Recenzja książki "Gilotyna marzeń"

Autor: Darek Czywilis
19 maja 2011

Saga Koło Czasu Roberta Jordana stanowi jeden z największych fenomenów współczesnego fantasy. Mimo śmierci autora (tuż po napisaniu Gilotyny marzeń właśnie) jego praca jest kontynuowana, wciąż przybywają nowi fani, a starzy wielbiciele serii regularnie do niej wracają. Pojawiają się też wzmianki o kolejnych przymiarkach do ekranizacji. Należy jednak pamiętać, że za tę legendę odpowiedzialne są pierwsze tomy serii, w których akcja pędzi na złamanie karku, a saga jest naprawdę wciągającą opowieścią o inicjacji typowych "niechętnych bohaterów" (reluctant heroes) - młodocianych, nieznających świata, przerażonych ogromem postawionego przed nimi zadania. W dalszych tomach widać niestety, iż Jordan pisał je bardzo szybko, bezustannie poganiany przez wydawców. Zagubił się gdzieś pomysł, tempo narracji zaczęło się kojarzyć z żółwiem chorym na lumbago, a bohaterowie porozjeżdżali się we wszystkie możliwe strony świata, co stało się pretekstem do wprowadzania miliona niepotrzebnych wątków pobocznych oraz miliarda zbędnych postaci epizodycznych.

Gilotyna marzeń miała być tomem przełomowym - i poniekąd jest. Akcja wraca do swojego pierwotnego tempa dopiero w końcówce, kiedy ciągnące się wątki w końcu zostają zamknięte, część protagonistów wreszcie ląduje w jednym miejscu, a Ostatnia Bitwa, Tarmon Gai'don, nareszcie staje się czymś bliskim i namacalnym. Niestety, owo "poniekąd" oznacza, że pierwsze 17 rozdziałów (czyli recenzowana właśnie pierwsza część tomu) jest podsumowaniem wszystkiego, co najgorsze w serii.

Nie ma, naprawdę nie ma w tej książce jednego elementu, który nie wywołałby u czytelnika apopleksji, toczenia piany oraz zaawansowanej agresji wobec materii nieożywionej. Akcja nie posuwa się do przodu ani o krok, zamiast tego autor z uporem godnym znacznie lepszej sprawy, przypomina nam ustami bohaterów o ich celach, sympatiach i antypatiach. W ciągu jednego rozdziału dowiadujemy się chyba dwadzieścia razy o tym, że Elayne nie lubi koziego mleka. Jak to się ma do fabuły, Tarmon Gai'don, jej związku z Randem? No właśnie. Innym razem Perrin doprowadza nas do ciężkiej choroby powtarzaniem, iż nic się dla niego nie liczy poza uratowaniem Faile. Co robi, aby ocalić żonę? Łazi w kółko i powtarza, że nic innego się nie liczy. Nic. Nie liczy się. Nic więcej. O powtarzalnych opisach (czy jest w tym uniwersum kobieta, która nie splata rąk na piersi, bądź nie składa dłoni w małdrzyk, bez względu na okoliczności?) nawet nie wspominam, bo szkoda zdrowia.

Akcji nie ma, to może chociaż jakieś porywające opisy, sceny obyczajowe, jakaś głębia olbrzymiego świata, który stworzył Jordan? Wolne żarty. Jedyne, czym zostaniemy uraczeni (i to w nadmiarze), to opisy strojów oraz kar cielesnych, którym zostają poddawane żeńskie bohaterki. Miłośnicy chłosty i skrajnie naiwnych wyobrażeń o modzie mogą być zadowoleni z lektury. I tylko oni.

Zostają jeszcze bohaterowie. Może pomimo wspomnianej powyżej idiotycznej maniery autora da się z nimi utożsamić, czuć do nich sympatię, albo po prostu ich z pasją nienawidzić? Gdzie tam. Mat, sprawiający dotąd całkiem sympatyczne wrażenie (aż kontrolnie sięgnąłem do pierwszych części, by się upewnić, że to nie omam) i wnoszący sporo życia do serii, stał się kompletnie zagubionym matołkiem, który zasadniczo chciałby coś zrobić ze sobą (i narracją powieści), ale nie wie co. Więc się snuje w kółko, próbując umizgów do Tuon. Ale na nie spuśćmy lepiej zasłonę miłosiernego milczenia.

Dochodzimy w tym miejscu do kolejnej wady książki - jej nieznośnego anachronizmu pomieszanego z nachalnym seksizmem. Bogowie, to nie są filmy z lat 20., gdzie niemal każda postać kobieca była nieznośnie rozmemłaną idiotką (ewentualnie przesadnie okrutną femme fatale, której kluczową umiejętnością jest pusty wzrok i bezmyślny wyraz twarzy) wiszącą na ramieniu dzielnego herosa. Wspomniany heros zaś ma bezsensowne ciągoty do pozbawionego choćby szczątkowej refleksji bohaterstwa i płochliwości w sprawach romantycznych. Rozumiecie, drodzy Państwo - pranie smoków po paszczach to betka, zaś zamienienie dwóch słów z wybranką serca jest wyzwaniem ponad siły. Jak ktoś nie wie o czym piszę - polecam klasyczne filmy z Rudolfem Valentino, Errollem Flynnem, etc.

Durne zwroty akcji, które niczego nie wnoszą do historii. Płascy, niewiarygodni i bezdennie głupi bohaterowie. Przełomowe wydarzenia, które wywołują parsknięcie śmiechu. Natłok pozbawionych celu opisów. Sztampa i seksizm. Potencjalnie ciekawe wydarzenia, które urywają się zanim się zaczną. Żenujące dialogi. Nie wiem, co mogłoby jeszcze zaniżyć jakość tego dzieła... Wróć, wiem. Dramatyczna jakość polskiego wydania. Tłumaczenie Jana Karłowskiego odbiera resztki życia temu truchełku, oddalając je przy okazji od kanonów polskiej gramatyki, składni czy stylistyki. I nie jest żadnym wyjaśnieniem, że pracował nad wyjątkowo niewdzięczną materią. Nie wierzę też, aby tę książkę widział na oczy jakikolwiek redaktor, edytor, korektor, ktokolwiek. Bo nawet zatrudniona na tym stanowisku małpa w delirium byłaby w stanie wyłapać choć część z nagromadzonych błędów, urywanych zdań, czy idiotycznych wpadek stylistycznych.

Podsumowanie tych tortur jest krótkie i oczywiste - nie sięgajcie po tę książkę. Jeżeli jesteście fanami sagi - poszukajcie lepszego wydania, albo najlepiej zaopatrzcie się w oryginał. Jeżeli nie jesteście - poszukajcie innych, lepszych książek z tego gatunku. A lekturę Koła Czasu zakończcie po Smoku Odrodzonym. Jeżeli tego nie zrobicie, to nie mówcie później, że Was nie ostrzegałem.

Koło czasu #11 - Gilotyna marzeń

Autor: Robert Jordan
Tłumaczenie: Jan Karłowski
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 12/2006
Tytuł oryginalny: Knife of Dreams vol. 1
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 534
Format: 115 x 185 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7506-043-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,9 zł


blog comments powered by Disqus