Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. IV


 

Od wieków istniały debaty, kłótnie, a nawet zakłady o to, czy niezmierzone stare i zakurzone pole meteorytów zajmujące znaczną część zewnętrznego pierścienia galaktyki było najnudniejszym miejscem w galaktyce, jak twierdzili jedni, czy też najbardziej głupim i bezsensownym, jak też twierdzili inni. 
Ponieważ pole składało się gównie z meteorytów kamiennych a nie żelazistych, dlatego nie było tu żadnych interesujących kopalin czy metali rzadkich i jeszcze rzadszych, natomiast piasek do piaskownic młodych Jedi czy grusik do kuwet dla monoków można także było sprowadzać z bliższych i dużo bezpieczniejszych miejsc. 
Dlatego jedynymi ewentualnymi mieszkańcami tego odludnego pustkowia mogliby być religijni mistycy albo osoby niespełna rozumu, co w sumie wychodziło na jedno. Jednak nawet szaleńcy woleli przytulniejsze i bardziej perspektywiczne wysypiska śmieci na obrzeżach miast, natomiast jogini i eremici wybierali częściej dogodnie położone jaskinie w pobliżu górskich pastwisk, gdzie zawsze można było liczyć na uczynną młodą pastereczkę albo przynajmniej na niewinną zbłąkaną owieczkę, kózkę czy tan-taniątko. Tak więc pole meteorytów ogólnie rzecz biorąc świeciło pustkami i mnóstwem wolnych lokalizacji do wynajęcia czy okazyjnego podnajmu.
 
Jednak z bliżej nieznanych powodów właśnie to odludne (i, powiedzmy sobie szczerze - niezbyt trendy) miejsce pilot upatrzył sobie jako cel swojej podróży. Wyhamowawszy po skoku rozsądny kawałek przed polem meteorytów, pilot ruszył z wyraźną ostrożnością i wytężoną uwagą w głąb tej międzygwiezdnej skalnej graciarni, manewrując w skomplikowanym balecie polegającym na omijaniu co większych odłamków skalnych, strzelaniu do co mniejszych kamieni z pokładowego działka oraz licząc na wytrzymałość pola siłowego przy okazjonalnych bezpośrednich trafieniach skał, głazów i innych międzygwiezdnych śmieci i odpadków wirujących i zderzających się nieustannie ze sobą.
 
Uniknąwszy szczęśliwie - bo to, co na pewno po latach poniewierki miał, to było szczęście - co większych głazów na swojej drodze, doleciał wreszcie do wielkiej planetoidy z widocznym obszernym wklęsłym zagłębieniem na powierzchni, ozdobionej dziesiątkami jaskiń i tuneli, na środku której widniała duża, ciemna zapadlina.
 
Prom zastopował, kołysząc się nieznacznie na boki. Pilot ciężko westchnął. Nabrał powietrza, nachylił się do komunikatora i zagrzmiał do mikrofonu z widoczną niechęcią – Wyłaź. No wyłaź, bydlaku! Wiem, ze tam jesteś!
Cisza, słychać było tylko elektroniczne trzaski przekaźników i huk zderzających się ze sobą odłamków skalnych. 
- Wystaw wreszcie swoją parszywą głowę! Nie chowaj się tchórzu, wiem że tam jesteś!
 
Chwila ciszy, tylko co mniejsze meteoryty z charakterystycznym pyknięciem znikały w polu ochronnym promu. Nagle mocny strzał wstrząsnął statkiem! Pilot z niedowierzaniem popatrzył przed siebie – z jaskiń i szczelin skalnych wokół niego jak duchy wysunęły się w ciszy dziesiątki statków kosmicznych, rakiet i pojazdów kosmicznych, i wszystkie groźnie celowały swoją pokładową broń w jego prom.
 
- Kto ma ochotę pospiesznie pożegnać się ze swoim wszawym życiem? - Z głośnika interkomu dobiegł pilota znajomy, arogancki i burkliwy głos. W głównym, największym tunelu pośrodku zapadliny ukazał się gwiezdny okręt, największy i najbardziej okazały ze wszystkich tu zgromadzonych, smukły i ze śladami swojej dawnej świetności oraz niedawnych pospiesznych i pobieżnych napraw.
- Ktoś, kto ma ciekawe wieści do starego pirata! - Odpowiedział pilot z ironicznym, krzywym uśmiechem.
- A kto powiedział, że będę miał ochotę rozmawiać w imperialnymi śmieciami? - Odparł dumnie głośnik.
Huknął kolejny strzał z jednego z flankujących go statków, promem aż zakołysało.
- Stop, natychmiast przestać! - Dobiegło z głośnika wściekłe, aroganckiego wołanie kogoś, kto najwyraźniej był dowódcą całej tej międzygwiezdnej menażerii.
- Ale szefie, mówiłeś przecież, że żaden imperialny czy republikański śmieć tu nie ma prawa się... - Dobiegło z głośników, zgaszone przez gniewny krzyk – Ja tu daję rozkaz do walki, i jak jeszcze raz zrobisz co bez mojego zezwolenia, to ozdobię twoimi tępymi uszami salonik w mojej kwaterze głównej, tępaku! Wszyscy spokój!!! 
Piracki dowódca sumiennie obsztorcował kolejno swoich krewkich podkomendnych, wymieniając ich co bardziej interesujące nawyki i przyzwyczajenia, a także poddał w wątpliwość dobre prowadzeni się ich matek, sióstr, córek, a nawet babć. Po czym, zakończywszy prezentację swoich kamratów oraz ich bliższej, a niekiedy i dalszej rodziny, już spokojniejszym, ale nadal napiętym głosem zwrócił się do przybysza – Powtarzam raz jeszcze: masz dziesięć sekund na przedstawienie się i wyjaśnienie celu swojej nieproszonej u nas wizyty!  Inaczej osobiście pokrajam laserem ciebie i ten twój cały szpanerski statek na kawałki! 
Pilot odgarnął znad czoła pasemko wyblakłych, jasnoblond włosów i powiedział cichym, zmęczonym głosem – Luke. Luke Skywalker. Były Generał Luke Skywaker, od dawna już w stanie rezerwy.
 
W głośniku słychać było tylko zaskoczona ciszę, wreszcie padło ściszonym, ale nadal oficjalnym tonem. - Zezwolenie na lądowanie. 
 
Otaczające go statki zaczęły jeden po drugim kolejno chować się w swoje leża.
Prom wpłynął do głównego tunelu w ślad za cofającym się w głąb wysmukłym statkiem szefa.


blog comments powered by Disqus