Recenzja książki "Nowohucka telenowela"
Nie tak często spotyka się reportaż, który nie opowiada o dramatycznych wydarzeniach. Trudno pisać bez wielkiego konfliktu w tle. Ale da się. Powiem więcej: można to zrobić bardzo dobrze. Jak Renata Radłowska w „Nowohuckiej telenoweli”.
Książka jest galerią portretów. Przedstawiają one ludzi mieszkających w Nowej Hucie, jej budowniczych, którzy byli tam od samego początku, we wsiach, na miejscu których jest teraz miasto, lub na placach budowy. To galeria arcyciekawa nie tylko z powodu modeli, ale również dzięki kunsztowi autorki. Renata Radłowska pisze o osobach, które pozornie nie wyróżniają się niczym, poza kilkoma wyjątkami, jak wróżka. Większość historii jednak dałoby się streścić w dwóch, trzech zdaniach. Kobieta, która opuściła dom rodzinny i do końca życia za nim tęskniła. Mężczyzna, który swatał kolegów, a sam przez długi czas pozostał kawalerem. To wszystko.
Ale też nie o same historie tu chodzi, lecz o odmalowanie emocji i charakteru każdego z bohaterów. Autorka ma prawdziwy talent do odnajdywania w ludziach tego, o czym warto napisać. Chciałoby się powiedzieć, że jej bohaterowie, tacy zwyczajni, w reportażu wydają się kimś więcej. Ale to nieprawda. Nadal są zwykli, ani na chwilę nie stają się bardziej barwni. Reportaże Renaty Radłowskiej zmieniają raczej spojrzenie czytelnika. Każą mu odkrywać to, co nieoczywiste w dobrze znanej codzienności.
Przyczynia się do tego język, jakim pisane są reportaże. Bliżej mu do potocznego języka mówionego niż do wyszukanej, literackiej polszczyzny. W konsekwencji ten styl pisania zbliża czytelnika do bohaterów. Ich historie ożywają dzięki niemu. Świetnie współgra z tematem przewodnim, tworzy specyficzny klimat tej książki. Język Radłowskiej pozwala jej również napisać o niektórych sytuacjach z przymrużeniem oka. Te momenty lekkiej ironii lub drobnego żartu w naturalny sposób wpasowują się w strukturę historii i urozmaicają ją, nie zaburzając jej rytmu.
Jak przystało na galerię dzieł sztuki przez duże S, portrety Renaty Radłowskiej potrafią poruszyć. Czytelnik przeżywa smutki i radości bohaterów reportaży wraz z nimi – choć czasami trudno o bardziej odległe mu tematy. Trudno powiedzieć, co konkretnie sprawia, że tak mocno identyfikujemy się z tymi postaciami. Przecież autorka nie daje nam wyraźnych instrukcji, jak mamy je poczuć. „Teraz pora na śmiech, teraz na smutek”. Nic takiego tu nie ma. Nie używa wielkich słów, które zawsze wywołują jakieś skojarzenia, uczucia. Nie robi żadnej z tych rzeczy. I może właśnie w tym tkwi jej tajemnica.
Na koniec krótka historia z happy endem. Po raz pierwszy z „Nowohucką telenowelą” zetknąłem się jeszcze zanim książka trafiła w moje ręce. Fragment wydrukowany był bodajże w „Gazecie Wyborczej”. Przeczytałem go wtedy z mieszanymi uczuciami. „Ciekawe”, stwierdziłem, „ale dziwacznie napisane”. Jednak czekałem na książkę z dość dużą niecierpliwością. Gdy wreszcie zacząłem ją czytać, zupełnie zapomniałem o tamtym pierwszym, nie do końca pozytywnym wrażeniu. Przypomniało mi się dopiero w momencie, gdy zastanawiałem się, jak napisać recenzję.
Jaki z tego wniosek? Czytając „Nowohucką telenowelę”, trzeba zachować ostrożność, bo choć z pozoru nie ma takiego niebezpieczeństwa, książka może wciągnąć na kilka godzin. Czujcie się ostrzeżeni. A poza tym szczerze polecam ją wszystkim miłośnikom reportażu i nie tylko.
Nowohucka telenowela
Autor: Renata RadłowskaWydawnictwo: Czarne
Miejsce wydania: Wołowiec
Wydanie polskie: 11/2008
Liczba stron: 152
Format: 125 x 195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 978-83-7536-053-0
Cena z okładki: 29,00 zł
Sklep
Forum