Gwiezdne wojny Epizod X: Przestrzeń jest zimna - cz. VII


 

- Właśnie po to was nie zaatakowaliśmy, żebyście sobie teraz zadawali pytanie: ‘Czemu nie zbombardowali budynku Prezydentowej?’ - Zawołał Han, siedzący w kabinie przelatującego obok balkonu Prezydentowej. Pomachał do umykających z balkonu oficjeli, wśród których dominowała wielka, otyła postać Prezydentowej.
- Zrobiła się z niej naprawdę spora Jabba – Mruknął do siebie z niesmakiem Han - Do zobaczenia, Księżniczko. Do następnego...  - Powiedział pod nosem, po czym odwrócił się do siedzącego za sterami Wookiego. - To co, chyba starczy? - Han nachylił się do mikrofonu – Dobra robota chłopaki, ale starczy już tych przyjemności!  Spadamy stąd!
Wookie zaryczał z ogromną akceptacją, po czym zgrabnie zawrócił statkiem, i w towarzystwie innych jednostek, które oderwały się od pilnego niszczenia resztek zabudowań, poszli w górę efektowną hiperbolą. Han z widoczną błogością rozparł się w fotelu pilota jak po dniu ciężkiej i uczciwej pracy - Luke, kończymy!
 
- Oki-doki-ewoki! - Prom, którym sterował Skywalker, właśnie odstrzelił usterzenie kolejnego krążownika, który usiłował się dzielnie wznieść by walczyć, ale zamiast tego z hukiem i dymem sromotnie wrył się z rozpędem w budynki kosmicznego portu, niszcząc doki remontowe.
Dookoła walały się płonące wraki krążowników gwiezdnej floty, śmigały pomniejsze imperialne myśliwce i bombowce, a nad wszystkim dominował majestatyczny biały prom.
- Słyszeliście, chłopaki!? Lecimy do domu! - Krzyknął Luke, i w asyście myśliwców, goniony nielicznymi paciorkami wystrzałów ocalałej baterii ochrony lotniska, poszybował w przestworza.
 
Wezwane statki straży pożarnej jak wielkie nadęte czerwone trzmiele nadleciały nad pobojowisko, rozsiewając szeroko wokół wodę i środki gaśnicze, ale kolejne wybuchy statków i rozszerzające się błyskawicznie pożary magazynów z bronią i paliwem skutecznie uniemożliwiały jakąkolwiek skuteczną akcję ratunkową. Dlatego opasłe statki straży tylko wolno kołowały nad dymiącym pogorzeliskiem, bezradnie przyglądając rozszerzającemu się żywiołowi.
 
 
#
 
 
- Raport! - Głos Prezydentowej zabrzmiał głucho i bezwzględnie w wielkiej Sali Audiencyjnej. Wokół tronu Prezydentowej zgromadziła się elita Nowej republiki: Rząd, przedstawiciele Parlamentu, generalicja Armii, Korpus Dobrej Rady oraz przedstawiciele Administracji Planetarnej i Służby Prezydentowej. 
Prezydentowa przyszła już odrobinę do siebie po pierwszym wstrząsie, ale po nerwowych ruchach dłoni i spazmatycznych skurczach twarzy ewidentnie było widać, że ktoś będzie musiał ponieść karę za dzisiejsze wydarzenia – obojętne kto, byle kara był ostra i bezlitosna.
 
Przed szereg wystąpił jeden z wyższych rangą wojskowych, szczupły generał-kapitan Gwiezdnej Floty. Podszedł opanowanym, służbowym krokiem do tronu, a tuż za nim podtoczył się samobieżny zestaw prezentacyjny, który zaczął wyświetlać barwne przestrzenne mapy i diagramy, towarzyszące prelekcji generała-kapitana. 
- Atak rozpoczął się dziś o godzinie 7 czasu standardowego - Suchym i konkretnym głosem rozpoczął raportować generał-kapitan - Zaczęto go od symultanicznego zaatakowania równocześnie budynków rządowych i koszar Armii, mając najwyraźniej na celu rozproszenie naszej uwagi i odciągnięcie uwagi Floty od ataku na obszar administracyjny...
- Przecież to wszystko jest oczywiste! - Krzyknęła z wściekłością Prezydentowa, dla której ostatnią rzeczą w tym momencie był trzymanie się metodologii wojskowej procedury. A poza tym musiała się przecież na kimś wyżyć.
Generał-kapitan umilkł, więc po chwili nadąsanego milczenia Prezydentowa, wachlując się nerwowo, machnęła łaskawie spoconą tłustą dłonią – Kontynuujcie.
- Atak przeprowadzono w dwóch grupach – jednostki atakujące obszary administracji państwowej stanowiły typowe jednostki gwiezdne, używane przez przemytników i tzw. piratów...
- W Nowej Wspaniałej Galaktycznej Republice nie ma żadnych 'piratów'! Są tylko nieliczni dewianci i osoby chore psychiczne, które należy reedukować! - Ryknęła Prezydentowa tak dla porządku i zaznaczenia, kto tu rządzi. A poza tym musiała się przecież na kimś wyżyć. 
Prezydentowa zajęła się swoimi paznokciami, po czym uniosła głowę, bo zaskoczyła ja panująca cisza – No, proszę kontynuować. – Dodała z wyrzutem.
- W pierwszej grupie zostały użyte typowe jednostki gwiezdne, używane przez przemytników, nielicznych dewiantów i osoby chore psychiczne, które należy reedukować – Prezydentowa z podejrzliwością popatrzyła na generała-kapitana, ale jego kamienna twarz nie ujawniała żadnych emocji, a jego głos był równy i metodyczny jak na początku prelekcji. - Druga grupa, która zaatakowała garnizon Floty, użyła statku o najwyraźniej imperialnym pochodzeniu...
- To niemożliwe! Imperium nie istnieje już od bardzo dawna! - Ryknęła Prezydentowa, a w zapadłej ponownie ciszy wszyscy zgromadzeni w skupieniu przyglądali się hologramowej projekcji wypadków znad garnizonu Floty, gdzie pośród uwijających się małych myśliwców dumnie wisiał, niszcząc republikańskie krążowniki wielki okręt bojowy imperium, z imperialnymi oznakowaniami i imperialnymi barwami. Ale musiała się przecież na kimś wyżyć.
I znowu ta cholerna cisza. Prezydentowa patrzyła z nienawiścią na milczącego generała-kapitana, który z uwagą przyglądał się odtwarzanej scenie ataku. Przynajmniej wiedziała już, kogo ma nienawidzić tego wieczoru. – No, bardzo proszę kontynuować. I nie przerywać ciągle.
Generał-kapitan spojrzał się na nią z uwagą, jak na jakiś szczególnie interesujący muzealny okaz w gablocie (och, za to spojrzenie będzie go nienawidzić długo!), po czym lekko odchrząknął (a za to karać będziemy długo i dotkliwie!!!), po czym najwyraźniej generał-kapitan postanowił skrócić wykład, gdyż od razu przeszedł do podsumowania:
- Najdziwniejszy i najbardziej zastanawiający jest fakt, że uszkodzeniom praktycznie nie uległy te budynki rządowe i administracyjne, w których pracowali ludzie – oprócz nielicznych obrażeń i zranień od wybuchu nie ma śmiertelnych ofiar w ludziach... - Niektóre ze zgromadzonych na Radzie nie-ludzkich istot zaczęły pochrząkiwać, gulgotać i zacierać macki - i... innych istotach żywych. - Widać generał-kapitan szybko przypomniał sobie o obowiązujących formułach Standart-Pol-Poprawności -  Zniszczone zostały za to przede wszystkim bazy danych, centrale i archiwa danych. Tak, jakby atakującemu zależało na zniszczeniu przede wszystkim danych, a nie samej administracji czy urzędników.
 
Prezydentowa, nadal hołubiąc w sercu wielką i serdeczną nienawiść do przemądrzałego generałka-kapitanka (a może już niedługo majora-majora, sierżancka-sierżancika albo kapralka-kapralka?) musiała mu przyznać w duchu rację - tak, to faktycznie było zastanawiające: tajemniczy atakujący, jak bardzo nie byliby szaleni, jednak nie skusili się na dobra czy porwanie ludzi na sprzedaż na niewolników, natomiast zajęli się bardzo precyzyjnym i wybiórczym, żeby nie powiedzieć wybrednym doborem celów swojego rajdu. Nie byli też fanatycznymi samobójcami, gdyż dość szybko po zniszczeniu najważniejszych budowli prędko uciekli z pola bitwy, nie czekając na zbliżającą się odsiecz i nie wykrwawiając się w samobójczych atakach na republikańskie odwody i posiłki.
Leia pokiwała wolno głową w głębokim namyśle, po czym wysnuła najważniejszy wniosek – ponieważ cel ataku: administracja centralna, podczas akcji nie uległ całkowitej zagładzie, czego dowodem byli wszyscy tu zgromadzeni, tak więc dziwne ataki mogą się powtórzyć.
- Jakie są proponowane posunięcia?
Ku jej zdziwieniu, generał-kapitan - zamiast z emfazą wypalić szybko ułożoną listą 'bezwzględnych zaleceń' i 'natychmiastowych rozkazów', czego można by było najprawdopodobniej spodziewać po wyposzczonym wieloletnim pokojem i głodnym nawet jakiejkolwiek namiastki wojny żołdaku – zamyślił się, i zadumany zawisł pochylony się nad emitowanym hologramowym obrazem galaktyki.
- Ataki prawdopodobnie będą się ponawiać... - Prezydentowa aż fuknęła z irytacji na kolejną oczywistość, ale tym razem już jakoś powstrzymała się, oczekując na konkluzje. Jednak tym razem generał-kapitan nawet nie spojrzał w jej stronę, chyba autentycznie będąc całkowicie pochłonięty analizowaniem sytuacji - ...dlatego zalecane by było skupienie dużej części naszej floty wokół stolicy... - Prezydentowa sapnęła z akceptacją, bo w końcu dla niej przede wszystkim liczyło się jej własne bezpieczeństwo - ....oraz wysłanie agresywnych i nękających silnych patroli w kontrolowanej przez nas przestrzeni w galaktyce i wokół niej... 
- Dobrze. I tak właśnie będzie! - Gromko zaordynowała Prezydentowa, i już zdołała okręcić się w szumie szarf wokół swojej osi, żeby udać się do swoich komnat, kiedy z zaskoczenia aż zamarła, słysząc z tyły zamyślony, ale mocny głos generała-kapitana: - ...Jednakże... być może o to właśnie im chodzi...?
- Co? - Widoczne zlekceważenie jednoznacznego znaku Prezydentowej o zakończeniu narady wprawiło ją w absolutny szok – Co ty powiedziałeś!?
- Że być może o taką właśnie naszą reakcję mogło chodzić atakującym... – I zanim Prezydentowa zdołała z siebie wykrztusić cokolwiek, generał-kapitan spokojnie wyjaśnił, pokazując ruchy floty  na galaktycznym holo-globusie – Jeżeli zbierzemy znaczą część naszej gwiezdnej floty tu, wokół stolicy, a resztę jednostek powyciągamy z poszczególnych lokalizacji i garnizonów rozsianych równomiernie po całej galaktyce, to prawdzie będziemy posiadać znaczną koncentrację i dominacje w wybranych miejscach, ale sumarycznie będziemy wtedy także bardzo dużo niekontrolowanych przez nasze wojska obszarów, które będą całkowicie poza naszym  nadzorem.
Prezydentowa, całkowicie zaszokowana wystąpieniem generała-kapitana i jego zupełną obojętnością na jej ewidentną wściekłość, trzęsąc się z nienawiści i oburzenia, zdołała tylko zapytać z pełnym jadu świszczącym szeptem: - Co pozwoliłoby im na...?
- Pełną swobodę działania. - Odparł generał-kapitan i nieoczekiwanie skłonił się z gracja, dając do zrozumienia, że właśnie skończył swój wykład.
 
Prezydentowa nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa, trzęsąc się cała z podwójnej obrazy – nie dość, że ten bezczelny generałem-kapitanek nie pozwolił samej Prezydentowej zakończyć narady, to jeszcze sam zamknął dyskusję w miejscu i sposobie najbardziej mu odpowiadającym!
 
– No co my tu mamy? - W tym momencie, jakby przewidując wybuch Lei, wytoczył się przed szereg zastraszonych oficjeli pulchny, przymilny mulat w bogatym, połyskującym stroju i z lukrowatym uśmiechem na twarzy. - Moja Pani, czemu rozmawiamy tu tylko o okropnej przemocy i niemiłej wojnie? - Zapytał ze smutną, zatroskaną minką – Może wystarczy przemówić tym nierozsądnym pirr... przemytnikom, że to co robią jest niemiłe, i zupełnie, całkowicie nierozsądne? Pokój, pokój niech panuje w całej naszej galaktyce, a nie straszna przemoc i okropna wojna! 
 
Idiotyczna przemowa mulata podziałała jak kubeł zimnej wody na Prezydentową Oregano. 
- Dobrze, niech będzie tak jak mówisz, baronie. – Ten popatrzył lekko zaskoczony, jakby sam zdziwił się, że ktoś go bierze serio. - Więc Baronie Lando Calrissiano: osobiście poprowadzisz ekspedycję poszukiwawczo-... echm... -edukacyjną do naszych romantycznych, 'nierozsądnych' panów pirrr... przemytników, i po odnalezieniu ich przemówisz im do rozsądku. A póki tego nie dokonasz, nie pokazuj się nam tu na oczy! Polecisz tak daleko stąd, jak najdalej stąd, tak szybko jak tylko to możliwe! - warknęła przez żółte, pokrzywione zęby, podwinęła spódnicę i chciała już wyjść, zostawiwszy tego głupiego Lando z jego zaskoczoną osłupiałą miną, kiedy nieoczekiwanie stanął przed nią znowu ten znienawidzony generał-kapitan!
 
Generał-kapitan strzelił obcasami, wyprężył się cały jak struna i zasalutował, po czym wyszczekał, zanim Prezydentowa zdołała wezwać straże – Oficjalna prośba o nowy przydział!
Prezydentowa, wprawdzie pewna swojej praktycznie nieograniczonej władzy, jednak nie do końca znała tajniki wojskowych zwyczajów, więc przynajmniej chwilowo wolała odczekać moment, żeby przypadkiem nie wywołać jednak buntu czy rebelii pogwałceniem jakiego tryby czy wojskowej procedury – Prośba o przeniesienie! O towarzyszenie Panu Baronowi Lando Calrissiano w jego wyprawie poszukiwawczo- edukacyjnej!
Nic już nie pojmując, Prezydentowa z dzikim wyciem wypadła z sali konferencyjnej.
 
W rozchodzącym się tłumie generał-kapitan podszedł z enigmatyczną miną do wstrząśniętego Lando, który załamany siedział ze zrozpaczoną miną na stopniu z głową w rękach. Generał-kapitan bezceremonialnie popukał Lando po plecach, a kiedy ten w szoku popatrzył na niego, generał-kapitan powiedział z zupełnym spokojem – Ale nie powiedziała przecież 'Nie'?
Lando z niedowierzaniem pokręcił głową, natomiast generał-kapitan, metodycznie i spokojnie poprawiając mankiety i kołnierzyk mundury, wpatrywał się uważnie w niepotrzebny już teraz nikomu obracający się niespiesznie na środku szybko wyludniającej się sali, ciemnogranatowy galaktyczny globus.


blog comments powered by Disqus