"Gliiiiizda"
- Weź, przestań wreszcie! – mój najlepszy kumpel Mareczek wydawał się podenerwowany. Patrzył na mnie jakoś tak spod byka, jakbym czymś mu zawinił.
- Co!? – spytałem głupio, choć wiedziałem, o czym mówił.
- Te skubanki, to ohyda!
Siedzieliśmy w moim pokoju na piętrze. Mareczek jak zwykle przy kompie, katował pirackie GTA, z głośników leciały jakieś hip-hopowe przeboje, pasujące w sam raz do zabijania ludzi, ja natomiast okupowałem podłogę, bo lubiłem jej wygodę i nieograniczoną przestrzeń. Mieliśmy zamiar z Mareczkiem powtórzyć ostatnie lekcje z angielskiego, bo nasz facet zapowiadał jakieś „rewiu”, „komprehenszyn”, czy inne cholerstwo, ale brakowało nam silnej woli i chęci też.
Na podłodze urządzałem też to, co wszyscy nazywali „skubankami”.
- Przeszkadza ci? – rzuciłem zaczepnie.
- Jak nie wiem co!
„Wal się na ryj”, pomyślałem i dalej w najlepsze skubałem.
To martwy naskórek ze stóp tak mnie pochłaniał. Odłaził, a ja go obrywałem, obskubywałem, podważałem paznokciami, wyciągałem. On zaś nieustannie się pojawiał, jakbym każdego dnia zmieniał skórę.
To jak obgryzanie paznokci, tylko że wymaga zdjęcia skarpetek.
- Co ty z tym robisz, wpieprzasz? – Mareczek zdawał się wnerwiać coraz to bardziej. Chyba jego koleżka z GTA sobie nie radził. Zerkał na rosnącą obok mnie kupeczkę pozostałości mojej pracy.
- Tak, wpieprzam.
Nie wpieprzałem, ale Mareczek nie musiał wiedzieć, co robiłem z naskórkami, nikt inny zresztą też nie.
XXXXX
- Idziesz spać? – spytała mama. Zajrzała do mnie wieczorem, zaraz po „M jak Miłość”. Wiem, że starała się interesować moimi sprawami, ale chyba robiła to bardziej dla spokoju swego sumienia niż z potrzeby wychowawczej. Tak mi się zdawało.
- Wcześnie jest. Pouczę się jeszcze.
Uśmiechnęła się. Pewnie pomiziałem jej opiekuńczą duszę. Rozejrzała się po pokoju. Zmarszczyła brwi i weszła do środka.
- Tylko nie idź późno spać, dobrze?
Mówiąc to przeszła na środek pokoju i kucnęła. Patrzyłem na nią, nie bardzo rozumiejąc, co robi. Mama położyła dłoń na podłodze i zaczęła przesuwać ją po deskach.
- Widzisz to wybrzuszenie?
Nie widziałem, nie chciało mi się wstawać z kanapy, ale jednak podszedłem do mamy. Również kucnąłem. Faktycznie, w świetle wieczornej lampy na podłodze odznaczał się malutki wzgórek.
- Co to? – zapytałem, kładąc na nim dłoń.
- Nie wiem. Stara podłoga, pewnie zaczyna coś się z nią dziać.
No tak. Dom jeszcze po dziadkach mojej mamy, remontowany milion lat temu, zaczyna świrować. Wróciłem na kanapę, do czytania podręcznika i do…
- Pumeks jest.
Spojrzałem na mamę. Chyba dostrzegła w moich oczach niezrozumienie, bo pokazała palcem moją nagą stopę, którą oczywiście bezwiednie, zupełnie odruchowo, skubałem. Kurde, zawsze tak było. Zaczynałem, dajmy na to, coś oglądać w telewizji, a tu po kilku minutach, już bez skarpetki na jednej (lub nawet i obu!) z nóg urządzałem podświadome skubanki. Ale zawsze w moim pokoju, zawsze tu.
- Odłazi mi i mnie wkurza. – odparłem, tłumacząc się.
- No to właśnie mówię, że jest pumeks.
- Wiem.
- Tylko pozbieraj to później.
- Pozbieram.
Mama wyszła, zostawiając mnie samego. Chyba powróciłem do przerwanego procederu, bo po skończeniu lektury podręcznika do historii, całą stopę miałem obolałą, jakbym nie odrywał tylko martwego naskórka (tych płatów, które ciągle odłażą i odłażą!), ale i żywą, zdrową skórę.
Musiałem jeszcze tylko posprzątać.
Zgarnąłem odłamki na kupkę.
XXXXX
Jakoś kilka dni później moja młodsza siostra weszła, niczym władczyni całego świata do mojego pokoju. Popatrzyła na mnie, siedzącego przy komputerze, zrobiła zbolałą minę i spytała:
- Mogę sobie pograć?
- Nie teraz. Zajęty jestem.
Ja też grałem, w coś jednak innego, niż zapewne chciała moja siostrzyczka-ośmiorniczka.
- I tylko nie mów, że mama kazała ci przyjść pograć, bo i tak ci nie uwierzę.
Czasami miała takie pomysły, że zasłaniała się słowami mamy, które w rzeczywistości nigdy nie padły. To był mój komputer (no, nie do końca, ale stał przecież w moim pokoju), a ja nie lubiłem się nim dzielić z dziecinnymi instynktami mojej siostry.
- Coś tu jakoś tak śmierdzi – oświadczyła siostra i w pierwszej chwili nie wiedziałem, czy powiedziała to, by choć w drobnym stopniu się odegrać, czy… OK, miała rację. Czułem to już od kilku dni, taki zgniłkowy smrodek. W gruncie rzeczy nie starałem się nawet określić jego źródła, był i już.
- Śmierdzi jak kupa – dodała mała.
- Sama śmierdzisz jak kupa – odparłem i w tym samym momencie siostra obróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami. Słyszałem tętent jej małych stóp i byłem pewien, że zaraz do pokoju wparuje mama z małą cholerą zaryczaną i dzierżącą jej dłoń.
Nieświadomie zdjąłem skarpetkę i zacząłem skubać, jednocześnie wąchając powietrze. Zgniły, jakby silniejszy smrodek. A wybrzuszenie na środku podłogi chyba nieco większe.
XXXXX
Mama stała na środku pokoju i ugniatała nogą wzgórek, który w ciągu ostatnich dni urósł do rozmiarów niemal góry. Deski skrzypiały i odrobinę poddawały się naciskom stopy. Odginały się w dół i w górę, w dół i w górę. Smrodek zaś trwał w najlepsze.
- Nie wiem, czy nie będziemy musieli tych desek zerwać. Może wilgoć podeszła i to tak dziwnie pachnie.
- Mmm… - mruknąłem w odpowiedzi, bo tak naprawdę niezbyt mnie ten cały wzgórek obchodził. Uczyłem się na jutrzejszy sprawdzian z matmy. Zaczynałem jarzyć, o co w tym całym materiale chodziło i nie chciałem zgubić tropu, więc skupiłem się na zeszycie.
Mama złapała mnie za rękę:
- Skończ wreszcie!!! – rozkazała.
Popatrzyłem na nią i zastanowiłem się, czy grać wariata, że nie wiem, o co chodzi, czy zaprzestać wszystkiego. Powoli opuściłem skubaną stopę na podłogę. Chyba nawet nieco bolała ta moja nieszczęsna stopa.
- Zrobisz sobie krzywdę. Siedzisz i skubiesz. A w szkole jak?
- Normalnie.
Ale że co? Czy skubię w szkole? Mój proceder, dobrze pamiętam, nigdy nie opuścił czterech ścian mojego pokoju.
Niemal widziałem, jak mama przełyka przekleństwa. Spojrzała na moją stopę, a następnie na zerwane cząstki naskórka.
- Posprzątaj TO – rozkazała i wyszła.
Ja natomiast, mając ten ruch wyćwiczony i wrosły w moją podświadomość, zgarnąłem resztki oberwanego naskórka na dłoń i położyłem je na podłodze. Nie pytajcie mnie, dlaczego to zrobiłem – może łazienka była zbyt daleko, może nie chciało mi się otwierać okna i wszystko wywalać… Zacząłem, podobnie jak zylion razy wcześniej, wciskać resztki naskórka między deski podłogi, by pozbyć się kłopotu.
Musiałem się go pozbyć.
XXXXX
A w sobotę chciałem pospać. Jednakże, tak koło wczesnego świtu, obudził mnie krzyk. Choć raczej był to wrzask, koszmarny wrzask. Zerwałem się z łóżka, jeszcze nie do końca rozbudzony. Zakręciło mi się w głowie. Wyskoczyłem z mojej sypialni, która dzięki zmysłom architektonicznym dziadka budowniczego i dobroci mojej mamy, sąsiadowała z moim drugim pokojem – pokojem od skubanek.
Ujrzałem moją siostrę, a w zasadzie jej część. Na tle włączonego komputera (mała chciała sobie pograć, żeby mnie nie obudzić, Chryste Panie) moja siostra tkwiła w paszczy jakiegoś śluzowatego monstrum wystającego z podłogi. Siostra tkwiła i wrzeszczała:
- Gliiizda!
To nie była żadna glizda, nie wiem, co to było. Tułów miało szary, tłusty, ohydny, wyłaziło z miejsca, w którym narosło wybrzuszenie, teraz rozerwane i jakby rodzące tego potwora.
Postąpiłem jeden, dwa kroki do przodu niezdolny do czegokolwiek więcej. Moja siostra znikała w paszczy tego czegoś, co wylazło spod podłogi (co rosło, i rosło, i rosło wraz z wybrzuszeniem) i nadal wrzeszczała to jedno durne słowo:
- GLIIIIZDA!!!
Z bliska dostrzegłem, że to coś, to potworne coś, było czymś oblepione, jakimś niby-pancerzem. Nie, to nie był pancerz. To były części mojego naskórka, tego byłem pewien. Pokrywały je niczym wiórki kokosowe ciasto mojej mamy.
„To coś żarło mnie i rosło pode mną”, pomyślałem, zupełnie idiotycznie, ale z pełną świadomością, że to musi być prawda.
Żarło i rosło. Siedziało pode mną i czekało na pożywienie.
Dokarmiałem je.
A teraz patrzyłem, jak połyka moją siostrę.
W momencie, gdy malutka zniknęła zupełnie w jego mordzie i pozostał po niej tylko krwawy ślad na obrzydliwych wargach, wepchnąłem kciuk do ust zacząłem obgryzać paznokieć.
Sklep
Forum