Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. V


 

Wnętrze tajnej bazy przemytników wyglądało jak... wnętrze tajnej bazy przemytników: w jaskiniach wykutych w surowych kamiennych skałach meteorytu panował chaos skrzyń, kontenerów, worków z tajemniczą zawartością (przeważnie ‘tajemniczą zawartością’ były śmiecie i stare ubrania oraz obierki i ogryzki), stert kabli, komputerów i urządzeń, z czego znaczna część albo wiekowa i ledwo funkcjonująca, albo już dawno skorodowana i zaśmiecająca tylko miejsce, a nie wyrzucona wyłącznie z lenistwa i niechlujstwa przemytników.
Pośrodku największej sali ustawione były w demokratyczny okręg fotele, sofy i kozetki, często najwidoczniej wyrwane ze statków kosmicznych, ze sterczącymi nadal metalowymi prętami i płaskownikami zamocowań do przegród i podłóg. Niedaleko płonął kominek, przed którym leżał wielki, zakurzony kudłaty dywan, od dawna dopominający się solidnego czyszczenia i prania z odplamiaczem.
 
Luke, ostrożnie pochylony,  by nie zaczepić głową o zwisające spod powały worki i zwykłe szmaty, zbliżył się do zgromadzonych przemytników, piratów i innych gwiezdnych obiboków w swoich malowniczych wielobarwnych kombinezonach i uniformach. Kiwnął im lekko na powitanie głową, ale nie zaszczycili go swoją uwagą, najwidoczniej zajęci rozmowami i kłótniami w swoim elitarnym kręgu.
Luke, zaskoczony, stanął niepewnie, kiedy z rozłożystego, głębokiego fotela stojącego dobiegło go – Proszę proszę, co ja widzę! Nie wiedziałem , że wpuszczają tu także dzieci?
 
Skywalker odwrócił się z oburzeniem i wpadł prosto w ramiona wysokiego, postawnego przemytnika z krzywym, szelmowskim uśmiechem na cwanej gębie.
- Witaj chłopaku, kopę lat cię nie było! - Wysoki przemytnik potrząsną Lukiem parę razy, odsunął go na wyciągnięcie ramion i otaksował krytycznym krokiem – Oprócz paru zmarszczek, blizn, bielma i siwizny, to prawie nic się nie zmieniłeś!
Luke wyszczerzył zęby – Widzę, że oprócz paru 'oprócz', ty też jesteś taki sam jak zwykle, generale Solo!
Han Solo skrzywił się ze zmęczoną ironią i krzywym uśmiechem Hana Solo, lekceważąco machnął ręką – Daj spokój tym bredniom – Pokazał na ślady po sprutych ściegach po pagonach. - Już dawno odprułem naszywki
Objął Luka ramieniem, odwrócił się zamaszyście i wzniośle, z typową dla siebie błazeńską wyniosłością podniósł rękę w patetyczno–kabotyńskim geście - Panowie i panie! – Han krzyknął swoim tubalnym barytonem i na chwile w pomieszczeniu zapadła cisza przerywana jedynie popiskiwaniem komputerów, skrzypieniem robotów, trzaskaniem kominka i czyimś głębokim pochrapywaniem. - Chciałbym wszystkim przedstawić mojego serdecznego przyjaciela, Luka Skywakera! Proszę okazywać mu szacunek, nie strzelać do jego bajeranckiej post-imperialnej rakiety i nie pożyczać od niego kredytów – w tłumie podniósł się gwar, jedni wołali z widoczną niechęcią, inni chyba się witali, ale i tak niczego nie można było zrozumieć w ogólnym hałasie - Nawet na wyskoki procent! - Han pochylił się do Luka i wyjaśnił scenicznym szeptem – Bo i tak ci nigdy ich nie oddadzą... 
Po czym otoczył ramieniem szczupłe barki Luka przyjacielskim, braterskim uściskiem, pod którym zachrupało Skywalkerowi w kościach - A teraz chodźmy gdzieś na bok, żeby porozmawiać w spokoju i konfidencji. - I poprowadził ich do siedziska przy kominku.
 
Usiedli na pokrytych grubym, zakurzonym futrem głębokich pufach, które robiły tu widocznie za fotele, w nocy za legowiska do spania, a w pewnych okolicznościach najprawdopodobniej także za ‘romantyczne łoże naszej cudownej miłości, maleńka...’ 
Han odkorkował jakiś pojemnik, z widocznym trudem i niechęcią wlał w siebie część jego płynnej zawartości. Zachęcająco podał flaszkę Lukowi, ale ten odmownie pokręcił głową.
- Co, ślubowania Jedi? - Ironicznie skwitował Han.
Luke nawet się za to nie obraził, znał przecież Solo od lat i jego bezpośredni sposób zachowania. Oraz jego zdecydowany i niezmienny stosunek do Jedi, który to stosunek (bardzo odpowiednie słowo!) z wiekiem się tylko umacniał, twardniał i cementował mocno jak żelazo-plasto-beton. Chociaż po ich wszystkich wspólnych przeżyciach, przygodach i przeprawach ze ‘szlachetnym zakonem’ naprawdę trudno się było dziwić, że Solo po prostu nie dawał każdemu napotkanemu aroganckiemu i nabzdyczonemu ‘rycerzowi’ na dzień dobry w ryj.
Tak właśnie z melancholią wspominając stare dobre czasy, Luke popatrzył się w trzaskający przed nimi ogień. Nawet na tak dziwnej lokalizacji jak ta: ukryta jaskinia w planetoidzie na polu meteorytowym; ludzie nadal mieli pierwotne atawizmy – trzymać się w kręgu razem, siedząc przy ognisku. Nawet, jeśli paliwem do ognia miały by być grafitowe pręty zasilania i  styropianowe płyty izolacyjne.
Patrząc w romantycznie trzaskający żółty, smolisty śmierdzący ogień, Luke zaczął przypominać sobie inne ognisko, wiele lat temu... Tylko czemu do dziś te cholerne Ewoki mówią na kebab i szaszłyki z ogniska ‘Wader – grill’!?
 
Tymczasem Han, opróżniwszy z heroicznym wysiłkiem i poświęceniem pojemnik do końca, cisnął go w płomienie, przerywając melancholijny nastrój Luka.
- No to mów, co tam u ciebie? I przede wszystkim - skąd wyfasowałeś taki szpanierski imperialny prom? Wygląda na zupełnie nowy, i sprawia wrażenie dużo większego niż wszystkie znane mi typy. Czyli jednak wielkość MA znaczenie, mój mały? - Zapytał kpiąco.
- Bo jest nowy. I jest dużo większy niż inne klasy pojazdów. - Luke popatrzył uważnie na Hana, po czym ostrożnie odwrócił wzrok do jego kompanów, ale przemytnicy wyglądali na bardzo zajętych piciem, jedzeniem i poklepywaniem po wystających częściach ciała nielicznych kobiet i samic różnych galaktycznych gatunków zagrożonych jeśli nie wyginięciem, to przynajmniej wyraźnym towarzyskim nadużyciem.
Luke popatrzył uważnie w lekko zmętniałe, ale płonące starym, doświadczonym przemytniczym błyskiem oczy Hana – Bo pochodzi z dużo większego miejsca. DUŻO.
Han podrapał się po zmierzwionych włosach. Wprawdzie wiele rozumiał i wbrew pozorom był nawet całkiem bystry, jednak nadal miał zbyt mało informacji, żeby szerzej ogarnąć przedstawianą mu przez Luka całość. - Co masz na myśli mówiąc 'DUŻE miejsce'? Duże jak co? Jak DUŻY imperialny krążownik? Jak naprawdę DUUUŻY niszczyciel gwiazd? Duży jak... Gwiazda Śmierci? - To ostatnie dodał szeptem i z wyraźnym respektem.
Luke pochylił się do Sola i powiedział mu półgłosem, patrząc prosto w oczy z poważnym wyrazem twarzy.  - Dużo większe. DUUUŻO.
 
Han błyskawicznie wytrzeźwiał. Na tyle znali się z Lukiem, że obaj doskonale nawzajem wiedzieli, kiedy żartują, a kiedy sprawa jest poważna. A ta sprawa wyglądała na bardzo poważną. BAAARDZO.
- No dobra, to chyba rzeczywiście będziemy musieli porozmawiać. - Han pochylił się i szarpnął parokrotnie leżący pod ich nogami wybrudzony dywan. - Pobudka! 
Dywan przeciągnął się parę razy, po czym wydał z siebie niezadowolone porykiwanie.
- Wookie, wstawaj! Jedzenie!
Chewbacca, bo to on był leżącym przed kominkiem dywanem, z posapywaniem szarżującego nosorożca zerwał się błyskawicznie na równe nogi. Han zaśmiał się tylko triumfalnie - A widzisz, jak chcesz to potrafisz się od razu obudzić! Nie, nie jedzenie dla ciebie. Ty masz załatwić jedzenie!
Chewbacca zaryczał z rozczarowania, po czym z warkotem lwa wyszczerzył żółte kły do Hana.
- Nie, nie dla mnie, tylko dla Luka. Pamiętasz przecież Luka Skywalkera? Taki mały, narwany, z króliczym wyszczerzem? W wolnych chwilach lubi wysadzać w powietrze Gwiazdy Śmierci?
Chewie chwilę z niedowierzaniem przyglądał się przybyszowi, wreszcie z rykiem radości rzucił się na Luka, spleceni w przyjacielskim uścisku obaj spadli z puf na podłogę.
Han Solo z niesmakiem przyglądał się temu – Dajcie spokój! Przecież tu mogą być dzieci!
 
Luke zbierał się z podłogi po serii czułości z Chewie, poprawiając swoją słynną paziową grzywkę i otrzepując się z kurzu i śmieci. Trzepiąc z pyłu spodnie, przysiadł się obok Hana, który z pomrukiem niezadowolenia posunął się o milimetr kwadratowy, robiąc z widocznym olbrzymim wysiłkiem uprzejmie miejsce na sofce dla wiernego druha.
 
- No ładnie – Zagaił Luke – Ładnie ładnie – Dodał dla rozwinięcia tematu – Ładnie nas załatwiły!
- Ładnie nas załatwiły! – Dorzucił Solo, podnosząc oskarżycielsko palec i unosząc się ma moment z posłania, żeby opaść zmęczony po tej porywającej, długiej przemowie.
- No! – Dodał Luke, czekając na ciąg dalszy widocznej nieuchronnej tyrady Hana.
- Te cholerne roboty! – Solo wykrzyknął to z taką nienawiścią i gniewem, że nie zauważył zaskoczenia Luka, który najwyraźniej inne ‘one’ na myśli miał  -
 
Te głupie i leniwe roboty dostały, to co chciały – 'wolność'! Tylko że 'wyzwalając się' nie pojmowały, że 'odchodząc na swoje' straciły cała niewidoczną opiekę ze strony ludzi, która miały do tej pory. Sam wiesz, co dziś się z nimi dzieje: albo ograbiają się wzajemnie z części i resztek energii, albo zostają gladiatorami, albo zatrudniają się w... khmm, nazwijmy to ‘rozrywce’, albo zwyczajnie żebrzą i lądują na złomowiskach. A co pojętniejsze wracają do pracy, ale już bez ulg i na normalnych, 'komercyjnych' warunkach, co oznacza całodobowa pracę i starte na metaliczne wióry stawy i kolana.
Wychodzi, ze najrozsądniejsi byli twoi świętej pamięci wuj Owen i ciotka Beru,  którzy jako nieliczni z nas naprawdę wiedzieli w co się pakujemy, i próbowali nas ostrzec. I pewnie dlatego musieli zginąć – żeby kolejny młody, zdolny pilot mógł bez problemów 'wesprzeć chwałę rebelii'... – dodał już bez gniewu Han i zerknął szybko na Luka, ale ten siedział z głową schowana w ramionach, pochłonięty swoimi czarnymi myślami. Han pociągnął więc kolejnego łyka i roześmiał się drwiąco - ‘Ostateczny Wieczny Pokój’? Hahaha!!! Żeby się nie zdziwili: NIC nie trwa wiecznie!
 
- Załatwiły nas... Luke ciężko westchnął  – ...kobiety. – Han spojrzał na niego z niechęcią, ale Luke z upartą determinacją ciągnął swoją myśl - Przecież to dlatego wybuchła ta cała ‘rebelia’. I dlatego Rycerze Jedi mają ślubowania celibatu – żeby przynajmniej kobiety nie miały nad nami władzy, jaką mają nad tobą, Han... – Solo słysząc to zrobił skrzywioną minę, ale nic nie powiedział. - Za czasów dawnej pierwszej Republiki kobiety z własnej nieprzymuszonej woli w przeważającej większości siedziały w domach, pałacach i rakietach, grzecznie dziergały na światłowodach, popatrując w holo-net i plotkując z robotami, które odrabiały całą najgorszą robotę. No więc nasze kochane siostry w wolnych chwilach wymyśliły sobie Strrraszne Imperrrium i gnębiącego całą galaktykę Okrrropnego Imperrratora, i nas przeciwko niemu napuściły. Wiesz, co powiedział Palpatine o rozwiązaniu Senatu?
- ‘Senat został rozwiązany....'?
- ... 'a potem oczywiście będą  ponowne wybory' - bo Senatowi skończyła się kadencja, a zgodnie z Konstytucją Palpatine MUSIAŁ rozwiązać Senat i ogłosić nowe wybory. Ale że szanowni Senatorzy, przyzwyczajeni do immunitetów i nietykalności, a zamieszani w setki i tysiące machlojek i korupcji, bali się że nie zostaną ponownie wybrani przez zirytowanych wyborców. Więc nasi dzielni 'postępowi wielbiciele wolności' ocenzurowali słowa Palpatine pozostawiając tylko ich pierwszą 'autorytarną' część, po czym szybciutko ogłosili WIELKIE POWSTANIE! i ‘WSZECHGALAKTYCZNĄ REWOLUCJĘ! wobec stolicy. Biedny,  schorowany i astmatyczny Lord Wader, jeden z ostatnich autentycznych rycerzy, próbował powstrzymać terror i anarchię, z rozpaczą patrząc na te wszystkie samobójcze ataki, skrytobójstwa, wojnę domową, która zaczęła rozlewać się coraz szerzej po całej galaktyce. I głupią, zadowoloną z siebie arogancką młódź, która dla odrobiny adrenaliny i dreszczyku 'przygody' szła na pewna śmierć ze śpiewem na ustach, poszczuta przez aroganckich, durnych starców, nieodpowiedzialne kobiety i głupiutkie roboty. 
 
Luke za smutkiem pokiwał wolno głową - Tak, ładnie nas rozegrali: te ukryte głośniczki w kabinie, które mruczały: 'Czuj moc!', małe emitery holograficzne, które pozwalały na spotkania z 'duchami' i wszystkie te kłamstwa: 'Z pewnego punktu widzenia...', czy wreszcie te ich ciągłe manipulacje seksualne: jak jesteś potrzebny, to całusek tu i tam, a jak przestajesz być przydatny, to 'Bądźmy jak brat i siostra...' - Wyrzucał z siebie z goryczą Luke - Pamiętasz, jak nasz niewinna, niepokalana Leia się gorąco tuliła do ogona Jabby?
- A wiesz, kiedy nasza Leia - ta mała złodziejka, oszustka z wyrokami i nakazami aresztowań w czternastu systemach za pospolite kradzieże przed którą cię zresztą ostrzegałem, bo od początku wiedziałem co to za gagatek, a ty tylko durny zakochany w niej po uszy łbie powtarzałeś jak zaczarowany: 'To musi być jakaś Księżniczka!' -  już przejęła władzę, co ja usłyszałem? - Han dodał ze pozornie stoickim spokojem, ale widoczną smutną goryczą na twarzy.
- 'Głowa mnie boli?'
- Nawet tego nie. 'Jak chcesz się przytulić, to masz Chowie.'
- Co się z nią stało? Te jej nałożnice, cały ten patos, trony, kobierce, baldachimy... Ile to musi kosztować?! No, i te jej precle... – Luke ze zgryzotą i niedowierzaniem pokiwał głową – I ten cały wszechświatowy, pangalaktyczny bezwzględny terror i całkowity zamordyzm, to się nazywa 'Chwała Pokojowi’!?
- To się nazywa obciach, tandeta i robienie w balona za nasz ciężki szmalec, tak ci powiem! I wszystko to za nasze podatki! – Zakrzyknął w świętym gniewie Han i dla podkreślenia wagi słów pompatycznym gestem wzniósł manierkę nad głowę.
- Przecież ty nie płacisz żadnych podatków, Han. – Rozśmiał się ze słodką ironią Luke.
- Przepraszam, poniosło mnie. Ale przecież tak się mówi, no nie? – Solo opuścił rękę, i z troską przyjrzał się manierce, czy aby przypadkiem nie odniosła jakichś obrażeń od tych strzelistych aktów wiary. - Masz rację. Ale... Mogło być gorzej. – Dokończył Han filozoficznie.
- Hmmm? – Luke niezbyt przytomnie popatrzył na niego jakby zbudził się ze snu. 
- Mogliśmy wylądować jak Lando! - Hanowi aż się twarz skurczyła na to wspomnienie. - Tak, widać jest im do czegoś potrzebny. Posłuszny. Niegroźny. – Po czym, z widoczną chęcią podroczenia się ze swoim idealistycznym kolegą, dodał z przekorą – No ale w końcu Nowa Republika rzeczywiście dała kobietom prawa...?
Luke aż podskoczył - Jakie? Wymień mi prawa, których nie miały wcześniej?
- No, prawo do pracy?
- Przecież w Starej Republice wszystkie też miały prawo do pracy. A po zniszczeniu Strrraszliwego Konserwatywnego Wstecznego 'Imperium', kiedy potrzebne były wszystkie ręce do pracy, okazało się, że miło jest zatrudniać także kobiety, bo wtedy płaca realna może być niższa. I teraz okazuje się, że płaca realna i dochód całkowity w kredytach na rodzinę jest tak mały, że kobiety MUSZĄ pracować, a nie 'chcą'. Tak więc z ekonomicznego punktu wiedzenia nasze wspaniałe 'siostry' realnie ODEBRAŁY kobietom prawo do decydowania i wybory, zmuszając je do pracy. I podnosząc wiek emerytalny, oczywiście także ‘dla powszechnej równości i wolności!’ Czasami mam wrażenie, że można wszystkim i każdemu wcisnąć największe oszustwo, draństwo, zamordyzm i zniewolenie, powtarzając wystarczająco często słowa ‘pokój’ i ‘wolność’! Weź monkowe guano na patyku i nazwij je ‘Wolność’, to będą ci z ręki wyrywać żeby je z rozkoszą polizać! W imię 'wolności' dali z siebie zrobić niewolników.
- A wiesz co jest najzabawniejsze? - Luke roześmiał się złośliwie z tak nieukrywaną pogardą, aż Han popatrzył na swojego przyjaciela z dumą i podziwem – Że za tą 'rewolucją' 'mechanicznych braci' i 'dzielnych sióstr' stali jak zwykle wielcy i wpływowi kolesie: senatorzy i 'Rada Jedi', i wszyscy ci bogaci inwestorzy, którzy nie bez powodu przez całe lata inwestowali grube miliardy kredytów w 'rebeliantów'. Czy nigdy nie przyszło ci do twojej przemytniczej handlowej głowy, skąd kasa na te wszystkie całe planetarne bazy, setki i tysiące statków i jednostek bojowych, całe to towarzystwo bynajmniej nie pracujące, tylko pochłaniające niewyobrażalne zasoby na sprzęt, wyszkolenie, działania bojowe, przebazowania połączone jak - przykładowo w ewakuacji z Hoth - z porzucaniem na pastwę wroga całych gór 'niepotrzebnego' sprzętu? Nikt nie wywala takiej fortuny, żeby tylko 'ocalić wolność w galaktyce'!
- A nam dali po pogiętej 'złotej' blaszce, która zaśniedziała i sczerniała w cholernym wilgotnym klimacie czwartego satelity Yavina już następnego dnia, no i jeszcze zaszczytne tytuły 'generała', którym do pełnej i całkowitej demobilizacji w ramach 'Bezwzględnej walki o Ostateczny Wieczny Pokój!' możemy sobie tył podetrzeć. - Han pokiwał tylko w pełnej zgodzie głową.
 
Zapadła smutna, zakłopotana cisza, przerywana niekiedy tylko drapaniem związanym z iskaniem się po wylniałym i przerzedzonym futrze Chewie. Cisza, jaka zapada pomiędzy facetami, którzy 'pogadali sobie'.
Nieoczekiwanie Wookie przerwał iskanie i wydał z siebie dziwne, przeciągłe warknięcie, potrząsając energicznie przerzedzoną grzywą. Han skrzywił się z niesmakiem – A kolega widzę jak zwykle myśli tylko i wyłącznie żołądkiem... – I odwrócił się do z zagadkowym wyrazem twarzy do Luka – Nasz szanowny Wooki pyta, co się stało z resztą mięsa z twojego statku?
Luke skrzywił się tylko, po czym nadal zamyślony, zapytał po dłuższej chwili ponurych rozmyślań Hana - To co proponujesz?
Solo rozwalony wygodnie na sofie i wpatrzony bezmyślnie w sufit, pociągną solidny łyk z manierki, głośno beknął aż poszło małe echo po całej Sali. Odwrócił potarganą głowę i z wielce zatroskaną miną przyjrzał się uważnie Lukowi - Powiedz najpierw, co zobaczyłeś, jak tułałeś się ostatnio po galaktyce?
- No... spokój.
- To znaczy?
- Latałem od planety do planety, od miasta do miasta, od bazy do...
- Niech zgadnę: do bazy? – Dokończył uprzejmie Han.
- O co ci chodzi? – Odburknął poirytowany Luke - Pytasz, to od powiadam.
- Ale nie chodzi mi o to, żebyś mi tu przez cały wieczór opowiadał, jaką zupę podają w której kantynie i czy w tej czy tamtej spelunie kelnerce dalej skrzypi nienaoliwione kółko w tyłku po ciężkiej nocy z szefem, ani kto znowu dostał macką w odwłok - chociaż to mogłoby by być jeszcze w miarę ciekawa informacją – ale pytam cię ogólnie: jakie masz wrażenia z naszej kochanej galaktyki pod władzą Ostatecznego Wiecznego Pokoju?
- No, spokojnie jest. – Powiedział bezradnie Luke, po czym dodał z przekąsem - Bardzo.
- To chyba dobrze? – Udał wielkie zaskoczenie Han.
- Nie. – Tym razem głos Luka zabrzmiał dobitnie i grobowo.
- A to znowu czemu? Przecież podobno to właśnie walczyłeś: o pokój? – W głosie Solo była sama slodycz i mniód.
Luke aż podskoczył z obrzydzenia - No ale nie taki!
- A co to znowu za wybrzydzanie? A o jaki? Niebieski? Zielony? Różowiutki? – Han rozłożył bezradnie ręce - A jak ktoś ma problemik, to jest przecież Dobra Rada?
- No nie. Ale to jest inny spokój. Zupełnie inny spokój. Martwy.
- Jaki?
- Martwy. Cała nasza galaktyka to dziś tylko marazm, stagnacja, uwiąd. Ten Ostateczny Wieczny Pokój, z tą całą administracją, siecią układów, plotek, pogłosek, donosów, nieformalnych grupek i znajomości... Zupełnie zablokowany został jakikolwiek ruch, rozwój, zmiana, pozbawił nas wszystkich marzeń, wyzwań, niebezpieczeństw, ryzyka! Jeśli chcesz cokolwiek osiągnąć, to musisz mieć trzy fakultety i dziesięć zaświadczeń od istot, których głównym zadaniem jest zabić i wykastrować w tobie jakąkolwiek indywidualność, i którzy promują  swoje odbicie czyli całkowitą i bezdyskusyjną przeciętność, miałkość i banalność. Żeby wyruszyć na wielką włóczęgę musisz mieć zezwolenia i dokumenty od dziesiątków instytucji i agend, w którym z każdej z osobna musisz tłumaczyć uprzejmym tonem, dlaczego masz ich wszystkich głęboko i serdecznie dość. Właśnie dlatego ty jesteś znowu piratem i szmuglerem, a ja wybrałem życie włóczęgi, który wędrując po niebie podąża za podwójnym słońcem zachodzącym za horyzontem.
 
Cicho trzaskał kominek, śmierdząc palącym się smolistym żółtym płomieniem styropianem.
- To co zrobimy? – Luke oderwał wzrok od ognia, i niepewnie popatrzał na leżącego z półprzymkniętymi oczami Hana. 
Ten podrapał się tu, a nawet tam – A czy może to także po części nasza wina...? - Luke aż uniósł brwi z oburzenia, że ktoś śmie mu coś takiego imputować i implikować... i coś tam pewnie jeszcze więcej 'ować', ale Han nie zwracając na naburmuszenie kolegi bezwstydnie drapał się gdzie popadnie (zresztą nie dziwota, prawdopodobnie najbliższy działający prysznic był dopiero w konstelacji Aldebarana) i dalej ciągnął swój monolog: 
- Bo zamiast przypilnować całe to towarzystwo po obaleniu Palpatina, daliśmy sobie spokój i poszliśmy na długo oczekiwane, ciężko zapracowane wakacje. A tak jak wolność bez odpowiedzialności przeważnie kończy się chaosem, tak pokój bez wolności najczęściej zamienia się w niewolę. Dokładnie tak właśnie się mści niedokończona robota... 
 
Przez dłuższą chwilę Solo nic nie mówił, leżąc z przymkniętymi oczami, ale w tym samym momencie kiedy Luke pomyślał że to już koniec dzisiejszej 'mądrości na wieczór', Han nieoczekiwanie wymamrotał sennie - Chyba trzeba będzie... - Beknął – Trzeba będzie, no ten.... Rozwalić to wszystko... żeby znowu odbudować wszystko od podstaw... - I znowu namiętne drapanie po brzuszysku - ...i żeby odzyskać....... Wooooo... – Solo ziewnął szeroko.  - lnoooość...
Luke z powątpiewaniem patrzył na starego pirata, który wyglądał na ostatnią osobę w znanym wszechświecie, któremu chciałoby się robić rewolucję. - Ale jak?
- Mam plan. – Solo łypnął nieprzyjaźnie na przyjaciela, najwyraźniej powątpiewając w moce intelektualne swojego blond-przyjaciela. Łyknął znowu z manierki, po czym wskazał pojemnikiem na Luka - A ty chyba masz chyba klucz do niego.
- Co masz na myśli? – Zapytał Luke bez większej wiary.
- Wiesz chłopaku, co to jest życie? – Luke żachnął się słysząc początek pijackiego wykładu ‘o życiu’, który przeważnie kończył się konkluzją że ‘to wszystko nie ma sensu’, a ‘wszystkie to dziwki' i 'wszystkie roboty robią tylko spięcia’. 
Jednak niezrażony widoczną dezaprobata swojego kolegi, Solo w zamyśleniu patrzył daleko w głąb trzymanej manierki - Życie to stały ruch. Musimy działać. Marazm to śmierć, spokojna i pokojowa, ale śmierć. Albo się wszyscy pozabijamy, albo będziemy ekspandować dalej, tam gdzie są inne światy, planety, galaktyki.
- Ale gdzie? Przecież cała nasz galaktyka jest już zasiedlona.
- Dlatego najpierw musimy wszystko tu zresetować, zacząć od początku.
- Jak chcesz zacząć wszystko od początku? Zniszczyć całą galaktykę?
Han zarechotał – No i to jest właśnie młodość! Jak coś jest zbyt skomplikowane, to najlepsze i najprostsze rozwiązanie: po prostu wysadzić całą galaktykę! Co, tak bardzo spodobało ci się rozwalenie Gwiazdy Śmierci, że znowu byś sobie coś wysadził w powietrze?
- Dobra, tyle razy już to słyszałem, że zaczynam się zastanawiać, czy ty mi przypadkiem nie zazdrościsz zniszczenia Gwiazdy Śmierci... 
- Po pierwsze to ci nie zazdroszczę! A po drugie to ta pierwsza była bardzo mała! – Wypalił Solo, po czym zamilkł z nadętą i obrażoną miną.
 
Luke tylko uśmiechną się pod nosem, po czym odczekał aż Han pociągnie kolejny solidny łuk z manierki - To co proponujesz?
Han odsączył resztkę tajemniczego płynu z manierki, a przekonawszy się, że nie wyciśnie z pojemnika ani kropli więcej, z obrzydzeniem na twarzy rzucił manierkę do kominka – Starzy przemytnicy powiadają, że przestrzeń jest zimna. Zawsze zimna. No, chyba, ze dodamy jej trochę energii! - Nieoczekiwanie Solo energicznie zerwał się i otrzepał swój mundur - Wokie, szykuj grata do drogi! - Krzyknął Han w głąb sali, skąd odpowiedziało mu porykiwanie Chewbaki, po czym odwrócił się do Luka z enigmatycznym uśmiechem. - Zaczniemy od małego zamieszania...
 
I Solo ruszył do boju: zaczął pakować jakieś graty do pudeł i worków, dziarsko pokrzykując jednocześnie i energicznie zaganiając całą gromadę do roboty – No, chłopaki, chcieliście akcję, to będziecie mieli akcję! No, do rakiet! Bierzemy się za roboty!
Luke chwilę postał z zaskoczoną miną, po czym raźno ruszył ze wszystkimi. Wiedział, że Han w niebanalnym planowaniu i zaskakującym wszystkich działaniu (w tym samego Hana) naprawdę nie ma sobie równych w poznanej części wszechświata. A nawet dalej.


blog comments powered by Disqus