"Wilkołak"


 Chyba tylko idiota stawiałby dom pośrodku starego zagnańskiego boru. Pustka, dzicz i żadnej cywilizacji w promieniu długich kilometrów. Do tego całkowity brak łączności, a na deser przypowieści i ludowe bajania na temat „złego” co tu podobno mieszka. A jednak niechęć do dzisiejszego świata, nieustanna pogoń za zaszczytami czy przedmiotami zbytku potrafi zmęczyć. Człowiek czasem chce spieprzyć od tego wszystkiego jak najdalej i zaszyć się gdzieś daleko, gdzie nawet diabeł boi się mówić „dobranoc”.

     A jednak znalazł się taki dureń co tu chałupę  pobudował – pomyślał młody wędrowiec. Tylko po kiego?

      Słońce powoli schyliło swe oblicze ku zachodniej stronie boru, ostatni raz głaszcząc złotymi promieniami twarz młodego podróżnika. Artur przysiadł na spróchniałym pniu i odetchnął głęboko. Czternaście kilometrów marszu wycisnęło z niego ostatnie soki. Z trudem oddychał, brak cukru wirował mu w głowie słodkimi marzeniami o sycącym batoniku. Dłonie i stopy silnie mrowiły, a łomotanie serca odbijało się echem w pustym żołądku. Kochał to. Kochał gdy był na skraju wyczerpania i brutalnie testował swój organizm niczym machinę na poligonie.

     Perlisty pot obficie zrosił mu czoło gdy tylko pierwsze łyki gorzkiej herbaty przemknęły przez wysuszone gardło. Rozsupłał plecak i wyjął dwa niewielkie zawiniątka. Chleb z pomidorem czy bułka z paprykarzem? Przez dłuższą chwilę ważył je w dłoniach, ale chęć udowodnienia sobie czegoś w końcu wzięła górę. Pomidor. To wystarczy. Zęby łapczywie wgryzły się w warzywo, które trysnęło czerwonawym sokiem.

      Okolica była po prostu cudowna. Dokładnie taka jaką sobie wymarzył na spędzenie weekendu połączonego z biwakiem i trekkingiem. Polana płonęła soczystą, zieloną trawą, a gdzieniegdzie urzekająca jesień pomalowała liście złotym i karminowym blaskiem. Lekki szum wiatru i nie zmącony niczym śpiew dzikiego ptactwa. Raj na ziemi. A do tego te wzbudzające dreszczyk opowieści! Kilka tygodni zeszło mu na poszukiwaniach starych zapisków i odwiedzaniu mieszkańców tych okolic. Leciwa znachorka, twierdziła niezbicie iż na tym lesie ciąży przekleństwo, które wiele wieków temu próbowało wytrzebić rycerstwo noszące w herbie srebrną lilię. Jak mówiła plotka, sprzymierzony z diabłem węgierski magnat, Hadrian Bukovest zaszył się w tych lasach uciekając przed pogonią i tu ponoć walczył z rycerzami używając swych demonicznych mocy.

      Do jakich rozmiarów może urosnąć bzdurka sprzed wieków, jeśli dodać  do niej garść ciemnoty i zabobonnego lęku…Ale co prawda to prawda – Artur chciał odwiedzić to miejsce. W czasach gdzie wszystko da się wyjaśnić naukowo, a każdy dzień jest szary i niczym nie różni się od poprzedniego, emocje i obcowanie z naturą naprawdę są w cenie.

      Stara rudera, jaka zajmowała centrum leśnej polanki, może kiedyś miała jakąś wartość i wygląd ale teraz to ledwo trzymała się w posadach. Już pewniejszy wydawał się być domek z kart ustawiony przez pięcioletnie dziecko. W deskach i balach nośnych korniki założyły swoje nowe państwo. Tego małego cholerstwa było tyle, że można by bez trudu patrzeć przez ściany co tam słychać na podwórku. Pająki, nie niepokojone przez człowieka dały się porwać wenie i poplotły wszędzie niezwykłe i monumentalne sieci. Przez dziury w dachu do wewnątrz wpływały ostatnie promienie słońca.

      Słońce było już naprawdę nisko kiedy Artur wyszedł rozejrzeć się za chrustem. Szybko odnalazł dwa naręcza suchych gałęzi i trochę kamyków do izolacji paleniska. Wkrótce zimny oddech wiatru omiótł polanę nieprzyjemnym tchnieniem, a tonące za horyzontem słońce wydłużyło i zniekształciło cienie, które dopiero co wylazły z nor by nacieszyć się widokiem gasnącego dnia. Artur otulił się szczelniej polarem, robiło się naprawdę zimno. Ogień leciutko trzaskał, a sponad tańczących płomieni można było dostrzec szeregi majaczących w ciemnościach drzew. Robiło się coraz bardziej nieprzyjaźnie, a cisza jaka przepełniała noc poiła wyobraźnię niebezpieczną dawką emocji. Stary i paskudny dom wydał się nagle Arturowi o wiele przytulniejszym miejscem niż śpiwór i zapowiedź nocy spędzonej pod gołym niebem.

     Coś  zbudziło się w głuszy. Nozdrza rozszerzyły się pod dotykiem zimnego nocnego powietrza. Na zaścielające podłoże liście poczęła kapać pienista ślina, która wraz z lekkim charkotem wydobyła się gdzieś z trzewi.

      Przez dziury w dachu można było bez trudu dostrzec urzekające gwiazdy. Żadna miejska łuna nie zakłócała tego odwiecznego i romantycznego widowiska jakim było nocne, gwieździste niebo. Tutaj było widać to najlepiej. Zwinięta karimata świetnie nadała się na poduszkę. Artur ułożył się wygodnie i przymknął oczy w oczekiwaniu na sen.

       

      Coś  ruszyło przez dzicz. Ani krzewy ani drobne drzewa nie stanowiły dlań przeszkody. Rozwścieczone, dzikie i nieokiełznane. To coś pędziło bez wytchnienia w stronę samotnej trawiastej polany…

      Sen nie chciał nadejść. Artur znał wielu pasjonatów trekkingu i survivalu, ale mało kto dorównywał mu odpornością na głód, która w opowiadaniach kumpli urosła do rangi legendarnej umiejętności. A jednak. Artur był głodny i tym razem wiedział, że nie uda mu się oszukać własnego żołądka jakimś marnym warzywem. Wsparł się na łokciu szukając w ciemnościach plecaka i czegoś do „wszamania”, gdy to nagle jego ręka z trzaskiem zapadła się w podłogę, a po chwili on sam wpadł z łoskotem do pomieszczenia poniżej.  

      Zapach świeżej krwi tłoczył w żyły nieokiełznany szał. Bestia pędziła zwabiona zapachem potu i kiełkującego strachu. Noc to czas łowów…

      Kurz buchnął mu w twarz, a pająki rozbiegły się na wszystkie strony kiedy upadł na kupę starego materiału.

      Coś  z brzękiem potoczyło się po ziemi, ale nie to zwróciło jego uwagę. Pośród śmieci, kurzu i pajęczyn, na Artura spoglądały pożółkłe ludzkie kości.  

      Był  coraz bliżej. Spomiędzy rzedniejących drzew dzikie ślepia spostrzegły już zarysy polany i starej chałupki. Zapach człowieka był zbyt wyraźny by mógł to być sen. Ktoś naprawdę tu przybył. Tym razem ta stara wiedźma go nie ochroni…Ryk…skowyt radości wyrwał mu się z piersi i rozerwał delikatną materię cichej i spokojnej nocy.

      Artur zbladł. Cokolwiek to było straszliwie zmasakrowało szkielet i nie trzeba było uważać na biologii, żeby wiedzieć, że tego nie mógł wywołać upadek z tej wysokości, ani chyba żaden człowiek. Pordzewiałe kawałki czegoś co przypominało pancerz walały się po podłodze.

     Serce przyspieszyło.

     Szybko schylił się by zobaczyć co to upadło gdzieś na ziemię…mały guzik. Od płaszcza. W mdłym blasku gwiazd wizerunek lilii odmalował się przed oczyma Artura. Zemdliło go.

      Wskoczył  na górę jak wystrzelony z procy. Już po chwili trzymał w ręku plecak, latarkę i koc. Był gotowy. Wiedział, że da radę. Miał jeszcze sporo siły.

      Kiedy wybiegł na zewnątrz mgła zdołała już oblepić polanę  i uczynić spoglądający nań las jakby wyśnionym z koszmarów. Wybór był prosty. Spierdalać. Już stawiał pierwsze kroki gdy usłyszał mrożący krew skowyt. Coś złamało pobliskie drzewo jak kruchą zapałkę. Artur natychmiast zaczął biec w drugą stronę. Serce waliło mu jak młot. Mięśnie naprężały się jak sznury i gnały wycieńczony organizm na skrzydłach strachu oby jak najdalej stąd. Oczy chłopaka zwęziły się, a czas prawie się zatrzymał. Wtedy poczuł straszliwy cios. Jakby sam diabeł kopnął go w plecy i cisnął przed siebie jak szmacianą lalką. Dzikie warknięcie poprzedziło kolejny atak. Coś chrupnęło i nagle świat zawirował Arturowi wkoło głowy. Wielokrotnie. Kręcił się i kręcił, aż oderwana od tułowia głowa zatrzymała się w pobliżu drzew.

      Głupie wizje, wariackie myśli przemknęły mu przed oczyma. Siódme urodziny, pierwszy zapalony „mocny” bez filtra, zeszyty jakie przepisywał kumplom ze szkolnej ławki, dziewczyna której nigdy nie miał. Umierał. A gdy życie gasło w jego oczach, oczami oderwanej od ciała czaszki oglądał jak potworna hybryda wilka i człowieka rozrywa jego korpus wypruwając wnętrzności i zatapia swe kły w słodkim, ludzkim mięsie chłepcząc ciepłą i pożywną krew… 



blog comments powered by Disqus