Coś drgnęło - recenzja książki "Apokalipsa według Pana Jana"
Najpierw było opowiadanie. Opublikowane w marcowym numerze "Science Fiction" z 2001 roku Ognie w ruinach Roberta Szmidta zwracały na siebie uwagę pomysłem. Wizja Wrocławia (a należy pamiętać, że wybór rodzimej scenerii zdarzeń nadal stanowi rzadkość, zwłaszcza w odniesieniu do dłuższych form prozy fantastycznej) dotkniętego nuklearnym kataklizmem przedstawiona jest w utworze w sposób plastyczny, zaś jego bohaterowie to ludzie "z krwi i kości" (o ile można to powiedzieć o postaciach literackich) rozmawiają językiem tak zbliżonym do współczesnego, iż wydaje się z nim tożsamy. Posługujący się nim mówią, nie zaś przemawiają, wygłaszając kwestie będące de facto monologami. Oprócz wspomnianych powyżej zalet Ognie w ruinach są sprawnie napisanym utworem fantastycznonaukowym, nie aspirującym do funkcji innej, niż ludyczna - rozczaruje się ten, kto szukałby w opowiadaniu Szmidta aluzji do współczesności, choć jest ono we współczesnych realiach silnie (z uwagi na fabułę) osadzone.
Apokalipsa według Pana Jana to powieść rozbudowująca pomysł zawarty na kartach Ogni w ruinach. Należy jednak zaznaczyć, że Szmidt nie "rozdyma" opowiadania do większych rozmiarów, lecz wykorzystuje zaprezentowany w Ogniach... świat przedstawiony do ukazania dalszych losów samozwańczego burmistrza Wrocławia - Jana Sobieszczuka - marzącego o Polsce "od morza do morza". W takim ujęciu można Ognie w ruinach traktować nie tylko jako utwór samodzielny, lecz zarazem prolog do Apokalipsy..., co wcale nie umniejsza zalet opowiadania.
Fabulamie oba utwory stanowią całość, podporządkowaną wymogom poetyki dark future. Tym, co Ognie ... zaledwie sygnalizują (ze względu na wykorzystywaną krotką formę), a co w pełni zostaje rozwinięte w powieści, jest katastroficzna wizja świata, ogarniętego postatomowym chaosem. Pomysł ten w polskiej fantastyce (nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę twórczość jedynie powojenną; o tym, skąd. takie zastrzeżenie - później) nie jest niczym nowym: wystarczy przypomnieć Regułę przetrwania Grzegorza Drukarczyka lub opowiadania Emmy Popik, zebrane w tomie Tylko Ziemia. Przywołani tu twórcy wyznaczyli kanon nurtu dark future i pod tym względem powieść Szmidta nie wnosi niczego nowego. Zarazem jednak Apokalipsa... jest jednym z pierwszych (należy pamiętać bowiem o wykorzystywanym we Wrześniu Tomasza Pacyńskiego motywie katastrofy solamej, wywodzącym się jeszcze z fantastyki modernistycznej) utworów współczesnych, a na pewno najlepszym, który tak obficie czerpie z tradycji rodzimej fantastyki katastroficznej, niezwykle popularnej w okresie Dwudziestolecia Międzywojennego.
Na kartach utworu Szmidta można zauważyć próbę reinterpretacji i dostosowania do współczesnej świadomości nieomal wszechobecnych wówczas w literaturze zarówno popularnej, jak i wysokoartystycznej (by wspomnieć Pożegnanie jesieni i Nienasycenie Stanisława Ignacego Witkiewicza) motywów z koncepcja wojny totalnej i zagrożenia tzw. "żółtym niebezpieczeństwem" na czele.
Nie należy jednocześnie zapominać o istotnej różnicy w motywacji wykorzystywanych wątków katastroficznych: pisarze, publikujący swe utwory w dwudziestoleciu, traktują podejmowane kwestie bądź doraźnie na zasadzie zbeletryzowanej publicystyki, bądź też jako okazję do przeprowadzenia eksperymentu myślowego; Szmidt podejmowane wątki podporządkowuje ludycznej funkcji utworu, tworząc wciągającą opowieść, która ma jednak - przede wszystkim - bawić. Toteż, o ile powieści Barszczewskiego lub Smoleńskiego dają literackie świadectwo autentycznej obawie przed skutkami ataku gazami bojowymi, Szmidt "bawi się" nuklearnym zagrożeniem. W efekcie można zauważyć wpływ na poetykę Apokalipsy... elementów "czarnego humoru", który wyraża ów ludyczny charakter nuklearnego kataklizmu.
Niezależnie od powyższej uwagi czytelnik mający ambicję znać nie tylko nowości na rynku science fiction, lecz również kanon rodzimej fantastyki naukowej, łatwo na kartach Apokalipsy... odnajdzie pogłos militarnych powieści sensacyjno-fantastycznych Antoniego Marczyńskiego (Świat w płomieniach), Romana Umiastowskiego (który pod pseudonimem Bolesława Żarnowieckiego wydał dwie powieści - Rok 1974 i Rok 1975), Stefana Barszczewskiego (Czandu).
Literackich oddźwięków źródeł wydarzeń składających się na fabułę powieści Szmidta są świadomi jej bohaterowie, podsuwający ten trop interpretacyjny czytelnikowi: jeden z prominentów z otoczenia Sobieszczuka sugeruje iż być może mamy do czynienia z (...) zapowiadanym w przepowiedniach zalewem żółtej rasy (s. 212). Podobnie powieściowy pierwowzór (z Czandu Barszczewskiego) mają obrazy wędrówki Chińczyków, zasiedlających opustoszałe tereny wschodniej Europy (s. 215).
Przywołanie twórczości autorów międzywojennej science fiction w kontekście Apokalipsy nie ma jednak na celu wstępu do zarzucania jej wtórności. Cieszy fakt, że (wreszcie!) znalazł się ktoś, kto dostrzegł bogactwo rodzimej fantastyki i zechciał z niego skorzystać. W dodatku nie uczynił tego w sposób nieudolny. Wrażenie autentyczności potęgują też "swojskie klimaty": osadzenie akq'i w na terenie Polski, nie w mitycznej przestrzeni "Neverlandu" wskazuje, że to, co było pierwszymi jaskółkami (czyli większość opowiadań drukowanych w "Science Rction") ma szansę na przemianę w stałą tendencję. Może dzięki temu przestaniemy traktować rodzimą fantastykę jako zjawisko wtórne w stosunku do zachodniego piśmiennictwa tego typu. Czas już bowiem najwyższy, by nie rozpatrywać jej jedynie-li w kontekście utworów obcych i potraktować jako zjawisko autonomiczne. Sprzyjają temu i sprzyjać nadal będą utwory równie dopracowane artystycznie, co Apokalipsa..., reinterpretujące wykorzystywany sztafaż rekwizytów fantastycznonaukowych.
Należy również wyrazić nadzieję, iż w stosunku najmłodszego pokolenia pisarzy do klasyki polskiej fantastyki naukowej coś drgnęło i Apokalipsa... będzie signum temporis prób zajęcia własnego stanowiska, akceptującego lub negującego bogatą tradycję międzywojennej fantastyki, nie pozostając jednak w stosunku do niej obojętnym. Twórcy współczesnej science fiction są to winni swym antenatom i dobrze się stało, że zaczynają podejmować się spłacania zaciągniętego długu. Jako się rzekło - coś drgnęło.
Recenzja ukazała się pierwotnie w "Informatorze" #196 GKF
Apokalipsa według Pana Jana
Autor: Robert J. SzmidtWydawnictwo: Ares
Miejsce wydania: Katowice
Wydanie polskie: 2/2003
Seria wydawnicza: Żółta Seria
Liczba stron: 256
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 81-918410-0-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 27 zł
Sklep
Forum
