiedziała tylko: „To niemożliwe” i z niesamowitą intensywnością zaczęła wpatrywać się w ścianę, od czasu do czasu potrząsała głową i coś bełkotała. Były chwile kiedy Henry miał wrażenie, że rozumie te dziwne dźwięki, które wydawała.
Na początku sądził, że jej przejdzie. Po kilku miesiącach umówił się na wizytę z byłym psychoterapeutą mamy, który zalecił zamknięcie jej w ośrodku. Najpierw Henry się nie zgodził. Po miesiącu zmienił zdanie, gdyż nie był w stanie pracować i jednocześnie opiekować się matką.
Początkowo odwiedzał ją codziennie po pracy, później co drugi dzień, co tydzień, co dwa tygodnie, co miesiąc, aż w końcu bywał u niej raz na rok. Jej zachowanie nie ulegało zmianie, tylko jej włosy były coraz bielsze, a skóra coraz bardziej pomarszczona.
U niego też niewiele się zmieniało, cały czas pracował w tym samym sklepie, tylko co wieczór pił coraz więcej. Codziennie po przyjściu z pracy nastawiał budzik na rano i pił na umór dopóki nie padł. Wszystkie pieniądze szły na opłaty i na ośrodek opiekujący się jego matką. Po kilku latach zaczął się starać o zasiłek. Przydzielono mu i to nawet wysoki. Pomimo to nie zrezygnował z pracy, bo miał wrażenie że to ona trzyma go przy zdrowych zmysłach.

Cyk…
Całe jego życie było jedną wielką wegetacją. Teraz widział to doskonale. Zmarnował wszystko co dostał. I choć miał w młodości tak wielkie marzenia, tak szczytne cele i tak dalekosiężne plany, to wystarczyła jedna chwila by zrezygnować ze wszystkiego. Życie dało mu w kość, a on zamiast się podnieść i iść dalej wolał się nad sobą użalać.
Coraz ciężej było mu brać oddech. Zaczynało mu się robić słabo i miał mroczki przed oczami.
Cyk…
Usłyszał, albo mu się wydawało, że usłyszał nad sobą jakieś głosy.
- Pomocy!!! – krzyczał przez chwilę z nadzieją, że ktoś zareaguje, ale na próżno.
Czuł, że to jego ostatnie sekundy.
Nigdy nie wierzył zbyt gorliwie, zawsze miał wrażenie, że jeśli Bóg istnieje to musi go strasznie nienawidzić skoro dał mu takie życie. Teraz widział, że nie zrobił nic by je poprawić. Potrafił jedynie egzystować w warunkach jakie miał. Nigdy nie zrobił nic by je polepszyć, nigdy nie zaryzykował.
Tak bardzo tego żałował.
W ostatnich chwilach gorliwie modlił się o to by Bóg dał mu jeszcze jedną szansę, żeby ktoś usłyszał jego wołanie o pomoc, żeby udało mu się podnieść to cholerne wieko trumny. Zaparł się o nie rękami i nogami, ale ono ani drgnęło.
Cyk…
Każdy oddech sprawiał coraz większą trudność, a każde cyknięcie zegarka było coraz głośniejsze.
- Spieprzyłem życie i sobie i Tobie Alicjo – szepnął – gdybym tylko mógł jeszcze raz zacząć… Dobry Boże… gdybym… tylko… mógł…
Cyk…



blog comments powered by Disqus