Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. VI
Autor: Michał Orzechowski
W wielkiej, pustej sypialni spod grubej, pikowanej puchatej kołdry dobiegały odgłosy popłakiwania, smarkania i siąpienia w chusteczkę. Ktoś ukryty po pierzyną oglądał na mrugającym nierównym migoczącym świtałem sferycznym wyświetlaczu stary holo-wid w odcieniach żółci i pojaśnionej sepii, na którym para romantycznych młodych, nieśmiało i z zawstydzeniem, klucząc między słowami, wyznawała sobie miłość, z towarzyszącą w tle obowiązkową ckliwą romantyczną melodyjką:
- A czy możesz kochać? Myślałam że to jest zabronione dla Jedi?
- Przywiązanie jest zabronione. Posiadanie jest zabronione. Współczucie które można określić jako bezwarunkowa miłość jest esencją życia Jedi. Można powiedzieć że Jedi są zachęcani do miłości.
Zmieniłeś się. I nie zmieniłeś się ani trochę.
Skryta pod pierzyną postać zaszlochała dramatycznie – Jak on ją koooochał! Ech, kiedyś to byli Rycerze Jedi, nie to co teraz... Żeby chociaż mnie porwał jakiś przystojny galaktyczny pirat... - W przestronnej, zimnej sypialni usłyszeć można było głębokie westchnienie - bez wiary, ale na pewno bardzo tęskne.
W głębi Pałacu Prezydentowej, w korytarzach władzy wypełnionych mocnym, słodkawym zapachem piżma i silnych perfum słychać było tupot czyjegoś pospiesznego biegu.
Służąca wpadła do sali Prezydentowej w chwili, gdy ta jak zwykle podziwiała swoje odbicie w wielkim, owalnym lustrze, zapudrowując pośpiesznie zaczerwienione od płaczu policzki i malując sobie tłustą, okrągłą twarz, noszącą piętno wielkiego, tępego samozadowolenia z siebie, z okalającymi wielkie tłuste policzki warkoczami zwiniętymi po obu stronach głowy w ponad metrowej średnicy legendarne ‘precle’.
- Pani! - Służąca zreflektowała się i pokornie przyklękła w ceremonialnym geście. - Moja Pani Prezydentowo!
- Czego chcesz? - Odburknęła niezadowolona Prezydentowa, po czym jeszcze raz przyjrzała się swojemu odbiciu z wielką lubością.
- Bombardowanie!
Obicie w lustrze skrzywiło się bardziej z zaskoczenia niż strachu. - Co ty mówisz?
- Bombardowanie! Wojna! Budynki rządowe są właśnie atakowane!
Prezydentowa wpiła w służącą swoje słynne, zimne jak lód przenikliwe spojrzenie – Co ty opowiadasz? Odurzałaś się Patyczkami Śmierci czy co? - Prychnęła z pogardą - Od ponad dwóch tuzinów lat nie ma już żadnych wojen. Wojna? Niby z kim?! - Zapytała z bezbrzeżną ironią.
Jednak w tej samej chwili, jakby drwiąc z niej i jej autorytetu Prezydentowej, niskim beknięciem zabuczały syreny alarmu i zamigotały czerwone lampki, wbudowane dyskretnie w narożniki pomieszczenia.
Prezydentowa z rozszerzonymi ze zdumienia oczami w gniewie rozejrzała się wokół, jakby podejrzewając że ktoś robi jej złośliwy żart, po czym zamaszyście kołysząc i trzęsąc wielkim, ważącym grubo ponad 200 kilo cielskiem, jak szarżujący hipopotam wybiegła w sali.
Klęcząca nadal służąca niepewnie uniosła głowę, ale po Prezydentowej nie było już śladu, oprócz unoszącego się w powietrzu silnego, mdłego zapachu piżma.
- Patyczki Śmierci! - Powiedziała do siebie półgłosem obrażona służąca – Ciekawe, kto jej doniósł...? – dodała sycząc z podejrzliwą miną. Wstała i ruszyła śladem podskakującej od mocarnych stąpnięć Prezydentowej podłogi .
Kiedy Prezydentowa dotoczyła się z hukiem do końca korytarza i wpadła na wielki reprezentacyjny balkon, zdążyła tu już się zebrać gromadka gapiów, pracowników Prezydencji. Tłumek z respektem rozstąpił się przed nią. Jedna ze służek mierząc wzrokiem delikatną konstrukcję balkonu i konkretne gabaryty Prezydentki z zaniepokojeniem chciała chyba nawet coś powiedzieć, ale szybko zakryła sobie usta rękami, kiedy ogromna, tłusta Prezydentowa wielkimi krokami podeszła do filigranowej, smukło wyprofilowanej barierki okalającą ażurową konstrukcję balkonu, by z niedowierzaniem przyjrzeć się rozgrywającej się przed nimi scenie. A było na co popatrzeć.
Nad wielkim, skąpanym w słońcu płaskowyżem, na którym rozłożone były gigantyczne budowle administracji rządowej, szalały dziesiątki statków kosmicznych – brygantyn, bezantyn, fregat, szturmetów, przebijaków, wkrętów, wykrętów i zwykłych myśliwców. Z niespotykaną gracją i wielką precyzja połączoną z nieprawdopodobną nonszalancją statki atakowały jeden po drugim budynki, hangary i magazyny będące częścią wielkiego kompleksu Rządu Galaktyki, Parlamentu i Prezydencji, niszcząc je, podpalając i wysadzając w powietrze uderzeniami rakiet, bomb, wielobarwnych laserów, maserów i blasterów.
- Kto to jest? I kto na to pozwolił!? - Prezydentowa musiała krzyczeć, gdyż właśnie z wielkim hukiem wyleciał w powietrze Magazyn Danych. – Czy oni mają na to nasze zezwolenie!?
Z przestraszonego tłumu niepewnie podszedł do niej Sekretarz, z przekrzywionym biretem na głowie i wyrazem przerażonej rozpaczy na mysiej twarzy
- Nie wiemy – wyszeptał z lękiem – Wyglądają na normalne statki przestrzenne. Może to piraci, albo przemytnicy. Ale to zupełnie nie ma sensu – niczego nie zabierają, tylko niszczą, co się da.
- A wojsko? Ja chcę mieć tu natychmiast wojsko! Gdzie jest wojsko!? - Władczym i nieznoszącym sprzeciwu głosem zażądała Prezydentowa.
- Broni się... - wyszeptał Sekretarz, kuląc się od dobiegających ich odgłosów wybuchów, jak i przed miotającym błyskawice spojrzeniem Prezydentowej.
- Co robi?! - Prezydentowa oderwała wzrok od kolejnych wybuchów i zniszczeń, które dokonywała tajemnicza flota, i z niedowierzaniem spojrzała z wijącego się pod jej stopami szczurowatego Sekretarza.
- Wojenny Port i Koszary też zostały zaatakowane. Wojsko właśnie odpiera ataki.
- A kto zaatakował naszą Gwiezdną Flotę?!
- Raportują, że... Imperium.
Prezydentowa spiorunowała Sekretarza takim spojrzeniem, że ten tylko bez słowa wyciągną do niej panel komunikatora.
Przyglądając się kolejnym zniszczeniom w budynkach rządowych – właśnie z łomotem wyfrunęła pod niebiosa Hala Dokumentacji Grzechów i Przestępstw – Prezydentowa z furią wcisnęła przycisk na komunikatorze. Na ekranie pojawił się zamazany obraz, na pierwszym planie widać było kulących się oficerów sztabu, w tle widać było jakieś wybuchy, słychać dobiegające ich eksplozje.
- Tu Prezydentowa! Natychmiast odbiór!
Przez chwilę nic się nie działo, tylko słychać było trzaski strzałów i eksplozji, zarówno z przekaźnika, jak i bezpośrednio z panoramy roztaczającej się z zawieszonego ładnych parę kilometrów nad powierzchnią ziemi balkonem. - Odbiór! Natychmiast! Halo! Jest tam kto?!
Zatrzeszczało, w monitorze pojawił się wysmarowana błotem i spalenizną przestraszona twarz w przekrzywionej oficerskiej czapce - Kto... Kto mówi?
- Prezydentowa!
- A, Pani Prezydent! - Prezydentowa sapnęła z niechęci, ale nie była to chwila przypominania o właściwej, poprawnej tytulaturze. Oficer zdjął czapkę i otarł spocone czoło, po czym przypomniawszy sobie, z kim rozmawia szybko założył czapkę z powrotem na głowę i zasalutował.
- Jaka jest sytuacja? Co się tam u was dzieje? - Zapytała mocnym, ale rzeczowym tonem Prezydentowa. Tylko spokój mógł teraz przywrócić ład w całym tym nieprawdopodobnym cyrku.
- Chyba… podobnie jak... to... u was. Zostaliśmy zaatakowani!
- Ale przez kogo?!
Najdziwniejsze było jednak to, że ten cały nieprawdopodobny, niemożliwy, po prostu bezczelny atak był dla Prezydentowej jakoś niezrozumiale, ale jednak w jakiś sposób dziwnie i osobliwie znajomy. Jakby styl i nonszalancja tego, kto zaplanował i przeprowadził go przypominał jej kogoś dziwnie i niepokojąco bliskiego...
- Kto się ośmielił...?! - Prezydentowa na chwilę musiała przerwać, bo kolejny budynek wyleciał w powietrze – tym razem była to wielka, beczułkowata sama główna centrala pangalaktycznej Dobrej Rady!
- Ktoś za to zapłaci! - Rzuciła Prezydentowa, kiedy przyszła do siebie po chwili szoku spowodowanego zarówno eksplozją, jak i świadomością konsekwencji zniszczeń. Wszystkie ośrodki i biura Dobrej Rady w galaktyce były uzależnione od informacji i dyrektyw z głównego budynku centrali. Wszystkie dane, zwierzenia, informacje, troski i zmartwienia petentów od centrum galaktyki aż po same jej krańce, tu przesyłane, składowane i analizowane, właśnie wyleciały w powietrze! Nie dość, ze przepadły informacje pozwalające kontrolować i dyskretnie sterować miliardami istnień na tysiącach zamieszkałych planet, to jeszcze urzędnicy i maszyny zatrudnione w Dobrych radach i uzależnione od dyrektyw z centrum, nie będą miały najmniejszego pojęcia, co powiedzieć i jak doradzać swoim petentom! Nie tylko, że zapanuje chaos i bezhołowie, ale co najgorsze, ludzi będą sami podejmować decyzje!
Prezydentowa aż krzyknęła z bezsilnej złości, kiedy sobie uświadomiła pełną grozę sytuacji. Dopiero kiedy trochę ochłonęła, dobiegł do niej z komunikatora zaniepokojony głos. - Co się stało? Zostaliście trafieni?
- Tak, w samo serce... - Mruknęła smutno Prezydentowa do siebie, po czym przyjęła swoją ulubioną władczą minę – Meldujcie, co się u was dzieje?
- Tak jak już powiedziałem, zostaliśmy zaatakowani. I wygląda na to że przez siły... starego Imperium. - Dodał mniej pewnym głosem oficer.
- Starego Imperium?! Co za bzdura – Prychnęła z dezaprobatą prezydentowa - Jakie macie na to dowody? - Dodała z szyderstwem.
- Takie – powiedział prosto oficer i skierował swój komunikator przez siebie. Prezydentowa zbliżyła twarz do wyświetlacza i zastygła z przerażenia: kilkaset metrów nad miejscem, gdzie stał oficer z komunikatorem, wisiał ogromnych rozmiarów imperialny prom i atakował strzałami z laserów całą powierzchnię bazy. Wokół niego uwijało się kilka mniejszych T-fighterów i bombowców, także o ewidentnie imperialnych oznaczeniach. Ale oznaczenia i znaki nie były ważne – bo po prostu któż nie zna kształtów imperialnych myśliwców?
Prezydentowa patrzyła na ten niemożliwy i niewiarygodny obraz, kiedy kulący się obok Sekretarz, zebrawszy się na odwagę, wymamrotał spod swojego naciągniętego na twarz biretu:
- Mściwa... Znaczy, khem, eee... MIŁOŚCIWA Pani - może chodźmy stąd...? Tu też może się zaraz zrobić naprawdę niebezpiecznie.
Prezydentowa rozejrzała się raz jeszcze dookoła niewidzącym spojrzeniem, ale na widok dymów, płomieni i eksplozji oraz śmigających wokół tego wszystkiego strzelających rakietami i laserami pojazdów kosmicznych szybko oprzytomniała.
- Tak, chodźmy stąd – Odwróciła się i ruszyła do wyjścia, kiedy przypomniała coś sobie. - I wezwijcie do mnie Admirała. Powiedzcie, że wzywa... że zaprasza go do siebie Prezydentowa Leia.
Prezydentowa Galaktyki i całego Znanego Wszechświata, Leia Oregano pognała szybkim świńskim truchtem do środka budynku, kołysząc swoim monstrualnie tłustym cielskiem. Pobiegł za nią szary na twarzy ze strachu Sekretarz, kulący się przed hukiem przelatującego opodal statku i zadający sobie zastraszonym półszeptem pytanie – Dlaczego nie zaatakowali budynku Prezydentowej?
--- Reklama ---
Sklep
Forum