"Marionetka"

Autor: Mimiko

Dawno, dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami... Czy tak zaczynają się baśnie? A jeżeli życie nie jest baśnią? Jeśli nie ma żadnych gór ani rzek... Jeśli nic tak naprawdę nie kończy się szczęśliwie... Czy w poszukiwaniu własnego szczęścia poświęcimy wszystko aby je znaleźć w każdej, nawet najgorszej sytuacji? Szczęście na krótkich nóżkach wciąż próbuje nas dogonić, ale tak jak małego dziecka, nie zauważamy go pędząc wciąż przed siebie. Czy to małe szczęście może nas kiedykolwiek dogonić? Czy to małe szczęście mogłoby się nazywać Shin?

-Widzę, że już wstałeś. Dobrze spałeś? Miałeś głęboki sen. Ale nie dziwię ci się. Po tak ciężkim dniu... Może jesteś głodny? Och! Zapomniałem. Przecież ty nie możesz jeść. Właściwie ty tego nie potrzebujesz. Może to i lepiej dla ciebie. Nie jesteś niewolnikiem tego codziennego rytuału. Niestety ja jestem. Rano był tutaj listonosz. Przyniósł świeże gazety. Jak zwykle nie ma w nich nic ciekawego. Ale... może to by cię zainteresowało. Pewna kobieta poszukuje swojego zaginionego synka. Miał tylko 6 lat. Pewnie oddała by wszystko, żeby tylko go odzyskać. Biedna kobieta.

Dlaczego ten pan ze mną rozmawia? Ja nie mogę rozmawiać z nieznajomymi. Muszę mu o tym powiedzieć. Ale czy wtedy nie będzie to rozmowa? Hmm... Skoro jestem w domu tego pana i on do mnie mówi, to by znaczyło, że nie jest już nieznajomym. Ale jak on się nazywa? Nie pamiętam. Może spróbuję zapytać.

-...

Co się stało? Dlaczego nie mogę mówić? Dlaczego nie mogę się ruszać? Co się ze mną stało?

-Hej! Nie płacz. Co się stało?

-...

-Nie możesz mówić? Nie martw się. To za niedługo minie. Mam tu coś dla ciebie.

Czego on szuka?

-O! Mam. Otwórz grzecznie buzię i wypij to. Tak. A teraz spróbuj cos powiedzieć.

-Ki...m pa...n je...st?

-Od razu lepiej, prawda? Kim jestem, pytasz? Jestem twoim przyjacielem. Znamy się przecież od tak dawna. Nie pamiętasz? No tak, ty nie możesz pamiętać. No trudno. Ale skoro już się obudziłeś to coś ci pokażę.

Ciekawe co takiego może mi pokazać? Może szczeniaczka? Jak ja lubię szczeniaczki. One są takie słodkie.

-Chyba ktoś pukał do drzwi. Zdejmę cię tylko i pójdę sprawdzić. Nie będziesz już musiał wisieć w tej niewygodnej pozycji, Shin.

Shin? Czy to moje imię?

-Tak. Shin to twoje imię.

Mężczyzna o krótkich, ciemnych włosach i miłym uśmiechu podszedł do Shina i zdjął go ze ściany. Trzymał go delikatnie, jak gdyby w obawie przed uszkodzeniem jego cennego skarbu. Wyglądał jak szczęśliwy ojciec z synem. Przeszedł z chłopcem przez kuchnię do sąsiedniego pokoju. Posadził Shina na niskim stoliku i wyszedł. Chłopiec zaczął rozglądać się po pokoju. Nie było tu jednak zbyt wielu rzeczy. W rogu stała duża drewniana szafa, naprzeciwległej ścianie wisiał portret pięknej kobiety, a obok znajdowało się okno. Naprzeciw szafy stała ogromna donica z wysoką palmą, której liście wędrowały po jasnożółtym suficie. Z prawej strony znajdowały się drzwi z ciemnego drewna, którymi przed chwilą wyszedł mężczyzna. Shin poruszał trochę nogami, a mając już pewność, że może na nich ustać, zeskoczył ze stołu wprost na miękki, zielony dywan. Stawiał powoli niezdarne kroki, co chwila potykając się o własne nogi. Chodząc tak po pokoju, zauważył cos dziwnego pod stolikiem, na którym przed chwilą siedział. Wyglądało jak małe, czerwone pudełko. Shin wczołgał się pod stół. Okazało się, że miał rację. Znalazł średniej wielkości, grawerowaną szkatułkę. Czarne, kwiatowe motywy idealnie pasowały do krwistoczerwonej farby. Zaciekawiony zawartością szkatuły, uchylił delikatnie wieko. Zadziwiło go to, co znalazł w środku. Leżało tam małe, prostokątne lustereczko. Wyjął je i przejrzał się w nim. Nie mógł oderwać wzroku od własnego odbicia. Niedowierzał temu, co tam zobaczył. W szklanej tafli odbijała się twarz drewnianego pajacyka o czarnych jak węgiel oczach. Odruchowo dotknął palcami odbicia. Nagle coś błysnęło i dookoła Shina wzbiła się chmura fioletowego dymu.

-No! Wreszcie się pojawiłeś. Musimy iść.

Chłopiec był w kompletnym szoku. Nie docierało do niego to, co właśnie zobaczył. Czy w tym lusterku to była naprawdę jego twarz? Czy on jest zwykłą kukiełką? Przecież to niemożliwe. Jeszcze dzisiejszego ranka był normalnym dzieckiem, z krwi i kości. Ale czy na pewno? Sam nie wiedział. Nie mógł sobie przypomnieć czy rano obudził się jako chłopiec, czy jako kukiełka. Właściwie to nie mógł sobie przypomnieć niczego, co wydarzyło się zanim obudził się w domu tego pana.

-Skończyłeś już?

Dobiegł go niecierpliwy głos. Rozejrzał się dookoła. Nie było tam niczego poza gęstym lasem.

-Tutaj! Na górze, mały!

Spojrzał w górę. Na jednej z gałęzi siedziała mała, długowłosa dziewczynka. Zerkała na niego groźnie i z pewną wyższością.

-Czy mogłabyś mi powiedzieć gdzie ja jestem i co ja tu robię? - Zapytał nieśmiało.

-Gdybym znała odpowiedź na te pytania to z miła chęcią bym na nie odpowiedziała. Ale niestety ja ich nie znam. Jest tutaj tylko jedna osoba, która zna wszystkie odpowiedzi.

"Jeżeli uda mi się dostać do tej osoby, wtedy może dowiem się co ja tutaj robię i czy dzisiejszego ranka obudziłem się jako kukiełka czy jako człowiek. A może ja zawsze byłem kukiełką?" - Shin zastanawiał się nad swoją sytuacją.

-Możemy wreszcie iść! - Dziewczynka zaczęła się niecierpliwić.

-A mogę wiedzieć jak masz na imię?

-Jestem Rina. - Odpowiedziała i z kocią zwinnością zeskoczyła z gałęzi. Złapała Shina za rękę i pociągnęła za sobą.

-Więc, jak się tutaj dostałeś? - Zagadnęła.

-Chyba przez lusterko.

-Przez lusterko?

-Tak. Znalazłem takie małe lusterko w szkatułce, pod stołem. Gdy go dotknąłem, otoczyła mnie chmura dymu i znalazłem się tutaj.

-No to ciekawe.

-A ty jak się tutaj znalazłaś?

-Ja? Wpadłam do jeziora i chyba moi rodzice nie zdążyli mnie wyciągnąć. Nurt był zbyt silny i przyniósł mnie aż tutaj.

-Więc to by znaczyło że jest stąd jakieś wyjście.

-Może jest, może i nie. - Rina zakończyła rozmowę.

Rina była niewysoką, długowłosą dziewczyną. Na nogach sięgające kolan, czarno-białe skarpetki. Miała na sobie tylko letnią, jasną sukienkę. I wyglądała, jakby znała na pamięć cały las.

-Dokąd my tak właściwie idziemy? - Zagadnął Shin.

-Zobaczysz.

-Nie możesz mi powiedzieć?

-Nie, nie mogę.

-Dlaczego?

-Bo nie i już. Przestań zadawać głupie pytania. - Oburzyła się mała i pociągnęła go za sobą mocniej. Shin nie mógł już za nią nadążyć. Pomimo jej krótkich nóżek, potrafiła poruszać się bardzo szybko. Ale nie tylko ona była tutaj dziwna. Drzewa wokół nich zdawały się jak gdyby szeptać, wołać ich do siebie. Czasem wydawało się, że w środku, w pniu ogromnych dębów ktoś jest. Czy byli to ludzie? Czasem drzewa wydawały się poruszać, może dogonić ich. Konary trzeszczały, ziemia lekko drżała. Gdzieniegdzie opadały zielone liście, strącone mocniejszym podmuchem wiatru. Nagle wszystko ucichło. Zapadła niewyobrażalna cisza. Rina raptownie zatrzymała się.

-Co się dzieje? - Zapytał zaniepokojony Shin.

-Ona się zbliża. - Odpowiedziała. - Nie bój się jej. Ona nic ci nie zrobi.

Shin usłyszał dźwięk rogów i dzwoneczków. Był bardzo daleko, ale mógł go wyraźnie usłyszeć. Im bliżej wydawał się być dźwięk rogów, tym było zimniej dookoła. Nagle trawa zaczęła trzeszczeć. Drzewa wyglądały, jak gdyby kurczyły się same w sobie. Wszystkie zielone liście opadły. Z nieba zaczął prószyć śnieg. W jednej chwili cały las był spowity białym puchem. Shin rozejrzał się w poszukiwaniu dziewczyny. Nie było jej nigdzie. Rozpłynęła się w powietrzu. Dźwięk rogów coraz bardziej nabierał mocy. Ziemia pod stopami chłopca zaczęła drżeć i pulsować. Tak , jakby cos próbowało wydostać się na powierzchnię. Nagle tuż przed Shinem zmarznięta ziemia zaczęła pękać. Spomiędzy szczelin wyrosło dwóch mężczyzn. Po bliższym przyjrzeniu, okazało się że były to dziwne hybrydy. Mężczyźni, zamiast stóp, posiadali końskie kopyta. Na głowach wyrastały im długie, zakręcone rogi. Ich skóra pokryta była jakimś dziwnym, szarym nalotem. Na plecach, prosto z kręgosłupa, wyrastały im krótkie, metalowe szpikulce. Każdy ich krok powodował, że ziemia pękała od mrozu i uderzeń ich ciężkich kopyt. Znów zapadła cisza. Shin miał już zamiar uciekać, gdy znów usłyszał ten przenikliwy dźwięk dzwoneczków. Wreszcie przekonał się, skąd on się wydobywał. Spomiędzy drzew wyjechały ogromne, lodowe sanie. Dziwne było to, że nie były one przez nic ciągnięte. Sunęły delikatnie po puszystym śniegu. Chłopiec nie mógł dostrzec, kto siedział w ów saniach. Gdy zbliżyły się one do miejsca, w którym znajdował się Shin, obaj mężczyźni zadęli w rogi, które w niewidomy sposób pojawiły się w ich dłoniach. Wydobywał się z nich czysty i wysoki dźwięk. Wokół sań rozległy się jęki. Drzewa zaczęły lekko falować, uciekając od przerażającego je dźwięku. Z sań wysunęła się ręka na znak zaprzestania dęcia w rogi. Wraz z tym ucichły i jęki. Shin wreszcie dowiedział się, kto podróżował tymi ogromnymi saniami. Była to piękna kobieta, o jasnej cerze, ale ciemnych, długich włosach i ciemnych oczach. Jej suknia wyglądała jak utkana z najdelikatniejszego pierza. Nie można było powiedzieć czy stąpa po śniegu, czy unosi się ponad, nie brudząc swoich pantofli. Shin zaskoczony całą sytuacją, nie mógł się poruszyć. Stał wciąż patrząc na tą kobietę. Nie spieszyła się. Szła powoli, napawając się każdą chwilą. Wreszcie stanęła przed chłopcem. Spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała.

-Musisz odnaleźć Księżycowy Staw. To jest twoja jedyna droga. Musisz zdążyć, nim On cię złapie. Więc uciekaj szybko moja mała myszko. - Mówiąc to, nie poruszała ustami. Jej zimny i przenikliwy głos, zdawał się wydobywać zewsząd. Nie można było dokładnie określić źródła jej głosu. Ale nie to było teraz ważne. Już chciał spytać, dlaczego ma podążać do jeziora? Chciał znaleźć wreszcie odpowiedzi na te wszystkie nurtujące go pytania, ale jakoś nie mógł znaleźć odwagi. Nie mógł wydać z siebie głosu. Może nie było takiej potrzeby? Może w końcu i tak wszystkiego się dowie. Poczuł się taki szczęśliwy. Nie potrzebował już niczego. Chciał tylko na zawsze pozostać w tym błogim spokoju. Niezależnie od tego, gdzie się znajdował i kim był. Ale nie trwało to niestety długo. Kobieta odwróciła się i wsiadła z powrotem do sań. Dwaj mężczyźni znikli a sanie rozpłynęły się wśród wirujących płatków śniegu. Gdy Shin otrząsnął się z szoku, wszystko dookoła wróciło do dawnego wyglądu. Znów świeciło słońce, drzewa były zielone a ptaki wesoło ćwierkały. Wraz z saniami zniknął spokój i szczęście. Wróciła niepewność i strach. Obok stała Rina, wpatrując się w Shina jak w obrazek.

-I co powiedziała?

-Podążaj do Księżycowego Stawu. - Odpowiedział jak w letargu.

-Więc ruszajmy. - Zakończyła Rina i znów szarpnięciem pociągnęła go za sobą w nieznane.

-Nie możemy przebywać tu zbyt długo. - Dziewczyna przerwała przedłużającą się ciszę. - On może wyczuć nasze dusze. A przed nim nie ma już ucieczki. Jeśli znowu cię złapie, prawdopodobnie już nigdy nie uda ci się uciec. Mnie się udało tylko raz. I nie chciałabym robić tego jeszcze raz. On jest taki przerażający. - Mówiąc to, wzdrygnęła się od nagłego dreszczu, który przebiegł jej ciało.

-Ale o kim ty mówisz? - Zapytał zaskoczony nagłymi zwierzeniami Shin.

-Nie wiesz? O Łowcy Dusz. On kolekcjonuje dusze. Tylko tyle wiem. Tutaj nikt nie wie o nim zbyt wiele. Nikt nigdy z nim nie rozmawiał. Może z obawy przed tym, co potrafi zrobić, albo po prostu ludzie, którzy go spotkali, już nigdy nie wrócili. Słyszałam, że gdzieś w podziemnych komnatach, na terenie tego lasu, hoduje ogromne kokony, w których później umieszcza dusze i formuje dla nich ciała. Niektórzy mówią, że czasem w lesie, można się natknąć na puste ciała lalek. Leżą często po części zakopane w ziemi. Są takie samotne, prawda? Nikt ich nie potrzebuje. Powstają w samotności i odchodzą w niepamięć gdy nie są już nikomu potrzebne.

-Dlaczego mi o tym mówisz?

-Nie wiesz? Ponieważ ty też jesteś jedną z tych lalek. Ale tylko jedna rzecz cię od nich różni.

-Jaka?

-Ty jeszcze wciąż masz duszę.

Shin spojrzał na Rinę z niedowierzaniem, zastanawiając się o czym ona mówi. Właściwie nie był do końca przekonany o własnej tożsamości. Może ona naprawdę miała rację? Co jeśli on też jest taką pustą skorupą, w której kołacze się bezbronna dusza szukając ujścia ku wieczności? I kim jest ten Łowca Dusz? Czy powinien się go aż tak obawiać? Skoro to on opiekuje się tymi lalkami, daje im życie, poświęca czas... Może on je kocha i nie jest wcale tak niebezpieczny jak sądzi Rina... A może to jej powinien się strzec?

Zatrzymał się nagle. Rina odwróciła się zaniepokojona, rozglądając się wokół.

-Co się stało? Dlaczego się zatrzymałeś?

Zadając to pytanie dostrzegła w jego oczach cień przerażenia. Nie mogła zrozumieć co się wydarzyło. Zaczęła się już teraz nerwowo rozglądać. Podeszła do przerażonego pajacyka. Zatrzymała się tuż przed nim. Shin zaczął się powoli cofać, wciąż spoglądając przerażonymi oczyma na dziewczynę.

-Nie bój się... - Wyszeptała. To nie pomogło. W desperackim akcie rozpaczy odwrócił się i zaczął uciekać co sił w nogach. Byle jak najdalej stąd. Jak najdalej od niej. Usłyszał tylko za sobą przerażony krzyk Riny.

-Shin!! Nie biegnij!! Zbudzisz je!!!

Zbudzi? Nie miał pojęcia kogo mógłby zbudzić. Może kolejne dziwne stworzenia... Ale to go już nie obchodziło. Teraz liczyła się tylko ucieczka.

Nagle usłyszał dziwny szelest i chrobot wokół siebie. Jednak nie zważał na to zbytnio. Dźwięk coraz bardziej się nasilał. Raz był bliżej chłopaka, a raz dalej. Wszystko zaczynało stawać się coraz dziwniejsze. Wciąż słyszał za sobą głos Riny. Wiedział że ona biegnie za nim. Nie zdążył się odwrócić, gdy coś nagle podcięło mu nogi. Upadł boleśnie na twarz. Rozdarł ubranie i poharatał ręce i nogi. Twarz oblepiła się błotem. Odwrócił się szybko na plecy, żeby sprawdzić co go zaatakowało. Nic tam jednak nie było. Spróbował wstać. Poczuł coś ciężkiego na swojej piersi. Pochylił głowę. Do podłoża przygniatał go ogromny korzeń najbliższego drzewa. Rozejrzał się przerażony. Drzewo obok przysuwało się coraz bliżej leżącego ciała, pełznąc coraz szybciej. Wreszcie masywny pień znalazł się tuż przy głowie Shina. Przy wtórze pojękiwań i głośnych trzaśnięć, ogromne drzewo pochyliło się nad ciałem chłopca. Pomarszczony pień zaczął się wygładzać, ku przerażeniu chłopca, który znieruchomiał ze strachu. Próbował wołać o pomoc. Wiedział, że gdzieś niedaleko powinna być Rina. Gdyby nie uciekał, może nic takiego by się nie wydarzyło. Może warto było jej zaufać. Ale teraz nie było już czasu na takie rozmyślania. Jego życie wisiało na włosku. Czuł, że teraz tylko cud może go ocalić. Z gładkiego już pnia zaczęła się formować jak gdyby twarz kobiety. Próbowała się przebić z twardej błony drewna na światło dzienne, co nie było tak łatwe. Wreszcie zobaczył dokładne zarysy jej twarzy. Była to młoda kobieta, może nawet jeszcze dziecko. Jej twarz była delikatna, bez żadnych zmarszczek czy zadrapań. Wreszcie udało jej się uwolnić twarz. Z jej ust wydobył się przerażający pisk. Był tak ostry, że zdołał ogłuszyć chłopaka. Twarz wykrzywiła się w szyderczym uśmiechu. Usta jak gdyby rozcięte od ucha do ucha, ukazywały szereg białych, ostrych jak brzytwa zębów, gdzieniegdzie zakrwawionych. Od pierwszego spojrzenia Shin wiedział, że ona jest martwa. Nienaturalnie blada skóra i białe, bez wyrazu oczy, mówiły to za nią. Nagle poczuł ucisk wokół szyi. Kolejny, cieńszy konar, owinął się wokół niego, odsłaniając jego szyję. Twarz kobiety nachyliła się, najpierw liżąc jego twarz, degustując ją, aby za chwile zatopić w niej swoje ostre zęby. Pomimo, iż Shin był drewnianą marionetką, zatopienie się w jego szyi nie sprawiło jej najmniejszych problemów. Gdy zaczęła pić, wiedział, że nic już nie może mu pomóc. Czuł wyciekające z niego życie. Każdą kolejną kroplę, wysysaną z taką zachłannością i delikatnością zarazem. Nie czuł bólu. Nie czuł wślizgującej się w jego ciało pustki. Nie czuł zimnych objęć śmierci wokół swych ramion. Może to i dobrze? W końcu nie miał realnego przeświadczenia tego, że umiera. Nie mógł pojąc swoim niedoświadczonym jeszcze rozumem swoistej istoty śmierci. Dla niego, była to tylko kolejna przygoda, w której wiedział tylko jedno, że nie przeżyje. Ale nie mógł do końca powiedzieć co tak naprawdę znaczy śmierć. Może to tylko początek czegoś nowego. Czegoś o wiele lepszego. Zaczął się poddawać otoczeniu i sytuacji. Nie próbował już walczyć z silnym uściskiem drzewa. Było mu wszystko jedno, co się z nim teraz stanie. Byleby tylko być wreszcie wolnym od tego obłędu.

Chciał po raz ostatni spojrzeć w oczy kobiety, która pozbawi go życia. Przekręcił lekko głowę. Zobaczył tą jasną, różaną cerę. Wydawało mu się nawet, że widzi jak coś przepływa jej martwym przełykiem, zasilając tym samym wieloletnie drzewo. Kątem oka zdołał dojrzeć jej zęby i swoją szyję. Zdziwił się, gdy zamiast krwi cieknącej z ran zobaczył coś srebrzystego i lepkiego. Wyglądało jak opalizująca pajęczyna. Kobieta pożerała to łapczywie. W końcu poczuł spokój. Wiedział, że za chwilę zaśnie. Gdy odpływał już w słodką nieświadomość usłyszał gdzieś za sobą, gdzieś daleko głos Riny. Wiedział, że to ona, ale nie mógł zrozumieć co mówi. Krzyczała coś, szarpała się, ale to już było bez znaczenia. Teraz liczyła się już tylko ta przyjemna, wypełniająca wszystko pustka. Prawdziwy spokój. Ciemność...

-Biegnij!!! Musisz stąd uciekać!!! Nie poddawaj się tym złudzeniom!!!! Biegnij, Shin!!!!

Biec? Ale dokąd? Wszędzie jest ciemno...

-Czy ktoś tutaj jest? - Zapytał strwożony.

-Shin...

Znowu usłyszał głos wołający jego imię. Teraz był cichy. Ledwo dosłyszalny.

-Shin.

Teraz jakby przybliżył się. Był coraz mocniejszy. Coraz bardziej intensywny. Ale wciąż nie znał właściciela głosu, który chciał go wyrwać z tej kojącej pustki.

-Shin!!

Teraz usłyszał to wyraźnie. Otworzył szybko oczy. Wciąż żył. Jednak cuda się zdarzają. Zastanawiał się tylko kto go uratował. Może właściciel tego głosu... Ale nigdzie nie mógł go dostrzec...

-Tutaj jestem!! - Usłyszał tuż nad swoim uchem. Odwrócił się błyskawicznie. Na wprost jego twarzy unosiła się mała postać trzepocząca skrzydełkami.

-Kim jesteś? - Zapytał zaskoczony.

-To ja!! Rina!! Nie poznajesz?

Po bliższym zapoznaniu z malutka istotą rozpoznał w niej tą dawną Rinę, pomimo tego, iż zmieniła się nie do poznania. Jej włosy wydłużyły się znacznie i przybrały siwo-złoty kolor. Ciało pokryło się niebieskimi łuskami. Z tyłu wyrastała jej para przezroczystych skrzydełek i długi, rozwidlający się na końcu ogon. Wyglądała przedziwnie w tej nowej postaci, zważywszy na to, że skurczyła się do wielkości myszy polnej.

-Co się stało? - Zapytał roztrzęsiony.

-Co się stało?! Tak to jest gdy nie słucha się starszych!! - Krzyknęła i zamachnęła się uderzając go silnym ogonem w policzek, pozostawiając głęboką ranę.

-To boli!

-A dlaczego by nie?!! Dla ciebie musiałam poświęcić moje cenne ciało i wrócić do poprzedniej postaci. Gdyby nie ja, już dawno skończyłbyś jak ta kukła za tym drzewem.

-Kukła?

Shin odwrócił się zdziwiony. Pod drzewem rzeczywiście coś leżało. Nie mógł dokładnie określić co to było, ale po bliższych oględzinach stwierdził, że rzeczywiście jest to lalka. Lalka, która wyglądem przypominała małego chłopca. Musiała być dość dawno porzucona, gdyż gdzieniegdzie pokrywał ją zielony mech.

-Wyciągnij ją tutaj. - Zażądała Rina. - Chociaż tyle możesz dla mnie zrobić po tym, jak uratowałam ci życie. - Wyrzuciła z siebie, prychając na koniec. Shin podszedł do leżącego w cieniu ciała. Chwycił marionetkę za nogi i wyciągnął z cienia.

-Jest w dobrym stanie. - Powiedziała Rina i podleciała do twarzy kukły i odetchnęła z ulgą.

-Ma oczy. - Powiedziała i uśmiechnęła się. - A teraz nie zadawaj żadnych pytań i nie przeszkadzaj mi. - Zwróciła się do Shina.

-Mogła chociaż podziękować wymamrotał Shin.

Rina podleciała do ust lalki. Z wysiłkiem rozsunęła je siłując się z zawiasami w szczęce. Gdy wszystko było już gotowe, stanęła na brodzie marionetki i wyprostowała się napinając wszystkie mięśnie. Wyglądało na to, że kosztowało ją to wiele wysiłku. Po chwili jej ciało zaczęło płonąc. Najpierw tliło się bladożółtym blaskiem, a po chwili rozświetlała je srebrna łuna. Wyglądała jak mały świetlik. W takiej postaci wzbiła się wysoko w powietrze ze świstem. Jej blask był coraz intensywniejszy. Wreszcie zatrzymała się ponad drzewami i zaczęła opadać. Shin odruchowo podszedł do kukły chcąc złapać spadający płomyk, ale dziewczyna ostrzegła go, że ma się nie wtrącać, więc patrzył dalej. Rozpędzony płomyk wpadł z rozpędem do ust marionetki. Wtem całe jej ciało rozbłysnęło jasnym światłem i uniosła się. Z jej ust wydobywała się jakaś dziwna melodia. Jak gdyby modlitwa. Może zaklęcie. Po chwili ciało opadło i stanęło na prostych nogach. Zapanowała cisza i spokój. Shin nie wiedział co ma teraz zrobić. Może powinien podejść do niej. Może cos się nie powiodło. Wtedy marionetka otworzyła szeroko oczy i usta. Wydobyła z siebie nieartykułowane dźwięki po czym rozluźniła się.

-Dobrze. Już wszystko w porządku. Z tego ciała już dawno nikt nie korzystał. Było bardzo chętne do współpracy. - Powiedziała Rina i uśmiechnęła się. Wyglądała teraz inaczej w tym ciele chłopca o płomiennych włosach. Shin czuł się niepewnie zwracając się do niej teraz jak do dziewczyny. Dla niego nie było to czymś zwyczajnym.

-Nie przejmuj się, Shin. Przyzwyczaisz się. - Dodała widząc jego minę.

-Hmm... Możesz mi powiedzieć co wydarzyło się wtedy, w lesie?

-W lesie? - Zastanawiała się przez chwilę. - A, tak. Już pamiętam. Mówiłam ci żebyś nie biegł. - Shin zażenował się. - To były duchy lasu. Mówiłam, że to nie jest bezpieczne miejsce. Te duchy są bardzo niebezpieczne i wyjątkowo głodne. Nikt się tutaj nie zapuszcza bez potrzeby. Ale mam nadzieję że czujesz się już lepiej. Po tym wszystkim nie wyglądałeś za dobrze. Martwiłam się o ciebie. Widzę jednak, że siły ci wracają. - Powiedziała i uśmiechnęła się ciepło.

-Ja też się cieszę, że mi pomogłaś. Bo przecież nie musiałaś, prawda?

Nie odpowiedziała.

-Chodźmy już. Zaraz wyjdziemy z lasu. - Dodała po krótkiej chwili i pociągnęła go za sobą.

-Rina.

-Tak?

-Kim była ta kobieta. Ta kobieta w saniach, która powiedziała nam dokąd mamy pójść?

-Kobieta?

-Tak.

-Przecież tam nie było żadnej kobiety.

-Co? Nie. Na pewno była.

-Musiało ci się przyśnić. Nikogo nie było. A już na pewno nie kobiety w saniach. - Powiedziała i parsknęła śmiechem.

-To nie jest zabawne. Przecież sama spytałaś co powiedziała.

Zapadła chwila milczenia.

-Nie. Nikogo tam nie było. - Zakończyła, ale już mniej pewnie.

-No i wreszcie wyszliśmy!!! - Obwieściła radosnym głosem. Tutaj wreszcie kończył się las. Wyraźnie można było dostrzec ścianę jasnego, ciepłego słońca na końcu ścieżki. Wreszcie wyrwą się z tego miejsca. Nagle Rina pobladła. Ręce zaczęły jej drżeć. Oczy rozszerzyły się w przerażeniu do granic możliwości. Powoli odwróciła głowę i zdławiła kłębiący się w niej krzyk. Shin nie zdążył zapytać co się dzieje. Dziewczyna złapała go za rękę i zaczęła biec. Drzewa wokół nich znów poruszały się nerwowo. Potykali się w biegu o ich wysuwające się korzenie nie pozwalając się przewrócić. Gdy wreszcie zmęczeni dobiegali do skraju lasu, Shin zdołał odwrócić głowę. Przeraziło go to co zobaczył. Za nimi podążało coś ogromnego. Poły czarnego płaszcza trzepotały mocno pod wpływem rozbijanego powietrza. Tam gdzie poruszała się postać zapadał mrok. Zimna czerń wzbudzała przerażenie. Shin czuł już jej powiew na własnym ciele. Nie mógł się pozbyć tego uczucia i o dziwo nie mógł odwrócić od stwora oczu, pomimo nalegań Riny. Dziewczyna pozostała na szczęście opanowana i wyciągnęła go z ciemniejącego lasu zatrzymując się kawałek dalej.

-Dlaczego się zatrzymujemy?! - Zawołał przerażony Shin. - Przecież on jest tuż za nami.

-Nie martw się. - Uspakajała go. - Tutaj nas nie dosięgnie. Nie ma takiej mocy, żęby przebić się przez magiczną ścianę lasu. To jest taka swoista bariera zabezpieczająca przed wydostaniem się niepożądanych stworzeń poza granice lasu.

Shin odetchnął z ulgą. Odpoczęli przez chwilę nad brzegiem strumyka. Cichy szmer wody uspakajał ich trochę. Zapach świeżej, zielonej trawy dodawał energii. Wokół nich tętniło życie. Nad głowami brzęczały owady, słońce prażyło wysoko na nieboskłonie, lekki wicher przetaczał się przez ogromne pola.

W końcu musieli ruszyć dalej. Nie było chwili do stracenia. Shin chciał jak najszybciej dotrzeć do celu i dowiedzieć się co takiego kryje Księżycowy Staw.

-Uważaj. Nie przestrasz się zbytnio. - Ostrzegła go Rina.

Shin już chciał zapytać czego ma się nie wystraszyć, gdy nagle poczuł lekkie szarpnięcie. Ścieżka pod jego stopami zaczęła się powoli przesuwać. Podniósł wzrok. Cały krajobraz wyglądał jak zamazany świat za oknami pędzącego pociągu. Strumyk, pola, dźwięki, wszystko zaczynało poruszać się coraz szybciej i szybciej. W końcu nabrało takiej prędkości, że nie można już było rozpoznać żadnych kształtów. Kolory zlały się w jedno. Wszystko dookoła robiło się coraz bardziej mętne. W końcu zapadła zupełna ciemność. Po chwili barwy zaczęły się cofać. Najpierw poruszały się z ogromną prędkością, aż wreszcie zaczęły zwalniać. Wreszcie wszystko się uspokoiło. Ku zdziwieniu chłopka, krajobraz uległ radykalnej zmianie. Rozległe pola i łąki zostały zastąpione przez brukowane uliczki, ruiny ceglanych domów. Gdzieniegdzie wlały się brudne i podarte tkaniny, okna były powybijane, drzwi powyłamywane. Wyglądało to na opuszczoną wioskę. A może tych ludzi ktoś wymordował? Nie było pewności. Jedynie w oddali wciąż było słychać płynący strumyk. Jedyny motyw, który nie uległ zmianie w tym otoczeniu.

-Co to wszystko jest? - Zapytał zszokowany Shin. - Co... co się stało?

-Pytasz o to? - Rina wskazała machnięciem ręki na okalające ich ruiny.

-Tak.

-To wioska wymiarów. Co pewien czas ulega ona zmianom. W jednej chwili możesz się znajdować we własnym domu, a w następnej na jakimś pustkowiu. To samo tyczy się pór roku. Nigdy nie wiadomo jaka będzie następna. A może właśnie przy następnej zmianie trafimy na biegun północny? Bądź gotowy na wszystko.

Shin nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Gdy wreszcie czuł się bezpiecznie, gdy myślał, że zaczyna pojmować co dzieje się w tym dziwnym miejscu, ono znowu zaskakuje go czymś nowym i niewytłumaczalnym. Bał się, co może go spotkać za następnym rogiem lub przy następnym kroku. Jednak ta niepewność dodawała mu sił i determinacji do tego, aby jak najszybciej się stąd wydostać.

Na szczęście otoczenie nie zmieniało się już od dłuższego czasu. Nie narzekali na wędrówkę przez to opuszczone miasteczko. Woleli nie spotkać nikogo na swojej drodze. Nie mieli pewności kim jest osoba, która mogłaby się pojawić w każdej chwili tuz przed nimi. Shin drgnął. Wydawało mu się, że usłyszał jakiś dziwny dźwięk. Jakby płacz albo skamlanie. Nie był pewien co to mogło być.

-Rina, czy ty też to słyszałaś?

-Co?

-Ten dziwny dźwięk.

-Dźwięk?

W tym momencie Rina też usłyszała długi, donośny skowyt. Zatrzymali się nasłuchując skąd dobiega głos. Skowyt powtarzał się raz za razem. Shin i Rina zaczęli się rozglądać za źródłem tego dźwięku. Zaglądali w każdy kąt. Nie mogli jednak znaleźć stworzenia, które wydawało się ich wołać. W końcu stanęli na środku brukowanej uliczki. Byli zupełnie zdezorientowani. Nawet Rina nie miała pojęcia co się dzieje. Nasłuchiwali jeszcze przez chwilę. Wreszcie głos zrobił się wyraźniejszy i donośniejszy. Pobiegli wzdłuż popękanych ścian i powybijanych okien w górę uliczki. Stanęli przed ogromnymi, zamkniętymi wrotami. Byli pewni, że to właśnie stąd wydobywał się ów głos. I nie myli się. Już po chwili znów usłyszeli skowyt wydobywający się zza muru.

Oboje podeszli do masywnych wrót. Spojrzeli na siebie wyczekująco, ale żadne z nich nie chciało się teraz wycofać. Wzięli głęboki wdech i pchnęli drewniane połówki. Zdziwił ich widok, który rozpościerał się tuż przed nimi. Za murem znajdował się ogromny ogród. Rosło tutaj mnóstwo kwiatów o przeróżnych kolorach i intensywnych zapachach. W samym sercu ogrodu była niewielka wysepka. Wokół niej płynął mały strumień, który zaczynał swój bieg gdzieś za murami. Po środku wysepki stało ogromne, złote drzewo. Złote refleksy odbite od pnia i gałęzi rozświetlały otoczenie rażąc niemiłosiernie w oczy. Gdy przyzwyczaili się do panującego tu jasnego światła, dostrzegli pod złotym drzewem małe stworzenie. Nie mogli stąd dostrzec co to może być, więc zdecydowali przyjrzeć się temu z bliska. Ruszyli przechodząc pomiędzy falującymi kwiatami. Im bliżej drzewa się znajdowali, tym zapach był ostrzejszy. Wreszcie był prawie nie do zniesienia. Kwiaty w cieple słońca i blasku złotych refleksów rozkwitały ukazując całą swoją wspaniałość i woń. Dotarli w końcu do strumyka. Tutaj zapach był mniej dokuczliwy. Próbując przekroczyć strumyk, spotkało ich małe zdziwienie. Wokół drzewa rozpostarta była jakaś niewidzialna bariera ochronna.

-Nie przejdziemy. - Powiedział Shin.

-Poczekaj chwilę. Mam pewien pomysł. - Uspokoiła go Rina. Przykucnęła nad brzegiem i zaczęła szukać czegoś dłońmi w świeżej trawie. Jej dłonie przybrały lekko zielonkawy odcień trawy. Wreszcie wykrzyknęła:

-Mam. - I z uśmiechem na ustach podniosła do góry ręce. - No prędzej. Wchodź. - Ponagliła go. Shin ze zdziwieniem przeszedł na drugą stronę strumienia zauważając, że Rina trzymała coś przezroczystego w dłoniach. Wyglądało na jakąś tkaninę, ale nie miał pewności. Rina także przeskoczyła strumyk opuszczając za sobą srebrzystą zasłonę.

-Co to było? - Zapytał zaciekawiony Shin.

-To? To była bariera ochronna.- Uśmiechnęła się. - Na szczęście znam sposoby żeby ją ominąć. - Dodała. Shin nie potrafił ukryć zdziwienia.

W końcu podeszli do drzewa. Było piękne. Bił z niego ciepły, złotawy blask. Pod drzewem siedziało małe, dziwne stworzonko.

-Co to może być? - Zapytała Rina.

-Nie wiem. Sprawdźmy.

Oboje podeszli do skowyczącego stworzonka. Przypatrywali mu się przez chwilę. Rina nie miała pojęcia co to może być. Shinowi wydawało się, że już je gdzieś kiedyś widział, ale nie mógł sobie przypomnieć jego nazwy. Zapamiętał tylko jego ciche i wesołe szczeknięcia. Może sam miał cos takiego? Nie pamiętał...

-Dlaczego to stworzenie wygląda tak dziwnie? - Zastanawiał się.

Podeszli bliżej i kucnęli tuż przed stworzonkiem. Jego skóra była pokryta jakąś dziwną, czerwoną wydzieliną, która spływając z niego, wydzielała niesamowity odór zgniłego mięsa.

-Przypomniałem sobie! - Zawołał nagle Shin.

-Co takiego? - Zapytała zaskoczona Rina.

-To jest pies. - Odparł zadowolony z siebie Shin.

-Pies? A co to takiego?

-Pies... pies... no to po prostu pies. Nie wiem skąd, ale pamiętam, że właśnie tak się nazywa.

-Dziwne... pies...

Znów spojrzeli na niego uważnie. Jego oczy były zaczerwienione. Wraz z czerwoną wydzieliną z oczu sączyło mu się coś srebrnego. Srebrne nitki rozpływały się po okaleczonym ciele psa i znów wsiąkały pomiędzy ścięgnami do jego ciała. Za każdym razem pies wydawał z siebie odgłos bólu, skowycząc przeraźliwie.

W nagłym odruchu Shin podniósł psa i mocno przytulił do siebie.

-Co ty robisz? - Zapytała zaskoczona Rina.

-Chcę mu uśmierzyć ból. Pamiętam, że właśnie tak się to robi... przynajmniej tak mi się wydaje.

Nagle coś trzasnęło. Po rękach chłopaka polała się ciemna krew. Pies wydał z siebie ostatnie westchnienie szczęścia w ramionach przyjaciela. W tej samej chwili wszystkie płatki kwiatów w ogrodzie odpadły i wzniosły się w stronę zachodzącego słońca. Z zakrwawionych ramion chłopca zaczęły się unosić małe srebrzyste świetliki, pozostawiając za sobą srebrne nici na trawie i ubraniach dzieci. Shin był w szoku.

-Czy... czy ja go zabiłem? Ja chciałem tylko go przytulić, żeby tak nie bolało...

-Nie... nie zabiłeś go. Ty go tylko uwolniłeś z jego klatki. To biedne zwierzę tak cierpiało.

Shin wypuścił wreszcie z ramion resztki zwierzęcia. Połamane kości i strzępy skóry spłynęły strumieniem krwi na zieloną trawę. Chłopiec nie mógł oderwać wzroku od pokrwawionych rąk. Dlaczego wszyscy odchodzą? Czy nie ma miejsca gdzie moglibyśmy być szczęśliwi?

-Widzisz... Jego ciało było już martwe. - Zagadnęła Rina, wskazując rozkładająca się skórę i puste kości.

-Więc dlaczego... on wciąż żył?

Rina nie odpowiedziała. Wstała i podeszła do złotego drzewa. Dotknęła go dłońmi a następnie przytuliła się całym ciałem wsłuchując w jego szept.

-Chyba już wiem dlaczego to biedne stworzenie tak długo cierpiało. - Powiedziała.

-...

-To jest drzewo życia. Ten, jak go nazwałeś, pies był martwy już od dłuższego czasu. Jednak przebywając tutaj w zamknięciu, w pobliżu drzewa życia, jego dusza nie mogła odejść. Pomimo gnijącego ciała, jego dusza była wciąż przyciągana przez siłę drzewa. To ono, jak gdyby nakazywało zostać duszy w jej ciele bez względu na okoliczności. I dopiero ty dałeś temu stworzeniu wieczny spokój, którego od dawna już pragnęło.

Shin spojrzał w ciemniejące już niebo. Dzięki słowom Riny miał pewność, że piesek nie będzie już nigdy więcej cierpieć. I to za jego sprawą. Gdzieś głęboko, pomimo poczucia winy, czuł spokój.

-Dlaczego ziemia drży? - Zapytał Shin.

-Nie mam pojęcia. - Odpowiedziała Rina.

Ziemia, w miejscu gdzie wcześniej znajdowały się kwiaty, zaczęła drżeć i falować. Pęknięcia i bruzdy z szarej masie robiły się coraz większe i głębsze. Ziemia wokół nich zaczęła się coraz bardziej podnosić.

-Co się dzieje? - Zawołał Shin próbując przekrzyczeć hałas rozlegający się wokół nich. Rina tylko wzruszyła ramionami, nie znając odpowiedzi na to pytanie. W końcu, tuż przy korzeniach drzewa życia, ukazała się ogromna paszcza. Stworzenie wydobyło z siebie przerażający ryk i podniosło całe swoje cielsko, prezentując się przed dwójką dzieci w całej swojej okazałości.

-To jest smok!! - Zawołała uradowana Rina.

-Dlaczego się tak cieszysz?! Przecież on nas zje!! - Zawołał przerażony Shin.

-Nie opowiadaj bajek. - Wyśmiała go. - To dobry smok. Prawda Shaku?

Smok odpowiedział donośnym skrzekiem. Jego pysk przypominał pysk krokodyla z wyjątkiem ogromnych białych oczu i wąsów jak u suma. Spiczaste uszy zakończone były złotymi płomieniami. Ciało smoka przypominało ciało węgorza. Dużego, białego węgorza. Długi ogon zakończony był złotymi łuskami. Cały grzbiet pokrywały srebrne piórka. Smok pomimo swego groźnego wyglądu wydawał się być przyjaznym.

-Czy można go pogłaskać? - Zapytał Shin.

-Wypraszam sobie, ja nie jestem zabawką. - Odezwał się wzburzony smok.

Shin zaniemówił z wrażenia.

-Przepraszam pana, panie smoku. - Dodał po chwili.

-Dobrze, już dobrze. Nie musisz mnie nazywać panem smokiem, wiesz? Mów do mnie po prostu Shaku.

-Więc dokąd się wybieracie? - Zapytał Shaku.

-Szukamy Księżycowego Stawu. - Odparła Rina.

-Księżycowego Stawu? - Zapytał z powagą smok. - Jesteście tego pewni?

-Tak. A dlaczego pytasz? - Wtrącił się Shin.

-Ponieważ nikt kto się tam zapuścił, nigdy więcej nie wrócił. To jest bardzo niebezpieczne.

-Ale my musimy się tam dostać.

-Dlaczego?

-Ponieważ... - Rina nie wiedziała co powiedzieć. - Ponieważ tak nam powiedziano. - Dodała. Shin spojrzał na nią. Teraz wiedział, że ona także wiedziała o tej pięknej kobiecie. Tylko dlaczego nie chciała z nim o tym rozmawiać?

-Ach! Rozumiem. - Odparł smok i spojrzał na Shina. Najwidoczniej oboje wiedzieli o czymś, o czym on nie będzie miał przyjemności się dowiedzieć. Nie było to przyjemne uczucie.

-O czym wy mówicie? - Zapytał.

Rina i Shaku spojrzeli po sobie wymownie.

-Dlaczego nie mogę się o tym dowiedzieć?

Znów pozostał bez odpowiedzi. Zaczynało mu się to ni podobać.

-Jeżeli nie powiecie mi prawdy, nigdzie nie idę.

-Prawdy? Ha ha!!! - Zaśmiał się smok. Shin został zbity z tropu. - Właśnie dlatego zaprowadzimy cię do Księżycowego Stawu. Żebyś dowiedział się prawdy. - Zakończył smok.

Może powinienem im zaufać? Może wreszcie wydostanę się z tego przeklętego miejsca i nie będę musiał już tutaj nigdy więcej wracać.

-Więc, kiedy ruszamy? - Zapytał Shin.

-Najlepiej od razu. - Odpowiedziała Rina.

-Jeśli tak sobie życzycie... - Dodał smok. - Będzie dla mnie zaszczytem przewieźć was na moim grzbiecie.

-Jesteśmy ci bardzo wdzięczni, Shaku! - Zawołała Rina.

-W drogę!!

Po chwili wzbili się już w przestworza na grzbiecie ogromnego, białego smoka. Jego ciało tak giętkie wiło się pomiędzy puchem przepływających obok chmur. O dziwo nie było tutaj żadnych ptaków. Im dalej się posuwali, tym stawało się coraz zimniej. Gdzieniegdzie dostrzegali białe plamy śniegu. Pod nimi wciąż płynął ten sam szemrzący strumyk. Strumyk Księżycowego Stawu.

-Jesteśmy już niedaleko!! - Zakrzyknął smok.

-Skąd on wie? - Zapytał Shin. - Przecież w tych ciemnościach nie można dostrzec niczego poza gwiazdami.

-Słychać dźwięk dzwoneczków. - Odpowiedziała Rina. Rzeczywiście. W nocnym powietrzu rozchodził się delikatny, ledwo dosłyszalny dźwięk dzwoneczków. Oznaczało to tylko jedno. Ponowne spotkanie z tą piękną kobietą.

Więc ona mieszka nad Księżycowym Stawem. Ciekawe dlaczego chciała, żeby do niej dotarł. Może ma zamiar dać mi odpowiedź na wszystkie moje pytania. A może to ona wreszcie mnie uwolni? Może będę mógł już wrócić do domu! O jak było by miło.

-Jesteśmy już na miejscu! - Krzyknął smok. - Zaraz będziemy lądować. Trzymajcie się mocno.

Z tymi słowy smok zaczął gwałtownie pikować w dół. Pęd powietrza świszczał w uszach, zapach nocy wypełniał nozdrza, chłodne powietrze owiewało zgrzane ciało. W oddali dostrzegali wreszcie zarysy gładkiej tafli jeziora. Jeszcze tylko chwila i wszystko wreszcie się wyjaśni. Wreszcie dotarli do celu.

Shaku wylądował bez większych trudności nad brzegiem ogromnego stawu. Rina i Shin zsunęli się na miękką trawę. Znad srebrzystej tafli unosiły się małe, migające światełka. Było jednak w tym wszystkim cos dziwnego. Ten nieprzerwany spokój i cisza. Żadnego wiatru, żadnych chmur, żadnych szeptów. Cisza nie do zniesienia.

-Wreszcie dotarliście. - Wraz z dźwiękiem dzwoneczków rozległ się głoś kobiety w bieli. Była jak zwykle piękna i pełna spokoju. Spokoju, który ogarniał wszystko dookoła. Rina podeszła do kobiety i klękając na jednym kolanie ucałowała jej dłoń.

-Oto jesteśmy pani.

-Tak się cieszę kochanie, że nic ci się nie stało.

-Nie. Ale ostatecznie straciłam moje pierwotne ciało.

-Nie martw się. Jeszcze je odzyskasz. - Powiedziała i uśmiechnęła się. W jej uśmiechu było jednak coś niezmiernie chłodnego, coś odpychającego. Nagle powiał silny wiatr. Dzwoneczki zadźwięczały jeszcze mocniej. Przerażona biała królowa spojrzała w gwiaździste niebo. Coś przemknęło wśród chmur. Jak gdyby ogromny, czarny ptak.

-Shin!! Chodź tutaj szybko!! - Zawołała Rina.

Tuż przed nimi opadł ogromny czarny płaszcz. Po chwili podniósł się i ukazał twarz mężczyzny. Shin rozpoznał w niej mężczyznę, u którego znalazł tajemniczą szkatułę z lusterkiem. Jednak tutaj wyglądał inaczej. Był wysoki, ciało zakrywał czarny, jak gdyby utkany z dymu, płaszcz. Ciemna twarz otoczona była ciemnymi, długimi włosami. Z tyłu głowy wyrastały dwa długie rogi, które zakręcając nad czubkiem głowy kończyły się z przodu, na wysokości czoła.

-Nie pozwolimy ci znów zabrać chłopca! - Zawołała królowa. - Nie zostanie już twoim niewolnikiem. Ja mu dam wolność!!

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Ale było w nim coś, co przyciągało Shina. Jego nogi same prowadziły go w do niego. Nie miał pojęcia co się z nim dzieje.

-Shin, uważaj na tego mężczyznę. - Szepnęła Rina. - To jest właśnie Łowca Dusz. Nie pozwól mu się omamić.

-Ale to jest niemożliwe. - Odparł jak w letargu ruszając w stronę Łowcy.

-Shin!! - Krzyknęła królowa. - Nie podchodź do niego. Rina szybko. Trzeba go uwolnić.

-Shin!! Spójrz w prawo!!! - Zawołała Rina. Chłopak posłusznie zrobił to co mu kazano. Był już w połowie drogi zmierzając do wyciągniętej ręki mężczyzny. Na tafli ciemnego jeziora stał biały jednorożec, rżąc ze zdenerwowania.

-Shin, czy widzisz tego jednorożca? - Zapytała królowa.

-Tak. Widzę.

-Więc podejdź do niego.

Posłusznie wykonał jej polecenie. Czuł, że cos się dzieje. Coś było nie tak jakby tego chciał. Jakaś jego część kazała mu zawrócić i odjeść wraz z Łowcą Dusz. Ale już po chwili to uczucie znikło. Dotarł do brzegu jeziora. Spojrzał w jego mętną otchłań. Czy to możliwe, aby mógł dotrzeć do jednorożca? Przecież on nie potrafi chodzić po wodzie.

-Idź Shin, idź po wolność. - Królowa dodawała mu otuchy swoimi słowami. Shin odwrócił się i spojrzał na Rinę i kobietę stojącą obok, na odpoczywającego smoka, którego całe to przedstawienie najwidoczniej nie interesowało, i na mężczyznę. W tym momencie poczuł dziwne ukłucie. To dodało mu odwagi, aby stanąć na tafli jeziora. Myślał, że zaraz wpadnie do lodowatej wody, jednak znów zadziałały czary krainy po drugiej stronie lustra. Czuł się jak gdyby stąpał po szklanym moście. Szedł powoli, ale pewnie w stronę jednorożca. Zwierzę było takie piękne i majestatyczne. Stało nieruchomo w miejscu, nie bojąc się wyciągniętej ręki chłopca. Tak, jakby czekał tutaj na niego już od dawna i upragniona chwila wreszcie nadeszła.

-Shin, podejdź do niego.

Shin zbliżył się bardziej, obawiając się, czy jednorożec nie zmieni zdania w ostatniej chwili i nie zaatakuje go. Zwierzę okazało się bardzo przystępne, pozwalając pogłaskać się po srebrnej grzywie.

-Shin, w woreczku pod jego szyją jest nóż. Wyciągnij go i zabij jednorożca.

Shin pojrzał z niedowierzaniem na królową. Dlaczego kazała mu zrobić coś tak okrutnego.

-Jeżeli naprawdę chcesz być wolnym, zrób to. - Dodała spokojnie. Chłopiec zastanawiał się przez chwilę. Drżącą ręką sięgnął do woreczka. Jednorożec zadrżał lekko. Prawdopodobnie wiedział co go za chwilę czeka. Nie chcąc przedłużać tej ciężkiej chwili, Shin chwycił nóż mocno w dłoń i jednym szybkim pociągnięciem podciął kark jednorożca. Wszystko zapadło się w mroku. Jedynie srebrna krew jednorożca świeciła jasną poświatą. Gdzieś z oddali dobiegł go głos mówiący, żeby wypił krew. Nie wiedział dlaczego, ale wykonywał posłusznie polecenia. Gdy tylko przełknął trochę srebrne mazi, poczuł jak gdyby czyjąś rękę ściskającą jego gardło. Uścisk był coraz silniejszy. Nie mógł się z niego oswobodzić. Niewidzialny napastnik był niewzruszony. Ciałem Shina zaczęły targać spazmy. W końcu wydał z siebie ostatnie tchnienie. Uwolnił się z ciała niechcianej marionetki. Gdy martwe ciało opadło na taflę jeziora, podeszła do niego królowa. Położyła rękę na jego czole. Jasna poświata zaczęła się sączyć z jego ust. Wreszcie jej szczupła dłoń wyjęła spod języka małą, srebrną kulkę i przypięła ją do jednego z łańcuchów sukni, obok pozostałych, dźwięczących kulek.

-Łowco, wydaje mi się, że nigdy nie zdołasz obronić żadnej duszy przed moją władzą. Nigdy nie zapominaj, że to ja jestem królową i że to ja posiądę wszystkie dusze tego ziemskiego świata!! - Wykrzyknęła ze śmiechem królowa. Łowca Dusz bez słowa odszedł... Tak jak zawsze... Nie naciskając... Czekając wciąż na kogoś, kto samowolnie oprze się królowej piękna i ułudy. I może wciąż czeka...

 

Opowiadanie zajęło pierwsze miejsce w kategorii fantasy II Ogólnopolskiego Konkursu Na Opowiadanie Fan-fiction zorganizowane w 2006 roku w Mysłowicach.

Więcej na oficjalnej stronie...



blog comments powered by Disqus