"Frost i Boże Narodzenie" - recenzja książki

Autor: Darek Czywilis
1 grudnia 2008

Jack Frost nie jest bohaterem, którego da się polubić od pierwszego wejrzenia. Od drugiego, trzeciego, czy szóstego też nie. Nic nie jest w stanie zmienić tego wrażenia - nie jest ani tak przystojny jak Myron Bolivar z serii powieści Harlana Cobena, ani błyskotliwie inteligentny jak Sherlock Holmes czy Hercules Poirot, nie ma też w sobie dekadenckiego uroku Eberhardta Mocka. A na dobitkę nie jest bohaterem urzekającej powieści. Jest bohaterem powieści... problematycznej.

Problem pierwszy - postać tytułowa. Pozornie wszystko gra - bohater, na bakier z normami, odnoszący sukcesy zawodowe pomimo swojego ostentacyjnego braku szacunku wobec zasad (a może dzięki nim?), z tragedią rodzinną w tle... Tyle, że inspektor Jack Frost wciąż pozostaje antypatycznym, wulgarnym niechlujem, który nie rozwiązuje stojących przed nim zadań - owe rozwiązania same w niego wpadają, podobnie jak kolejne wątki i postacie wrzucane w tok narracji zgodnie z zasadą deus ex machina. Nie przekonują nas równie chaotyczne i niczym nieuzasadnione osobiste wynurzenia inspektora, podobnie jak fakt, że zlecone mu sprawy zdaje się rozwiązywać wyłącznie po to, by zrobić na złość przełożonym.

Niewiele lepsza jest galeria pozostałych policjantów z miasteczka Denton, czyli problem drugi. Wszyscy z nich są albo kretynami, albo płytkimi karierowiczami, a pojawienie się żadnego z nich nie sprawia, że czytelnik uśmiecha się szerzej lub zaczyna czytać z większym zainteresowaniem. Powierzchowność opisów ich osobowości i wtłoczenie ich w kilka pasujących autorowi klisz wcale nie pomaga - przeciwnie, sprawia, że szybko zapominamy kto jest kim i jakie ma znaczenie dla kolejnych wydarzeń.

Fabuła - problem numer trzy. W natłoku wyskakujących jak Filip z konopii wątków pobocznych gubi się główna nić opowieści, a my szybko przestajemy się orientować, czego tak naprawdę szuka inspektor Frost. Na pewno nie jest to mała Tracy, która znika bez wieści na samym początku książki. A jeżeli jakiś czytelnik zacznie czuć wyrzuty sumienia, że przestał śledzić przebieg poszukiwań, to pragnę zawczasu uspokoić - małe dziewczę dość szybko okazuje się być paskudnym, wścibskim i złośliwym bachorem.

Sprawę pogarsza język powieści - opisy powtarzają się nachalnie niczym wizyty akwizytorów (tak, panie Wingfield, wiem, że w Denton jest zimno i wieje wiatr, nie musi Pan tego powtarzać szesnaście razy w ciągu rozdziału!), opisy rozterek emocjonalnych mieszkańców miasteczka są głębokie jak scenariusz M Jak Miłość (nie uwłaczając), a ich styl zamiast wzruszać - wywołuje parsknięcia ponurego śmiechu, podobnie jak rozwiązanie przedstawionych zagadek.

Czy w tym misz-maszu zaludnionym przez zboczeńców, cyników, złodziei i zwyczajnych idiotów znajduje się choć jedna rzecz, dla której warto w ogóle sięgać po tą książkę? Ja stawiam na realia - miasteczko w okolicach głębokiego nigdzie, pogrążone w thatcherowskiej depresji i wszechobecnym rozkładzie, którego rdza atakuje przede wszystkim struktury społeczne. Nie ma rodziny, która nie skrywałaby wstydliwych sekretów, nie ma też miejsca, w które możnaby uciec przed nudą i degrengoladą. Szkoda tylko, że nutę tą autor wygrywa z subtelnością czołgu.

Czy jest w ogóle ktoś, kto powinien po tą książkę sięgnąć? Szczerze mówiąc, to nie przychodzi mi do głowy nikt, poza mało wymagającymi fanami kryminałów. Choć i oni mogą się zniechęcić ciągłymi wzmiankami o zimowej pogodzie... którą i tak mamy za oknem.

Jack Frost #1 - Frost i Boże Narodzenie

Autor: R. D. Wingfield
Wydawnictwo: Rzeczpospolita - Przedsiębiorstwo Wydawnicze
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 7/2007
Tytuł oryginalny: Jack Frost: Frost at Christmas
Rok wydania oryginału: 1984
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60192-30-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 33 zł


blog comments powered by Disqus