Czy coś dobrego może wyniknąć z lektury książki poleconej przez znanego pisarza, który uczciwie przyznaje się do tego, że… jej nie przeczytał? Cóż, trochę to pachnie marketingowym zapałem telenowelowych gwiazd namawiających do picia mleka, podczas kiedy same uznają za stosowne zaglądać do innych kieliszków… Chyba na takie okazje wymyślono określenie „niedźwiedzia przysługa”, prawda? Taka też „przysługa” przytrafiła się Robertowi Cichowlasowi, którego „Szóstą erę” bardzo wylewnie poleca i zachwala sam Mort Castle – a kogo jak kogo, ale tego pana przedstawiać wielbicielom dreszczyku grozy nie trzeba! Nazwisko z pierwszej linii, przyznacie sami, szkoda jednak, że Castle nie poprzestał na pisaniu doskonałych horrorów, gdyż niewiele brakowało, bym na lekturze „zachęty” skończył przygodę z powieścią Roberta. I od razu przyznam: stałoby się to z wielką szkodą dla mnie, bo nowe straszydełko współautora „Efemerydy” i „Sępów” (by wymienić tylko te pozycje) okazało się wyjątkowo soczystym i smacznym daniem, którego w swoim menu zażyczyć by sobie mógł każdy wielbiciel literatury grozy.
Akcja powieści rozgrywa się we współczesnej Polsce, a konkretnie w Poznaniu (ach, wreszcie chwila odpoczynku od Wrocławia…). Bohater, Dawid Galiński, zarabia na życie jako nauczyciel licealny i jak przystało na przedstawiciela tego arcytrudnego zawodu, wiele mógłby powiedzieć o horrorach związanych z nauczaniem młodzieży (co jest miłym zbiegiem okoliczności, skoro powieść jest… horrorem właśnie). Wszystkie bolączki codzienne tracą na znaczeniu, kiedy dochodzi do prawdziwej tragedii: jeden z uczniów Galińskiego zostaje brutalnie zamordowany – i niemal oskórowany! – przez swojego kolegę. Wkrótce później mordowani są kolejni wychowankowie Dawida, lecz na tym nie koniec. Groza wypełza poza szkolne mury, wyciąga krwawe łapska ku nowym ofiarom. Giną młodzi i starzy, obdzierani ze skóry, na żywca pozbawiani serc niczym kukiełki w mocno psychodelicznym teatrze… Tylko nieliczni domyślają się, że za niebywałą serią okrutnych zbrodni stoją siły, z którymi nie tylko policja nie ma szans. Jeśli jednak myślicie, że tych kilka trupów to już wszystko, co za pośrednictwem pióra Cichowlasa przygotował poznaniakom los, to jesteście w błędzie. Kiedy w centrum miasta zaczną wyrastać... schodkowe piramidy, poziom napięcia przekroczy dawkę letalną. I zrobi się jeszcze ciekawiej…
W fabule czuć wielki potencjał – wykorzystany solidnie, acz nie do końca – i czuć go, oczywiście, metalicznym zapachem krwi i słodkim fetorem strachu. Jakiż inny system wierzeń nadałby się bardziej jako fundament horroru, niż ten, wywodzący się z tajemniczej, ciągle jeszcze nie do końca poznanej mezoameryki? A jednak, to nie w rycie intrygi tkwi moc opowieści – uznajmy, że cała ta inkasko-aztecka zadyma stanowi po prostu uczciwy i porządnie rozpisany pretekst, aby równie uczciwie móc się przez chwilę bać. Gdybym miał wskazać najmocniejsze strony „Szóstej ery” to napocząłbym listę od narracji, która doskonale wręcz sprzyja wkraplaniu emocji prosto do żył czytelnika. Cichowlas poradził sobie naprawdę dobrze – książka rozkręca się powoli, lecz już po kilkudziesięciu stronach wierzga niczym rozjuszony byk i gna do celu z prędkością i nieustępliwością TGV. Nawet jeśli uznamy fabułę za nie do końca przekonującą, to wkrótce złapiemy się na niemożności oderwania się od powieści, która autentycznie wciąga.
„Szósta era” to horror dynamiczny, dobrze poskładany i robiący mocne wrażenie, posiadający wszelkie cechy mile widziane przez czytelników uzależnionych od ścierpniętej skórki. Nie jest tajemnicą, że straszenie jest sztuką znacznie większą niż banie się. Robertowi coraz lepiej idzie to pierwsze, my wprawiajmy się w drugim.