Marta Witkowska - Nie ja potworem (fragment)
Smoki przychodzą na świat, nosząc w sobie wiedzę poprzednich pokoleń. Wam, ludziom, ciężko jest to zrozumieć, wasze młode rodzą się takie słabe i nieporadne. My, przebijając twardą skorupę jaja, odnajdujemy doświadczenia, coś jakby wspomnienia. One żyją w nas, głęboko w sercach i umysłach. Dlatego zaraz po wykluciu się wiemy, do czego dążyć, a czego unikać. Dlatego nawet smoczątko przewyższa mądrością waszych siwowłosych starców.
Kolejną rzeczą, której człowiek nie pojmie, jest więź łącząca smocze rodziny. Ta wasza miłość, phi! Reakcje chemiczne w organizmie, a z czasem – przyzwyczajenie. Smoki… Smoki wiąże łańcuch z nierozerwalnych ogniw, potrafimy fizycznie odczuć, co dzieje się z naszymi bliskimi – rodzicami, rodzeństwem, dziećmi… Znamy ich myśli. Nie przeszkadza w tym fizyczna odległość, świat nie ogranicza nas w ten sposób.
Właśnie dzięki temu zaraz po wykluciu wiedziałem, że smoczyca, która jest moją matką, jest blisko. Zjawiła się wkrótce, przynosząc pierwszy posiłek – ubitego przez nią szczura. Jednocześnie była to jedyna żywność, jakiej miałem prawo od niej żądać – smocze potomstwo musi stać się niemal samodzielne już w pierwszym dniu po ujrzeniu świata. Nasze młode to nie wasze, wymagające stałej troski i opieki dzieci. Jesteś słaby, giniesz. To prawo natury, któremu tak uparcie się sprzeciwiasz, człowieku.
Jestem czerwonym smokiem, moim znakiem rodowym jest płomień. Znaczy to, że w trzecim dniu istnienia przyszedł dla mnie czas na dziewiczy oddech ogniem. Musiałem nauczyć się zionąć. Myślicie pewnie, że umiejętność ta przychodzi naturalnie i łatwo, jak waszym dzieciom zdarza się wydawać z siebie pierwszy krzyk? Otóż nie, wydychanie swego inauguracyjnego płomienia przychodzi w wielkim cierpieniu, ogień nie zważa na to, czy jesteś jego wrogiem, przyjacielem, czy krewnym. Pali przełyk i podniebienie, w rezultacie zionie się wreszcie wraz z potężnym krzykiem bólu. Taki i ja z siebie wydałem, mając wrażenie, że zatrzęsło się nasze skalne siedlisko. Tym samym stałem się jednak pełnoprawnym członkiem swego rodu. Me serce rozpierała duma, choć miałem wrażenie, że w gardle rozwarła się czeluść piekielna.
Szybko nauczyłem się polować, zaczynając od drobnej i bezbronnej zwierzyny w rodzaju szczurów, licznie zamieszkujących okolice naszej kamiennej jaskini, utworzonej przez wodę w górskim zboczu. Wkrótce wylatywałem już na zewnątrz, pożerając ptaki i zające, ucząc się coraz doskonalszej sztuki panowania nad własnymi skrzydłami. I to nie jest łatwe, chociaż w konfrontacji z zionięciem wygląda na dziecinną zabawę.
Wylatując poza skały, zacząłem też dostrzegać otaczający mnie świat. Była wczesna wiosna, natura lekkim dotknięciem budziła właśnie wszystkie swe płody z długiego, zimowego snu. Rozpościerająca się przed naszymi górami łąka zieleniła się najświeższym z odcieni zieleni, a drzewa przybierały swe wdzięczne odzienie. To tu, to tam, wśród traw pojawiały się główki polnych kwiatów. Dlaczego wy, ludzie, mówicie o nas, że jesteśmy bestiami, nie potrafiącymi dostrzec wokół siebie piękna? Czyż bardziej cywilizowaną i inteligentniejszą rasą jesteście ze względu na waszych poetów, siedzących w letni wieczór pod drzewem wiśni i tworzących poematy? To tylko wasza próżność każe wam myśleć, że spisywanie słów to kreowanie piękna. Nie dodasz więcej doskonałości tym białym płatkom, wierszokleto! A ty, malarzu, marnie próbujący oddać perfekcję natury na swych płótnach? Po co starasz się namalować tę gałąź prosto, czyż nie widzisz piękna w jej krzywiznach? Nasza Matka nigdy nie uczyła się geometrii!
O tak, człowieku, zaiste potrafisz docenić to, czym obdarza cię przyroda. To również dostrzegłem prędko, wylatując pewnego dnia trochę dalej niż zwykle. U stóp gór, w których mieliśmy swą siedzibę, przycupnęła niewielka ludzka osada. Przysiadłem na grani, spoglądając ciekawie w dół, bo trzeba wam wiedzieć, że smoki obserwują świat bardzo chętnie, chętnie zdobywając wszelką wiedzę. Patrzyłem wobec tego na jasnożółte strzechy domków i dwunożnych przedstawicieli twej rasy, człowieku, uwijających się skrzętnie wokół tych malutkich kwadracików. Dostrzegłem jednak coś jeszcze, mianowicie dymy unoszące się z kominów waszych chat oraz z obejścia kowala, w trudzie tworzącego jakieś niezbędne wam narzędzia. Powiesz mi może, że dym ten w chwilę później rozpłynął się w powietrzu, nie szkodząc wcale jego błękitnej przejrzystości? Powinieneś wobec tego siąść wtedy przy moim boku i przyjrzeć się dokładnie, jakie ilości czarnych kłębów unosiły się nad niewielką przecież osadą.
Chwilę później odebrałem ostrzeżenie od matki i sam również dostrzegłem niebezpieczeństwo. W dole, w pewnej odległości od wioski, pracowała drużyna drwali. Widziałem błysk słońca, odbijający się w stali zaostrzonej siekiery i wieloletnie drzewa, padające pod jej ostrzem. Wyjaśnisz mi, człowieku, że drewno potrzebne ci przecież do budowy domów i ogrodzeń? A czy obchodziło cię, ile domostw leśnych stworzeń zniszczyłeś, obalając ten stuletni dąb, którego ośmiu mężczyzn twej rasy nie zdołałoby objąć wokół? Jak to się ma do pieśni, w których sławicie piękno dziewiczych lasów?
Nie czekałem już dalej, wolałem rozłożyć skrzydła i poddać się podmuchom wiatru. Być może byłeś wówczas w dole, być może widziałeś krótki czerwonawy blask łusek w świetle słońca.
Miałem już rok, gdy pozwoliłem się ludziom dostrzec w pełnej krasie. Oczywiście, roczny smok jest jeszcze gówniarzem, ale wystarczy mu już siły, by zasiać w sercach strach. Świetnie panowałem nad swym lotem i płomieniem, wobec tego, powodowany dumą i brawurą, chciałem zobaczyć przerażenie ludzi w wiosce. Nie bez znaczenia było również stado owiec, wypasane praktycznie tuż pod moim nosem, na łące u podnóża gór, pod opieką dwóch młodych chłopców. Obfitość miękkiego mięsa pod kołderką z białej wełny, jakże różniła się ta żywność od starych, łykowatych kozic na górskich stokach! Każdemu przewróciłoby się w głowie od tego dobrobytu.
Obejrzałem dokładnie całe pastwisko i upewniłem się, że nie grozi mi żadne niespodziewane niebezpieczeństwo, po czym atakiem z góry pochwyciłem w pysk jedną z owiec. Pilnujący zwierząt chłopcy zerwali się z krzykiem i padli sobie nawzajem w objęcia, jakby miało im to w czymkolwiek pomóc. Nie chciałem właściwie zrobić nikomu krzywdy, powodował mną raczej głód, ale widząc to przerażenie, poczułem się nagle wszechmocny. Wszak to na widok moich potężnych skrzydeł i ostrych zębów te ludzkie niedorostki mało nie narobiły w spodnie. Opadłem ciężko na trawę, wypuszczając ze szczęk pochwyconą owcę, martwą i spływającą krwią. Kolejne zwierzę zabiłem machnięciem łapy uzbrojonej w pazury, potem zaś przyszło mi do głowy naprawdę zrobić wrażenie. Uniosłem pysk ku niebu i zionąłem płomieniem, obwieszczając własną moc. Gdy spojrzałem znowu w kierunku chłopców, nie mogłem chyba być bardziej zadowolony – jeden z nich padł, zemdlony, drugi uciekał w te pędy w kierunku osady, pozostawiając owce bez opieki.
Miałem właśnie dokonać wiekopomnej masakry, gdy mój mózg przeszyło napomnienie. Nie ma co, smok czy człowiek, matka zawsze zepsuje ci zabawę w najlepszym momencie! Zjawiła się znikąd, spadła wręcz z nieba, fuknęła na mnie tylko, parskając płomieniem, porwała jedną z zabitych owiec i odleciała. Pochwyciłem drugą, niech się nie zmarnuje, i również wzbiłem się w powietrze.
Już w trakcie lotu otrzymywałem reprymendę, matka rozkręciła się jeszcze przy naszej jaskini. Nawymyślała mi od brawurowych młodzieńców, upojonych własną siłą. „Ludzie tylko wydają się tacy słabi!” – przekazywała, rozdzierając kłami mięso upolowanego przeze mnie stworzenia – „Widziałeś tego drugiego chłopca, pobiegł po pomoc. Zdziwiłbyś się pewnie, gdyby za moment na pastwisku zjawił się oddział mężczyzn z siekierami”. Parsknąłem lekceważąco, trącając pazurami moją owcę. Od czego mam skrzydła? „Ochronią cię przed mieczem i ostrzem w dłoniach napastników” – nadeszła natychmiast odpowiedź – „Co jednak zrobisz, gdy znajdzie się kilku z łukiem lub kuszą? Latamy, owszem. Jesteśmy zwrotne i szybkie, prawda. Ich natomiast bywa wielu, mój synu. Niech nie zgubi cię głupota i zachłanność, dwie owce to dość, by zaspokoić głód. Mordowanie wielu nie jest ci potrzebne”.
Z niechęcią przyznałem jej rację. Nie musiałem zabijać owiec, których nie dałbym rady zjeść. Nie chciałem być podobny człowiekowi, zagarniającemu z natury, ile się da. Niech pierzem i futrem na zmianę porosnę, jeśliby tak się stało!
Dopiero po kilku latach przekonałem się, że matka miała słuszność również w sprawie siły ludzi, niestety. Smoki, nie niepokojone, żyją tak długo, jak same zechcą. Tylko one mogą zdecydować, czy czas już nadszedł. Nie imają się nas choroby i nie dokucza starość.
Dlatego wyobraź sobie, człowieku, moje zaskoczenie i niepokój, gdy odebrałem sygnał o zbliżającej się śmierci matki. To nie ona wysłała mi wiadomość, po prostu poczułem nagle ból w całym ciele, połączony z porażającym strachem i wszechogarniającym poczuciem zagrożenia. Wiedziałem, że tak właśnie odczuwa w tym momencie bliska mi smoczyca – moja matka.
Bez zastanawiania się wzleciałem ponad skały, by dostrzec na skraju lasu widok mrożący krew w żyłach. Smoczyca leżała na boku wśród gromady rozsierdzonych ludzi. Jej ciało naszpikowane było strzałami i bełtami, dodatkowo szarpały ją ostrza toporów i nielicznych mieczy. Łuska skrzyła się czerwienią, już nie własną, metaliczną, lecz purpurą krwi. Bo musisz wiedzieć, człowieku, że nasza i wasza krew wcale nie różni się barwą, jak chciałbyś wierzyć. W smokach płynie taka sama czerwień.
Chciałem podfrunąć i przegonić ludzi oddechem płomienia, niemal rzuciłem się już ku krwawej scenie. Moja matka poświęciła mi jednak jedną świadomą myśl, być może swoją ostatnią. Przykazała uciekać, uspokoiła, że jej czas nadszedł i nic już nie zmienię. Cofnąłem się posłusznie pomiędzy szczyty, słysząc wiwaty zwycięskich ludzi. Cieszyli się niepomiernie z ubicia bestii, mordującej owce i zagrażającej osadzie.
ZWIERZEnia
Wydawnictwo: La BohemeWydanie polskie: 8/2008
Liczba stron: 348
Format: 150x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-927126-8-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 29 zł
Sklep
Forum