Recenzja książki "Twarze szatana"

Autor: Michał Gołębiowski
Korekta: Bool
20 czerwca 2009

Już pod koniec czerwca oczy bywalców księgarń ucieszy ładnie prezentujący się graficznie, opasły tom sygnowany dobrze znanym nazwiskiem Kyrcza i nieco mniej znanym, aczkolwiek bardzo pozytywnie kojarzonym przez miłośników polskiej literatury grozy nazwiskiem Cichowlasa. Tomiszcze nosi tytuł: „Twarze szatana”. Liczy prawie pięćset stron. Czy to oznacza, że na półkach zalegnie kolejny okaz literatury, w której, jak w „Lodzie” rozsławionego Dukaja, nikła treść rozdrobniona została do tragicznego wielosłowia? Bynajmniej! Ku mojej uciesze, pierwszym szatańskim obliczem piekła a la Kyrcz & Cichowlas okazał się minimalizm formy, swoista zwięzłość, przy jednoczesnej wylewności najrozmaitszych konceptów, pomysłów i wątków, a nawet… literackich stylów (nie będę zdradzał zbyt wiele). Przyznam: z początku miałem pewne obawy. Wszak „Piknik w piekle” i „Horrorarium” wyglądały bardziej jak zaczątki książek, jak cokolwiek grubsze broszurki, a jednak doskonale się wyczerpywały. Nie za mało, nie za wiele; odpowiednio. Teraz mamy księgę liczącą prawie pół tysiąca stron, na dodatek pisaną w duecie, co może wydawać się karkołomnym przedsięwzięciem. Jak sprawa prezentuje się już po lekturze?

Najmocniejszym, wręcz genialnym, elementem książki są prozatorskie miniaturki, jak te otwierające cały ten szatański gabinet luster. A także fragmenty, wiele świetnych fragmentów, z których można byłoby wyodrębnić takie właśnie miniaturki. Podobnego kunsztu nie znalazłem u żadnego ze współczesnych pisarzy fantastyki. Spójne, zwięzłe i minimalistyczne, oszlifowane jak diament, sprawiają wrażenie zalążka całkiem nowego gatunku; czegoś pośredniego między anegdotą, fraszką a opowiadaniem. Zawsze kończą się zaskakującą puentą. A raczej czymś pośrednim, jak gdyby sugestią puenty. Wiadomo, że Kyrcz od dawna pisze humoreski. Być może tu doszukiwać się należy źródeł tego świetnego konceptu. Cichowlas okazuje się być przy tym bardzo pojętnym uczniem.

Tak jak dwie wcześniejsze książki, które współtworzył Kazimierz Kyrcz, tak też i „Twarze szatana” stanowią tom od początku do końca drobiazgowo przemyślany w sensie artystycznym i koncepcyjnym. Jednocześnie rzuca się w oczy istotne novum u tego autora: wyraźnie zamierzona polifonia, którą tworzy wzajemne przeplatanie się, dopełnianie i rozwijanie wątków z opowiadań obydwu autorów. Podobnego zabiegu nie było w przypadku współpracy Kyrcza z Dawidem Kainem; tam każdy utwór zbioru (również te pisane wspólnie) przedstawiał się jako zupełnie autonomiczna całość, nijak nie łącząca się z żadnym z pozostałych utworów, nie współtworząca idei tomu jako zwartej całości. To, że w przypadku książki Kyrcza i Cichowlasa jest inaczej, znacznie podnosi poziom dzieła, choć z drugiej strony sprawia trudności dla mnie, jako recenzenta, ponieważ wymaga ode mnie oceny całościowej. Całość natomiast jest trudna do ogarnięcia, „Twarze szatana” prezentują bowiem całą galerię różnorodnych charakterów, stylów i motywów, łącznie z motywami twórczo przełożonymi z klasyki horroru (wampir Sferatu, nawiedzona szosa). Dodatkowej trudności w ocenie nastręcza fakt, iż jeden z autorów jest już pisarzem doświadczonym i dojrzałym, drugi zaś – dopiero wypływającym na szerokie wody. Jest to pewne utrudnienie dla syntetycznego ujęcia tomu, lecz na pewno nie minus. Wręcz przeciwnie: ogromnym plusem tej publikacji jest wywoływane w czytelniku wrażenie, że autorom udało się uniknąć przykrej sytuacji, w której ten bardziej doświadczony zdominowałby książkę. Obaj idą przez kolejne opowiadania łeb w łeb: ten drugi wspierany przez doświadczenie pierwszego, pierwszy zaś – wzbogacony o świeżość drugiego, młodszego.

Kazimierz Kyrcz i Robert Cichowlas doskonale odnajdują się w swojej epoce. Postmodernizm naszych czasów przekształca się w oryginalną hybrydę; powstaje muzyka alternatywna, nowa awangarda w teatrze, kino offowe… a w literaturze niegłównonurtowej: nowe oblicze psychodelii. Bo proza tego typu to przede wszystkim doskonały psychodelik. A w następnej kolejności? Doprawdy zabójczy dowcip! Nikt chyba nie oprze się wrażeniu, że nawet podczas lektury tych poważniejszych tekstów jesteśmy członkami postmodernistycznej, niekiedy wyjątkowo drastycznej zabawy…

Niemniej, jak każda książka, również zbiór „Twarze szatana” ma swoje słabe strony. Przede wszystkim, minimalizm pisarskiego stylu, w wielu miejscach szlachetny (Kyrcz już jako debiutant udowodnił, że jest w tej sferze mistrzem; czyżby Guy de Maupassant literatury grozy?), gdzie indziej sprawia wrażenie niedoboru. Powracają motywy z poprzednich dzieł Kyrcza. Zwłaszcza motyw femme fatale, ale już nie w tak zachwycającej postaci, jak w przypadku „Enen” czy „Bezdechu”, dwóch istnych perełek. Niektóre fragmenty dzieła wciąż proszą się o pogłębiony wizerunek psychologiczny bohaterów, inne znów o conradowską nutkę niedopowiedzenia. Obaj autorzy zbyt często zdradzają przy tym niemiłą tendencję przechodzenia od starannego suspensu, budowanego przez wewnętrzny monolog bohatera, do akcji nakreślonej zbyt zewnętrznie, tak zewnętrznie, że miejscami odczuwa się wyraźny brak czegoś subiektywnego, „wewnętrznego”. Niekiedy wydaje się, jak gdyby twórcy mieli tę świadomość, a pewne kroki, by ów brak uzupełnić, poczynił Cichowlas (niezwykle oryginalne love story „Krzyk malarza”), niemniej nie powinno się go lekkomyślnie przeciwstawić Kyrczowi, górującemu pisarskim warsztatem i doświadczeniem.

Czy tytuł jest adekwatny do zawartości tomu? Po przeczytaniu całości można odnieść wrażenie, że jest nieco tendencyjny. Nie zdarzyło nam się przecież spojrzeć Szatanowi prosto w oczy. A jednak – postać Księcia Ciemności przewija się przez każde z opowiadań, tyle że mniej naiwnie, niż my, jako czytelnicy, spodziewalibyśmy się po literaturze grozy. Szatan pokazuje tu mnogość swoich odrażających twarzy poprzez absurd, zagrożenie, makabrę codziennego doświadczenia bohaterów (kolejna innowacja: pokazanie codzienności poprzez niecodzienność, ubranie niecodzienności w ramy codzienności). Raz będzie to ponura twarz diabła dantejskiego, innym zaś razem figlarna maska Wolanda, zawsze pokazana nie wprost, lecz poprzez subtelne zarysowanie… no właśnie: szatańskiej codzienności. Miejscami było trochę klimatu z comedy of menace Harolda Pintera, miejscami nieco reminiscencji filmowej Tromy. Oto prawdziwe twarze szatana. Cała galeria groteskowych postaci z tomu schodzi wobec nich na dalszy plan.

Jest jeszcze jedno wspaniałe novum książki. Mylący może okazać się bowiem jej podtytuł („Antologia opowiadań grozy”. Czy aby na pewno antologia w klasycznym tego słowa znaczeniu? Czy opowiadań grozy?) oraz klasyfikacja tomu w obrębie gatunku: horror. Może bardziej chodzi tu właśnie o groteskową szaradę z czytelnikiem? Z drugiej strony, termin „opowiadania grozy” niekoniecznie musi oznaczać konkretny gatunek. Wszak zgadza się, że ludzka egzystencja w „Twarzach szatana”, choć potraktowana ze sporym dystansem, zanurzona jest bez reszty w nastroju grozy.

Twarze Szatana

Autor: Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr
Wydawnictwo: Grasshopper
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 6/2009
Seria wydawnicza: Mroczny Świat
Liczba stron: 464
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788361725060
Wydanie: I
Cena z okładki: 32 zł


blog comments powered by Disqus