Fragment książki "Tarika"
Fragment opowiadania „Deszcz”
Na środku placu płonie ognisko zwieńczone kamienną piramidą, chroniącą ogień przed deszczem. Gęsty biały dym i języki ognia raz po raz wystrzeliwują z sykiem z otworów piramidy, tworząc piękną ognisto-kamienną rzeźbę. Adepci nauk Mamadou Insana miękkimi tanecznymi ruchami okrążają płonącą konstrukcję, przygotowując się do obrzędu albo już go odbywając. Obrzędowość afrykańska ma to do siebie, że nie wiadomo kiedy się zaczyna i kiedy kończy. Jest naturalną częścią codzienności. Kilku mężczyzn siedzi w kucki na macie pod trzcinowym baldachimem, kiwając się w przód i w tył, z bębnami między kolanami. Lekki stukot membran jak dreszcz przebiega po osadzie i po mojej skórze. To przypomina mi scherza Chopina, to jest niezwykle podobne. Przez sekundę, dwie czuję czystość i jedność rytmu afrykańskich bębnów, zapisanych od tysięcy lat w duszach tych ludzi, i szopenowskich nut, zapisanych na kartkach papieru w mieszkaniu przy Square d’Orléans. Odczuwam przez krótką chwilę tę tajemnicę Jednego Rytmu, o którym pisał Mircea Eliade. Siedzę w chacie Mamadou Insana, rozmawiamy. Jak chyba codziennie w wiosce Da’a. Chyba tak. On mówi w hausa, wtrącając francuskie słowa, ja po angielsku. Obok na macie siedzi Filip Kabbani i tłumaczy. Coś pijemy. Coś innego niż poprzednio. Próbuję przypomnieć sobie smak tego mętnego płynu. Pytam, czy to aby nie alkohol. Nie, nie, my nie pijemy alkoholu, odpowiada starzec, nigdy. To ruwa rai, tak to nazywa, wyciąg z lian i różnych korzeni, daje siłę i mądrość. Obaj uśmiechają się łagodnie.
Pytam Filipa, co oznaczają te słowa, on nie wie, ale podejrzewam, że nie chce mi tego przetłumaczyć, on bardzo dobrze mówi po angielsku, jest przecież Ghańczykiem. W chacie panuje półmrok, nie mogę dostrzec ich oczu, a strasznie chciałbym je zobaczyć. Czy ich oczy są na miejscu, czy ich nie ma, czy zamieniły się w oczy ryb. Rozmawiamy o czasie. Tak, o czasie, o jego istocie. Szajch pyta mnie potem o rzecz zdumiewającą: o żyłki w marmurze, czy znam te żyłki. Nie wiem, o co mu chodzi; jakie żyłki? Potem Mamadou podaje mi owoc papai i pyta, czy wiem, co to jest. Ja już wiedziałem, że tu się szykuje coś grubszego, kiedy on wskazał na owoc papai i zapytał mnie, czy zdaję sobie sprawę, co to jest. Czy mam świadomość tego owocu, tego organismus vitalis. Czy potrafię odczuć rzeczywistą rzeczywistość tej papai, istniejącą niezależnie od naszej świadomości; czy jest absolutnie niepoznawalna. Pyta, czy wiem, jak wygląda papaja w rzeczywistości. Nic o niej nie wiesz, nic; chichoce. To tylko zjawa, to tylko Kurwa. Tak, wtedy już wiedziałem, że ten czarny staruch wie bardzo dużo. Przez moment chciałem bronić się Husserlem, przytargałem jego podartą „Ideę fenomenologii” do Afryki, ale pomyślałem, że to wstyd. Czułem wiedzę tego czarnego starca o wyglądzie błotnego ptaka, czystą, naturalną wiedzę. Drżącą, patykowatą rękę, trzymającą rozcięty na pół owoc papai pulsujący nieskończonością. Czarno-pomarańczowa, żelowata maź wyciekała powoli na matę.
Mamadou powraca do afrykańskich baśni o czasie i przestrzeni i cichym głosem mówi, że to jedno i to samo. Kiwam głową na znak, że jestem po jego stronie. Pyta mnie, czy są takie miejsca w czasie, do których tęsknię. Są, tak, są, odpowiadam, jest ich legion. I znowu pyta o Ewę Rajkowską z mojego liceum. Jeszcze raz pyta o datę jej śmierci. O dokładną datę. Potem jeszcze raz i jeszcze. Tak, siedemnasty stycznia osiemdziesiątego roku, no przecież nie zapomnę nigdy tej daty, dziadek, kurde, nie świruj pawiana, my dear beloved sheikh. Właściwie to nie jest żaden szajch. Tak go tylko tytułują w Da’a. To nie są muzułmanie, chociaż szajch i niektórzy z nich noszą muzułmańskie albo muzułmańsko brzmiące imiona. Noszą też muzułmańskie galabije i małe okrągłe czapeczki, ale w zachodniej Afryce ubierają się tak ludzie różnych wyznań.
Szajch opowiada o swojej wizji świata: to świat zaludniony duchami i bóstwami, pełen świętych zwierząt i świętych drzew. Są bóstwa płodności i wód, bożki kamieni, zarośli i kwiatów, żółtej febry i trzęsień ziemi. Antropomorficzne zjawy wyfruwają z ust siwego starca i krążą nad Da’a w strugach nieustannie padającego tropikalnego deszczu. Mam wrażenie, że niezwykle wyostrzył mi się słuch. Krople stukającego o dach deszczu przeszywają mi uszy. Podnoszę się z maty i ze zdumieniem czuję, że jestem lekki jak powietrze. O Boże, nic nie ważę! Po prostu płynę w powietrzu. Wychodzę, a właściwie wyfruwam na chwilę przed chatę, staję na mokrej ziemi i wciągam głęboko wilgotne, absolutnie czyste powietrze afrykańskiego lasu. Czuję, jak ziemia dyszy, przenika swoją energią moje bose stopy i wnika w ciało. Niesłychanie intensywnie odczuwam teraz jej bliskość. – Matka jest tylko jedna – szepcę do siebie i chichocę. Ale tak właśnie jest: matka jest tylko jedna. Ogień z kamiennej piramidy bucha wysoko w mokre nocne niebo. Widzę uczniów starca i oni mnie widzą. Wyciągamy ku sobie ręce. Moja ręka jest długa, strasznie długa, powoli wysuwa się z ramienia i zanurza się w językach ognia jakieś dziesięć metrów dalej. Widzę, jak ręce mężczyzn z bębnami wysuwają się w moją stronę niczym niezmiernie długie gałęzie albo korzenie drzew i ściskają moją dłoń między płomieniami. Jedna po drugiej, czarne korzenie. Nad placem Da’a między jasnym księżycem a blaskiem ogniska powstaje las rąk, niczym gąszcz namorzynowych drzew. Ze zdumieniem konstatuję, że mimo nocy wszystko widzę. Jak kot. Dziesiątki oślizgłych dżdżownic, wywabionych ulewą, wypełzają powoli spod kamieni i korzeni. Widzę je ostro, jak błyszczą w świetle księżyca. Niczym porozrzucane na mokrej ziemi naszyjniki i kolie. Pośród ciemności i gęstej mgły przesuwają się ludzkie cienie. Nie wiem, czy to adepci nauk szajcha, czy duchy przodków, o których zachrypniętym, wibrującym głosem opowiada teraz za moimi plecami Mamadou Insan. Słyszę jego głos za sobą, przed sobą, słyszę go, jak mówi w moim wnętrzu. Ściana ciepłej wody zakrywa świat. Wracam, znowu zagłębiam się w tym dziwnym, przesyconym intensywnym, drażniącym zapachem domu, wracam. Teraz widzę, że gliniane ściany chaty pokryte są obrazami namalowanymi na wyschniętej skórze albo na czymś w rodzaju pergaminu. Nie są to kartki papieru, na pewno. Z zewnątrz zaczynają dobiegać śmiechy pozostałych członków wspólnoty i głuche miarowe dudnienie aszikos i dżun-dżuns, bębnów Togo. Powoli narastające, jeszcze nieśmiałe i wolne. Deszcz wali o trzcinowy dach. Wytężam wzrok, żeby dojrzeć kształty na obrazach. Mam wrażenie, że to różne kombinacje trójkątów, tworzących figury podobne do gwiazd. Niepodległość trójkątów. Blask ogniska wpada przez otwór chaty i oświetla wszystko niczym w jawańskim teatrze cieni wayang kulit. Widzę teraz obraz wiszący najbliżej mnie. Farba błyszczy od wilgoci, aż bolą oczy. Oczy szeroko otwarte, bo nie wierzą w to, co widzą: na obrazie postać średniowiecznego mnicha pochylonego nad pulpitem skryptorium, nad księgą w brązowych okładkach. Terkot bębnów narasta. Wpatruję się w oczy mnicha. Wydają się pełne zdumienia przemieszanego ze strachem. Na brzegu mnisiego stołu zauważam nieduży czarny punkt. Cienie ognia i księżyca omiatają wnętrze domostwa Mamadou Insana. Zdaje mi się, że słyszę jego ochrypnięty starczy głos, a potem łagodny śmiech Filipa Kabbaniego.
Tarika
Autor: Piotr Ibrahim KalwasWydawnictwo: JanKa
Wydanie polskie: 2/2012
Liczba stron: 232
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788362247165
Wydanie: 1
Cena z okładki: 28,60 zł
Sklep
Forum