Aneta Pudzisz – Muriel (fragment)


Już kilka dni przed pełnią, gdy obserwowałam refleksy światła tańczące na szybach, poczułam, że zdarzy się coś złego. Przeczucie pojawiało się nie pierwszy raz. Przychodziło znienacka, wraz z delikatnym impulsem przebiegającym ogon, grzbiet, sięgającym aż po czubki uszu.
Wtedy, w takich chwilach, niebo nabierało koloru krwi, świat zwalniał i zamierał, a w powietrzu unosił się intensywny zapach mięty. Wszystko trwa zazwyczaj nie dłużej niż ułamek chwili.
Ludzie określają to jako przeczucie, lub bezczelniej – szósty zmysł.
Ja nigdy tego nie nazywałam. Koty wiedzą i już, po prostu. To przedziwne uczucie, które pojawia się znikąd, nagle, gdy leżysz na trawie, wylizujesz futro lub wsłuchujesz się w szmer deszczu. I nic na to nie można poradzić.
Gdy świat ponownie ożył, zamrugałam nerwowo oczami, wciąż wpatrując się w połyskujące okna. Wszystko było na swoim miejscu. Mogłabym spokojnie skłamać, że nic się nie wydarzyło.
Mimo to, pozostało uczucie niepokoju. Spojrzałam jeszcze raz na gasnące słońce. Zastanawiałam się, czy na pewno mam rację. Przecież pomyłki zdarzają się każdemu. Nawet kotom, jak bardzo by się tego nie wypierały.
Ale o pomyłce nie było mowy. Mój, pożalcie się bogowie, dar był niezawodny.

W kuchni było duszno. Pod sufitem kotłowało się nieznośne napięcie, które tylko czekało na pretekst, by wybuchnąć. Spod przymrużonych powiek obserwowałam dwie postacie. Pierwszą była kobieta, kursująca pomiędzy stołem a zlewem, drugą – młoda dziewczyna siedząca w kącie i skubiąca nerwowo rękaw.
Szum wody. Pociąganie nosem. Wilgoć. Złość. Wyborna mieszanka.
Przypomniałam sobie impuls. Naprawdę wolałabym się mylić.
Tabita w zapamiętaniu szorowała patelnię. Kran z sykiem wypluwał wodę, w górę wzlatywały kłęby pary.
Skulona dziewczyna co chwila zerkała niepewnie to na Tabitę, to na mnie, by zaraz potem spuścić wzrok. Rude kosmyki opadły jej na oczy. Wreszcie podniosła głowę.
- Może jednak…
- Nie, Kora .
- Ale…
- Nie.
Tabita odwróciła się, patrząc zaczepnie, ale dodała łagodniej:
- Skarbie, masz już osiemnaście lat.
- Tylko osiemnaście.
- Aż – odparła z naciskiem Tabita. – To najlepszy, wprost wymarzony okres. Ile niby mam się tobą opiekować? Kora, dojrzewasz, przecież to nie choroba. Cholera, poparzyłam się wodą… Dorastasz, rozumiesz? Dorastasz do bycia kobietą, matką, do bycia czarownicą.
- Nie chcę być ani kobietą, ani matką, a już na pewno nie skretyniałą wiedźmą – warknęła Kora. Tabita oderwała wzrok od zlewu, jej bursztynowe oczy zwęziły się lekko. Kora zdawała się tego nie zauważać. – Nie chcę być czarownicą – powtórzyła. – Była nią moja matka, babka, prababka i założę się, że praprababka także… Ty nią jesteś. Wystarczy tego dobrego.
Tabita taksowała Korę uważnym spojrzeniem, lekko unosząc brwi. Wróciła do naczyń. Szybkimi ruchami szorowała talerze, co raz podkręcając wodę. Gdy skończyła, wytarła ręce, poprawiła włosy.
- Widzę, że nie rozumiesz – mruknęła w końcu. W przelocie chwyciła ścierkę i cisnęła nią w Korę. – Wycieraj talerze i słuchaj. Magia istnieje w naszej rodzinie od zawsze, przekazywana na wszystkie dziewczyny w rodzinie. Te zdolności wysysasz z mlekiem matki. Tutaj nie ma kwestii, czy ktoś chce posiąść magię czy nie. Nikt cię nie pyta o zdanie. Wkrótce nadejdzie pełnia, a ty poczujesz Zew, bo nadchodzi najodpowiedniejszy moment na Przemianę. Przemianę w czarownicę, podczas której obudzi się twoja aura. Na głowę zwali ci się tradycja rodziny, przeznaczenie, potęga magiczna. Naprawdę chcesz z tym wszystkim walczyć?
Kora zamierzała coś odpowiedzieć, ale w końcu tylko zacisnęła usta, tępo wpatrując się w lśniące kafelki. Machnęłam ogonem. Przyznam, zrobiło mi się jej żal. Tabita, najwyraźniej zadowolona ze swojego wywodu, nie zwracała uwagi na przygnębienie Kory. Dziewczyna spojrzała na nią z wyrzutem i dziwnym bólem w oczach. Nie, nie rozumiałam jej zacięcia, ale podobało mi się. Lubię silne istoty. Zastanawiałam się jednak, czy tą siłą i uporem coś wskóra. Tabita zabrała się za polerowanie szklanek.
- Zjesz kolację?
- Nie jestem głodna – odparła oschle Kora i ruszyła w stronę schodów. Odprowadziłyśmy ją spojrzeniami. Tabita przymknęła powieki, szepcząc coś przez chwilę. Potem utkwiła wzrok we mnie. Jej oczy przypominały dwa lśniące kawałki bursztynu.
- Nie oskarżaj mnie, Muriel – przyjrzała mi się uważnie.
Gdzieżbym śmiała.
-Robię to dla jej dobra.
Naturalnie.
W odpowiedzi ziewnęłam szeroko i poczęstowałam ją pogardliwym spojrzeniem. Tabita nie mogła, nie chciała wiedzieć, co o tym wszystkim myślę. Zresztą, nie miałam jej tego za złe. Nie powinnam być zdziwiona, wiedziałam, że kiedyś dojdzie do tej rozmowy. Podejrzewałam też, że Kora nie będzie zachwycona. Spojrzałam przez szybę na zdziczałe jabłonie. Poskręcane drzewa rzucały coraz dłuższy cień, słońce powoli ześlizgiwało się za horyzont. Zapowiadają się piękne dni, pomyślałam. Nie, nie czułam tego, ja to wiedziałam.
Odwróciłam wzrok, gdy do kuchni weszła prababka. Opatulona szlafrokiem, wczłapała na środek pomieszczenia, zaciągając się papierosem.
- Owoce dojrzewają, upadną na trawę – westchnęła, drapiąc policzek czerwonym paznokciem. – A ja mam dosyć żonkili.
- Naturalnie, prababciu – mruknęła Tabita.
- Radośni jak słońce w południe, prawda mój świetliku?
Tabita chwyciła prababkę za łokieć. Staruszka obojętnie wzruszyła ramionami, dmuchając kobiecie papierosowym dymem w twarz. Tabita zagryzła wargi, oparła się o krawędź stołu.
- Nie możemy dłużej zwlekać – zabębniła palcami o blat. – Muriel, porozmawiasz z nią?
Po diabła? Z góry wszystko ustaliłaś, nie mam ochoty bez potrzeby pałętać się po domu.
- Pozwól się jej chociaż wypłakać w futro – warknęła ze złością. – Jesteś jej kocicą, czy tak?
Wzruszyłam ramionami. Po kociemu.
- Idź, nie ma wiele czasu. Chcę zdążyć do pełni – brązowe źrenice wpatrywały się we mnie uparcie. – To jak, zrobisz to?
Przymknęłam powieki, trwając w bezruchu aż do wyjścia Tabity i prababki. Słyszałam ich przyciężkie kroki, nieco zbyt gwałtowne trzaśnięcie drzwiami, kilka głębszych westchnień. Przynajmniej ją rozzłościłam, pomyślałam z zadowoleniem.
Jednak i tak pójdę do sypialni na poddaszu. Muszę porozmawiać z Korą, a przynajmniej z nią pobyć. Ot, pomilczeć. Byłam jej to winna. Postanowiłam jednak nic nie sugerować, niech sama dojdzie do wniosków. Bezszelestnie ześlizgnęłam się na podłogę. Niech tylko zajdzie słońce.
Ognista kula nie śpieszyła się zbytnio. Obserwowałam, jak ostatnimi promieniami złoci czerwone dachówki naszego domu, a światło przemyka po szybach. Budynek wydawał się być niepozorny, przypominający dom dla lalek, z werandą, kolorowymi okiennicami i lekko przechylonym kominem. Domek jakby wycięty w książki dla dzieci. Brakowało Złotowłosej, trzech miseczek, rodziny niedźwiedzi. Albo Czerwonego Kapturka. Albo Roszpunki. Albo kogoś innego z bajkowej bandy.
Budynek otaczały drzewa i dobrze utrzymany ogród. Kilkadziesiąt kroków za rabatką azalii i półdzikim sadem, roztaczał się gęsty, już mniej bajkowy las. A słabo wydeptana ścieżka prowadziła w jego głąb, dalej, dalej, aż na pewną polanę w głębi puszczy, gdzie pod kopułą nieba znajdował się niszczejący ołtarz, pamiętający boskie panowanie. Tak przynajmniej twierdziła prababka w przypływach świadomości. Stare runy zatarł czas, ale kamienny blok wciąż promieniował mocą, którą czułam nawet ja, nawet teraz, nawet tu, wylegując się przed domem.
Trzeba się z tym pogodzić. W domku nie mieszkają czarodziejki, w lesie nie ma wróżek. Może dawniej… Nie pamiętam, przykro mi. Ale nie radzę ich szukać. Przymknęłam oczy, grzejąc futro ostatnimi promieniami słońca.

ZWIERZEnia

Wydawnictwo: La Boheme
Wydanie polskie: 8/2008
Liczba stron: 348
Format: 150x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-927126-8-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 29 zł


blog comments powered by Disqus