"Poranek koguta"
Sen Byrkopsa wkraczał właśnie w najbardziej ekscytującą fazę, kiedy w realnym świecie brunatny ziemniak spadł mu prosto na głowę. Przyjąwszy uderzenie zerwał się ogromnie przestraszony i straciwszy równowagę runął dwa pięterka w dół wprost na siennik. Boże jak on nienawidził tego cholernego budzika - pomyślał w oczekiwaniu na powrót jasności umysłu - Nie rozumiał jak Gordek mógł coś podobnego wymyślić. Byrkops zdawał sobie sprawę, iż być może nie był pierwszej młodości i czasami trochę spóźniał się z budzeniem, ale żeby doświadczać go czymś takim?
Wstał więc rozmyślając trochę o swym pięknym śnie przerwanym tak brutalnie przez spadający ziemniak. Pamiętał, że flirtował z Miłorząbką, której piękne oczy pochłaniały go bez pamięci. Zbliżał się właśnie do niej strosząc zalotnie grzebień, gdy nagle bach i koniec. Ach to brutalne życie - rzucił już nieco przebudzony i wyszedł na chłodny dwór. Wskoczył nie bez wysiłku na daszek psiej budy i niwelując poranną chrypkę zaintonował swoje codzienne kukurykuuuuuu, hmm he he . Rozkaszlał się i zachłysnął. Był chory. Na pewno. To musiało być przeziębienie. A do tego te przekrwione oczy. Musi odpocząć. Może by tak poprosić Miłorząbkę o pomoc? To pomyślawszy ruszył z powrotem do kurnika, by wskoczyć na najwyższą grzędę i rozpocząć planowanie intrygi. Na rogatą krowę, ta kura doprowadzała go do szaleństwa, a on tak dawno nie szamotał się z żadną pięknotką. Dokładnie od dnia, kiedy Ezechiela poszła na rosół. Było to dla niego tym boleśniejsze doświadczenie, iż zdawał sobie sprawę, że i jemu niewiele brakuje by zanurzyć się w gorącej zupie.
Przy akompaniamencie budzącego się do życia poranka Byrkops zamknął oczy i zapadł w sen, w którym Miłorząbka..., ach szkoda gadać.
Gordek Baryła otworzył jedno oko, potem drugie, po czym wyjrzał przez zakurzone okno na dwór. Słońce stało już wysoko, co mogło oznaczać tylko jedno, że po raz kolejny zaspał. Ten diabelski kogut znów się spóźnił. Czas mu pomyśleć o toporze - wysapał wyskakując spod pierzyny - Jeszcze jedna taka wpadka, a wizja kąpieli w gorącym rosole stanie się dla niego całkiem realna. Baryła był wściekły, jednak zdawał sobie sprawę, że ma słabość do Byrkopsa. Pamiętał pisklaka, którego otoczył szczególną opieką po odtrąceniu przez matkę. Ten kogut był u niego na podwórzu już kilka dobrych lat i jakoś się tak stało, że Gordek bardzo się do niego przyzwyczaił. Nie zmieniało to jednak faktu, iż brak charakteru u koguta doprowadzał go do szału. Matylda już dawno chciała go ubić, Baryła się temu za każdym razem stanowczo sprzeciwiał, a każdy kto widział na swoje oczy Matyldę wie, że sprzeciw wobec postanowień tej kobiety jest przedsięwzięciem co najmniej ryzykownym. Zwłaszcza po tej historii z niedźwiedziem myszkującym zeszłej wiosny w ich stodole. Biedne, wygłodzone zwierzę w swoim pechu napatoczyło się właśnie na Matyldę, która jednym ciosem powaliła je na ziemie pozbawiając znacznej części przedniego uzębienia. Niedźwiedź zdążył jeszcze się podnieść i jakimś cudem uciec przed szponami wideł, którymi Matylda miała zamiar pokłuć jego zad. Szczerbul, bo tak podobno nazwały go dzieciaki pałęta się teraz na obrzeżach lasu w poszukiwaniu jakiś lekko strawnych śmieci wyrzucanych przez mieszkańców wioski. Jeśli chodzi o Byrkopsa to Gordek doszedł w tej sprawie z Matyldą do tymczasowego porozumienia. Postanowił obmyślić sposób na punktualność koguta. Jeśli Byrkops będzie dalej zawodził to trudno, ubiją go przy pierwszej nadarzającej się okazji. Było to dwa tygodnie temu. Wtedy to Gordek Baryła uruchomił specjalny mechanizm mający pomóc Byrkopsowi w przestrzeganiu punktualności porannej pobudki. Najważniejszym ogniwem mechanizmu był drewniany kubek ustawiony na deseczce pełniącej rolę równoważni. Wraz z nadejściem świtu napełniał się on rosą, czym zwiększał swój ciężar i sprawiał, że deseczka przechylała się w dół i poruszała patyk, który z kolei popychał ziemniak będący końcowym ogniwem budzika. Ziemniak uderzający w głowę Byrkopsa powodował jego natychmiastowe przebudzenie. Proste. Pierwsze dni pokazały, że mechanizm jest urządzeniem skutecznym. Byrkops piał o świcie jak należy i wszystko wracało do normy. Niestety po kilku dniach Gordek zauważył pewne zmiany w zachowaniu koguta. Stał się on lekko osowiały i ślamazarny, słowem trochę ogłuszony. No cóż lepsze to niż śmierć. Gordek starał się wstać na tyle bezszelestnie by nie budzić Matyldy. Miał nadzieję, że uda mu się wmówić jej, że nie słyszała Byrkopsa i po prostu przespała budzenie. Baryła miał tego dnia dużo roboty. Musiał doglądnąć zwierząt, naprawić drzwi od stodoły, zebrać truskawki z ostatnich rzędów i to wszystko przed południem. Później bowiem nie będzie już na to czasu. Wszystko odejdzie w zapomnienie, ponieważ po południu zaczyna się mecz, a żaden mieszkaniec osady Górnopole nie mógł sobie pozwolić na opuszczenie tego widowiska.
Słońce znalazło się już w zenicie, gdy pierwsi mieszkańcy wioski zaczęli zbierać się przy polu gry i zajmować miejsca na długich dębowych ławach. Pierwszy rząd zarezerwowany został dla starszyzny, gospodarza wsi, oraz kapitana legionistów, którego wojska stacjonowały w osadzie. Napięcie przed grą było ogromne, dziś bowiem ważyły się losy Turów Górnopole w mistrzowskiej lidze. Ostatnio nie wiodło im się najlepiej. Przegrali kolejne mecze z osadami Wężogłowy, Kaczerzyce i Wielkie Krążki i zajmowali przedostatnie miejsce w lidze. Słabsze były tylko Gnojne Pola, których zawodnicy przed trzema tygodniami strasznie struli się leśnymi jagodami i musieli oddać trzy ostatnie mecze walkowerem. Dzisiejszy mecz był o tyle ważny, że do Górnopola przyjeżdżała drużyna Pszczelarzy z Maćków, która zajmowała miejsce trzecie od końca. Zwycięzca tego meczu zostanie więc w lidze, bowiem spadają z niej ostatnie dwa zespoły. Trener Turów, Renur Warmixer sprowadzony w zeszłym sezonie z Zalesia był pełen optymizmu po ostatnim zgrupowaniu na Zajęczej Polanie.
"Chłopcy są w dobrej formie, poprawili szybkość i zwrotność, a najważniejsze jest to, że po długo leczonej kontuzji na boisko wróci Brono Zabójca najlepszy obrońca w historii Górnopola".
Oświadczenie trenera wisiało na wszystkich drzewach wokół placu gry i większość kibiców znała je niemal na pamięć. Szczególnie optymistycznie brzmiał fragment mówiący o powrocie Brona. Zabójca, było oczywiście przydomkiem obowiązującym na czas meczu mającym na celu wystraszenie zawodników przeciwnika. Tak naprawdę kowal miał na imię Borydel, a osławiona kontuzja była wynikiem gwałtownej sprzeczki z żoną Leodią, której ognistego temperamentu żaden mężczyzna nie byłby chyba w stanie poskromić. Kowal zresztą znacznie przysłużył się do wyprowadzenia Leodii z równowagi swoim umiłowaniem do hazardu. Ostatnia biesiada w Cechu Kowali skończyła się przegraną Borydela w strzałki, co zaowocowało uszczupleniem jego portfela o sto krążników. Tego żona mu nie mogła wybaczyć. Te niesnaski jednak odchodziły w zapomnienie, bowiem zbliżał się mecz o utrzymanie w lidze, a gra zapowiadała się pasjonująco. O to by chłopcy nie tracili zapału do współzawodnictwa postarał się sponsor drużyny piekarz Bendziosoł, który obiecał wysokie premie za wygrane. Dodatkowo ufundował koszulki dla zawodników z wizerunkiem złocistego bochna. Stara Karmelina dwa miesiące dziargała je na drutach. Tak, wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Teraz pozostało jedynie oczekiwać drużyny przeciwnika.
Wóz toczył się leniwie po leśnym trakcie. Dwie stare szkapy ciągnęły bez przekonania drewniany pojazd, który co rusz podskakiwał na wystających z drogi kamieniach. Na szczęście podróż nie miała być zbyt długa, w przeciwnym razie pasażerowie mogliby dać upust swojemu niezadowoleniu z braku komfortu jazdy robiąc coś bardzo złego z wozem, lub nie daj Boże z końmi. Niestety droga szybkiego ruchu dla pojazdów dwuszkapowych obiecana podczas ostatniej elekcji przez Księcia Bożydara Ruchliwego jak nie powstała tak jej nie było, a od owego przyrzeczenia minęły już trzy lata. Ponoć priorytetem dla skarbca władcy tych terenów był teraz gruntowny remont zamczyska i liczne podróże zagraniczne, drogi lokalne pozostawały na końcu listy wydatków. Z tego względu podróżni przemierzający połacie pomiędzy stolicą, a ziemiami zachodnimi byli narażeni na ciągłe podskoki, a co za tym idzie liczne remonty wozów. Podobny problem dotyczył załogi pojazdu toczącego się leśnym traktem. Jeszcze parę minut a wjadą na brukowany szlak wiodący do osady Górnopole, gdzie droga stanie się bardziej przyjazna. Na szczęście pogoda była ładna, tak więc w połączeniu z kojącym szumem lasu można było jakoś tę podróż przetrzymać. Wysoko na gałęziach prastarych drzew ptaki rozpoczynały symfonię towarzyszącą tradycyjnie nadejściu wiosny. Las zamierał urzeczony piękną melodią wsłuchując się wraz ze swoimi mieszkańcami w tegoroczne przesłanie natury.
- Co to za ryki do Ksenotypa?! - dobiegł głos zza siwej plandeki tworzącej dach wozu - Horacy zrób coś z tym, spać nie można.
- To ptaki witają wiosnę - odparł Horacy, który w skutek jak podejrzewał dobrze przemyślanego oszustwa podczas gry w karty zeszłego wieczoru został wmanewrowany w powożenie pojazdem.
- Niech więc to robią ciszej. Musimy się skoncentrować przed meczem.
Skoncentrować - akurat, pomyślał Horacy - po wczorajszej nocy suto zakrapianej miodem pitnym i piwem z cynamonem drużyna przez większość drogi dogorywała. Tak przeważnie kończyły się ich zgrupowania przed meczowe i rozpracowywanie przeciwnika. Teraz jednak sytuacja była poważna, groziła im bowiem degradacja z ligi i Horacy dziwił się nieco, że trener doprowadził do sytuacji totalnego rozprężenia. Z drugiej strony mieli wydawało by się niezawodny plan, który niemal gwarantuje zwycięstwo. To dało drużynie Pszczelarzy z Maćków sporą dozę psychicznego luzu. Jechali dalej w ciszy, gdy przed Horacym rozpostarł się widok niewielkiej osady.
- Jesteśmy już prawie na miejscu - krzyknął do kompanów na wozie - Oczekują nas, brama jest szeroko otwarta.
Wtoczyli się powoli do wioski witani mętnymi spojrzeniami mieszkańców. Horacy pokierował wozem na główną ulicę, by stamtąd ruszyć na niewielki rynek. Gdy dotarli na miejsce ich oczom ukazało się przygotowane do gry pole. Były również trybuny zapełnione do ostatniego miejsca. Ci, którym nie przypadło w udziale śledzić meczu z najlepszych miejsc stali stłoczeni w dalszym sektorze specjalnie odgrodzonym linami. Nad głowami kibiców wisiał transparent z napisem: "Turom nic już nie brakuje, bo zwycięstwo się szykuje"
- Naiwni wieśniacy - pomyślał Horacy przypominając sobie wczorajszą odprawę przed meczową i genialny plan, który miał im zagwarantować zwycięstwo. Wóz Pszczelarzy zaparkował na palcu tuż przy boisku. Gdy wysiedli przywitał ich Grenvipor, wiekowy sołtys wioski Górnopole
- Witam drużynę Pszczelarzy Maćków - rzekł do Horacego, Apolinarego, Furiusza, Archiwalda oraz trenera Antoniusza - Radujcie się naszą gościną, chcemy bowiem byście bez względu na wynik rywalizacji wyjechali stąd zadowoleni.
- Akurat - szepnął Archiwald - Zrobią wszystko, aby pomieszać nam szyki, musimy się mieć na baczności.
- Jasne - zgodził się Furiusz.
Rękę Grenvipora uścisnął kapitan Pszczelarzy Apolinary.
- Dziękujemy za przyjazne powitanie - rzekł - Mam nadzieję, że rywalizacja naszych drużyn przebiegać będzie w atmosferze jak najlepiej rozumianej sportowej rywalizacji.
Grenvipor ukłonił się jak nakazywał zwyczaj i obie drużyny rozpoczęły przygotowania do meczu.
Byrkops szczerze dziwił się ludziom uwielbienia do gier zespołowych. Przybył w okolice placu gry wyłącznie dlatego, że dojrzał Miłorząbkę podążającą w tym kierunku, a to już było niepokojące, bowiem Szczytnik podejrzanie często kręcił się w owej okolicy. Zainteresowanie Szczytnika Miłorząbką bardzo Byrkopsa niepokoiło. Oba koguty nie znosiły się wzajemnie, a fakt, że wpadła im w oko ta sama kura jeszcze tę niechęć zaogniało. Szczytnik był młodszy i nieco większy, ale Byrkops wierzył, że w bezpośredniej walce dałby sobie radę. W końcu doświadczenie nauczyło go radzić sobie z takimi zawadiakami. Szczytnik pochodził z kurnika młynarza Karadzieja, którego podwórko sąsiadowało z podwórzem Baryły. Skurczybyk piał do Miłorząbki, aż mu grzebień rezonował i zapewne miał ogromną ochotę na coś więcej niż tylko zalotne przyśpiewki.
- Marnie skończysz Szczytnik - pomyślał Byrkops - Pamiętaj łotrze wypadki chodzą po kogutach.
Poddenerwowany rozglądał się po okolicy. Wokół nie było widać ani śladu Miłorząbki. Może zaszyli się gdzieś w krzakach i kpią sobie teraz z niego - pomyślał - Jeśli tak miałoby być, to skończy się to źle dla obojga.
Przemierzając trasę pomiędzy polem, a starą stodołą sołtysa Byrkops dotarł na miejsce, gdzie zgraja opasłych facetów z obwisłymi brzuchami szumnie nazywana Pszczelarzami z Maćków próbowała przyodziać sportowe stroje, które wydawały się o kilka numerów za małe.
- KTO JEST ODPOWIEDZIALNY ZA PRANIE ODZIEŻY?! - zagrzmiał Apolinary - CO ZA ŁAJZA UGOTOWAŁA MOJE SPRINT SZORTY?
Nikt się nie odezwał. Większość zawodników utknęła zaciągając spodenki do połowy ud.
- To chyba ty Furiuszu, co? - rzekł Archiwald - Jeśli pamiętam, to zabierałeś worek z brudami po ostatnim meczu.
- Więcej soku z żurawin i dziurawca sklerotyku - ripostował Furiusz wyraźnie poruszony oskarżeniem - Horacy brał wór, wszyscy to widzieli.
Oczy zawodników Pszczelarzy zwróciły się ku Horacemu.
- Tak, eee... więc, no może rzeczywiście Borychna troszkę za bardzo podgotowała stroje, ale były tak upaskudzone łajnem, że za żadne skarby nie chciały się doprać - tłumaczył się Horacy przeczuwając kłopoty - Poza tym krowa nam się cieliła, sami rozumiecie.
Apolinary zionął wściekłością.
- Idziesz na pierwszy atak - wycedził przez zaciśnięte zęby - Wybadasz, czy ten ich Brono to rzeczywiście taki zabójca.
- Ale ja jestem obrońcą - odarł przerażony Horacy
- Nie szkodzi, w przypadku tego meczu to i tak nie ma znaczenia - skończył dyskusję Apolinary - Gdzie do diaska podziewa się Antoniusz, czas już przecież rozpocząć rozgrzewkę!
Idioci, pomyślał Byrkops i ruszył dalej w kierunku stodoły sołtysa. Jeśli Szczytnik z Miłorząbką się tam migdalą to koniec. Pokaże im, kto tu naprawdę rządzi. Dochodził właśnie do wątłej konstrukcji budynku, gdy usłyszał dochodzące z wnętrza szurnięcie.
- No Szczytniczek maleństwo, chodź do Byrkopsika, porozmawiamy trochę jak samiec z samcem, a raczej marną namiastką samca, którą bez wątpienia jesteś - miliony myśli kotłowały mu się w głowie z czego najważniejsza dotyczyła rodzaju śmierci jaką zada Szczytnikowi. W chwili obecnej wahał się pomiędzy dwoma niezwykle brutalnymi sposobami. Wierzył, że Miłorząbka widząc jego zwycięstwo zrozumie swój błąd i obdarzy go względami. Na pewno, kury jej pokroju nie zadawały się z przegranymi. Stanął nasłuchując, bowiem był przekonany, że usłyszał jakieś głosy. Tak, na pewno dochodziły z drugiego końca stodoły. Udał się tam najciszej jak umiał. Nastroszył grzebień, nogi przygotowane miał do ataku. Jednak zamiast Szczytnika i Miłorząbki zobaczył dwa cienie. Ludzkie postaci szeptały coś między sobą.
- Teraz sto krążników i drugie tyle po robocie - powiedział jeden z nich. Drugi cień wyciągnął rękę, na którą z brzękiem posypały się monety. Wyraźnie zadowolony schował je do sakiewki. - Pamiętaj, wszystko ma być tak jak ustaliliśmy. Jak nawalisz to inaczej pogadamy.
- Dobra, dobra, wszystko będzie w porządku macie to w kieszeni - odparła druga postać - Jeśli jednak nie zastosujecie się do moich wskazówek to nie biorę odpowiedzialności za efekt.
- Zrobimy tak jak było umówione.
Cienie rozeszły się. Byrkopsowi wydawało się, że poznaje drugiego z rozmówców. Tak, ta czapka z frędzlami była mu znajoma. Pierwszego nie zdążył zobaczyć, szybko bowiem udał się w stronę głównego placu wsi. Drugi natomiast skierował się ku ścieżce prowadzącej do lasu.
- Bardzo dziwne - pomyślał kogut - Chociaż z drugiej strony czemu tu się dziwić, ludzie zawsze knuli przeciwko sobie. To nie moja sprawa.
Coś nie dawało mu jednak spokoju. Jego sprawa czy nie, te cienie były za bardzo podejrzane by je tak pozostawić. Postanawiając przesunąć poszukiwania ukochanej i jej lowelasa nieco na zachód ruszył czym prędzej w kierunku leśnej ścieżki.
Zawodnicy stawili się na polu gry. Jako pierwsza ukazała się drużyna gospodarzy Turów Górnopole w zielonych koszulkach ze sponsorskim bochnem na piersi i antypoślizgowych rajtuzach testowanych i wielokrotnie modernizowanych od początku sezonu. Karmelina, która zajmowała się szyciem strojów stwierdziła, że rajtuzy osiągnęły już szczytową jakość i lepsze po prostu być nie mogą. Prawdziwe zdziwienie towarzyszyło jednak wyjściu na plac gry Pszczelarzy. Ich ściśle przylegające do ciała koszulki i spodenki, które wydawały się być obciętymi rajtuzami wprawiły widzów w osłupienie.
- Co na to przepisy? - zapytał sołtys Grenvipor siedzącego obok obserwatora i przedstawiciela ligi - Nie byliśmy uprzedzeni o takich modyfikacjach w strojach, mogliśmy się lepiej przygotować.
Niemniej zdziwiony obserwator musiał przyznać, że w regulaminie brak zapisu o konieczności ujednolicenia ubiorów podczas meczu. Oznaczało to, że każdy może grać w takim stroju jaki mu się podoba. Jednak Pszczelarze sprawiali wrażenie jakby poruszanie się było dla nich dużą trudnością. Horacy co chwila poprawiał rajtuzy w kroku, te jednak wpinały się coraz bardziej, czyniąc spustoszenie w miejscu szczególnie dla niego istotnym. Apolinary szedł jak kukła z szeroko rozstawionymi nogami, a czerwone pąsy na twarzy i wybałuszone oczy mogły świadczyć o tym, że albo bardzo cierpi, albo zwariował. Po kilku chwilach wszyscy zawodnicy obu drużyn wraz z trenerami stawili się na polu gry. Nim pierwszy kamień uderzy o posrebrzany rondel, co zwiastuje rozpoczęcie gry pozostał im do wykonania tylko jeden istotny z punktu widzenia tradycji rytuał. Kowal Borydel alias Brono Zabójca, kapitan Turów trzymał w rękach tacę z dwunastoma ozdobnymi kubasami, z których po jednym przypadł każdemu z graczy, oraz trenerom.
- Wypijmy na cześć Bogofiela i jego niewidzialnych sług - wykrzyknął podnosząc kubas ku niebu - Niech rozpoczną się zawody.
Jedenaście pozostałych kubasów wzniosło się w kierunku chmur, po czym ich zawartość szybko zniknęła w gardłach zawodników.
- To wspaniały zawodnik - rzekł z dumą Grenvipor - A wino to najlepszy rocznik z piwnic samego Golonki. Po meczu zapraszam na degustację.
Obserwator ligi z przyjemnością przyjął zaproszenie. Lewą ręką podniósł chorągiewkę i w tej chwili pierwszy kamień uderzył w rondel. Rozpoczął się mecz.
Tajemniczy cień mignął Byrkopsowi przed oczami i zniknął za krzakami. Kogut ruszył w tamtym kierunku, wiedział bowiem iż leśna dróżka prowadzi tylko w jedno miejsce. Przedzierając się przez krzewy, po kilku chwilach dostrzegł coś czarnego leżącego pod stojącym kilkanaście metrów od niego klonem. Byrkops podbiegł w tamtym kierunku. Ów czarny kształt był niczym innym, jak koszulą i spodniami. Kogut był przekonany, że to właśnie w nie ubrany był człowiek, którego widział w szopie, a który potem poszedł do lasu. Wychodziło na to, że ktoś szybko się przebrał i czmychnął dalej.
- Oho szykuje się coś grubszego - pomyślał - Dwieście krążników to sporo pieniędzy, komuś bardzo na czymś zależało skoro zdecydował się tyle zapłacić. Ale o co mogło chodzić?
Po kilku chwilach las zaczął się przerzedzać, Byrkops dojrzał więc trybuny i pole gry, tu bowiem kończyła się ścieżka. Kibice wymachiwali chorągiewkami i transparentami, krzyczeli co sił w gardłach dopingując swoich pupili. Najwidoczniej Tury wygrywały, bowiem co chwila wieś ogarniał okrzyk radości i kolejne wiwaty, co mogło oznaczać, że zawodnicy z Górnopola zdobyli punkt. Kogut wskoczył na stojący opodal kamień i przyglądał się z zaciekawieniem kibicom, bowiem gra go w ogóle nie interesowała. Ten ktoś musiał być na trybunach - myślał intensywnie - Zapewne nim wyszedł z lasu zaczekał na rozpoczęcie meczu, wiedział bowiem, że zafrapowani inauguracją zawodów kibice nie zauważą pojedynczej osoby przemykającej się ukradkiem w kierunku tłumu. Byrkopsa z zamyślenia wyrwała nagła fala westchnienia. Kibice zerwali się z ławek i na kilka chwil zamarli, jakby urzeczeni jakimś czarem.
- Co u licha? - kogut spojrzał na plac gry i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dwóch zawodników Górnopola leżało na ziemi zwijając się z bólu. Kolejni trzymając się za brzuchy mknęli co sił w nogach w kierunku krzaków. Co dziwne sprintem godnym mistrza świata zmierzał tam również trener Turów Renur Warmixer. Jako, że sędzia nie zareagował na całe zamieszanie, Apolinary nie napotykając oporu zdobył kolejne punkty dla Pszczelarzy.
- Stać, stać sędzia przerwać mecz - krzyczał wzburzony Grenvipor - Nie widzisz, że jest przerwa?! Panie obserwatorze proszę interweniować i unieważnić te punkty.
Obserwator wyraźnie się zamyślił, chrząknął, po czym dyplomatycznie odpowiedział.
- Nie mogę, wszystko odbyło się w zgodzie z przepisami. Nie było faulu, zawodnicy Turów sami opuścili plac, więc Pszczelarze mięli prawo zdobyć punkty. Co więcej jeśli do zajścia południa Tury nie stawią się na placu ogłoszę decyzję o zwycięstwie drużyny z Maćków.
- Ale przecież widzi Pan, że moich zawodników dotknęła jakaś przypadłość - protestował sołtys - To oczywiste.
- Przed meczem deklarowaliście dobry stan zdrowia drużyny, teraz nie można tego już zmienić.
Grenvipor zaklął, opuścił trybunę honorową i pobiegł w kierunku krzaków, gdzie pochowali się już wszyscy zawodnicy Turów. Wychodził z nich właśnie znachor drużyny Zielopas.
- Co z nimi? - zapytał sołtys
- Srają, że mało nie odlecą - odpowiedział znachor - Nie radzę się tam zbliżać, straszny widok.
- Ale jak to się stało?
- Nie wiem, ostatni raz widziałem taką reakcję jak podaliśmy krowie Bornochwała wyciąg z Miłka Polnego. Przeczyściła się w mgnieniu oka.
- A co z meczem, będą mogli grać dalej?
- Wątpię, jak przestaną będą tak wykończeni, że przez dwa dni nie wstaną z łóżek.
No to koniec, pomyślał Grenvipor, żegnaj ligo mistrzowska, żegnajcie dotacje ze skarbca książęcego, teraz staną się kolejną nijaką wsią, bo za takie uchodziły te bez swojej drużyny w lidze.
- Czyżby więc o to chodziło? - dywagował Byrkops przypatrując się ogromnemu zamieszaniu jakie zapanowało na placu. Pszczelarze z Maćków podskakiwali radośnie świętując zwycięstwo, kibice z Górnopola obrzucali ich zaś obelgami oskarżając o nieuczciwość. Kilku mężczyzn krzywiąc się i łapiąc gwałtownie powietrze w płuca wynosiło zawodników Górnopola z krzaków. Ci wyglądali jak siedem nieszczęść. Bladzi z przekrwionymi oczami zdawali się być skrajnie wycieńczeni. Sołtys łapał się za głowę i dyskutował jeszcze z obserwatorem ligi, który kiwał tylko przecząco głową. Wszyscy zadawali sobie jedno pytanie. Jak to się mogło stać, że sześcioro zdrowych wydawałoby się mężczyzn nagle w tym samym momencie zmogła megasraczka?
Byrkops był przekonany, że tego właśnie dotyczyła intryga, której przebieg starał się ustalić. Tak więc ktoś wziął pieniądze, zapewne od kogoś z Maćków i unieszkodliwił zawodników z Górnopola, by ci oddali mecz bez walki. Ale jak tego dokonał?
W tym momencie oczom Byrkopsa ukazał się Szczytnik. Rozsiadł się na najwyższej trybunie, którą opuścili już kibice i nastroszył pióra, przez co wyglądał jak spuchnięty paw. Dziób trzymał wysoko ku górze, a sterczący grzebień miał nadać mu majestatycznego wyglądu. Tak jak się Byrkops spodziewał obok przycupnęła Miłorząbka, maślanymi oczami wpatrując się w trzepoczący na wietrze grzebień koguta. Zgroza. Byrkops już miał ruszyć, by sprać znienawidzonego ptachora, w tym momencie jednak dostrzegł coś na stoliku opodal ławki zawodników Turów co go niezmiernie zainteresowało. A więc to tak - pomyślał i ruszył w kierunku znaleziska. Jeżeli jego przypuszczenia okażą się trafne to znalazł klucz do rozwiązania zagadki niedyspozycji zawodników. Wpadł mu do głowy również o wiele lepszy sposób na załatwienie Szczytnika.
Moczyrus był człowiekiem-instytucją znanym w Górnopolu głównie z nieprzeciętnego talentu do garncarstwa i rzeźby. Jego wyroby zawsze były przebojami na okolicznych targowiskach i jarmarkach, miał jednak Moczyrus jeszcze jeden niezaprzeczalny talent, dzięki któremu dla mężczyzn ze wsi był prawdziwym skarbem. Talentem owym była umiejętność warzenia niesamowitego piwa.
Tego wieczoru około dwudziestu mężczyzn zasiadło w karczmie na drewnianych ławach z pełnymi kuflami złocistego trunku.
- Zostaliśmy oszukani i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości - mówił sołtys Grenvipor - Taką reakcję wśród zawodników mogło wywołać tylko podanie jakiegoś bardzo silnego specyfiku. Potwierdza to Zielopas, który podejrzewa nawet o jaki specyfik może chodzić.
- Tak - podjął wątek znachor - Jestem niemal całkowicie przekonany, że to co przydarzyło się Turom to reakcja na wywar z Miłka Polnego i to bardzo skondensowany.
W karczmie na chwilę zapadła cisza.
- A więc ci szubrawcy z Maćków otruli naszych?!! - zagrzmiał Gordon Baryła przetrawiwszy nowinę - To hańba, trzeba interweniować, odebrać im punkty, zdegradować, załatwić cepami!!!
Reszta mężczyzn przyłączyła się do oburzonego Baryły. Wśród zebranych zaczęła przeważać głosy o zemście i najeździe na Pszczelarzy.
- Spokojnie, spokojnie, to jeszcze nie wszystko! - tonował sytuację sołtys - Są w tej sprawie i okoliczności dla nas jako wsi bardzo niewygodne.
Wśród zebranych znów zapanował spokój. Grenvipor kontynuował więc swój wywód.
- Jak to już było powiedziane Tury zostały otrute. Pozostaje jednak pytanie jak do tego doszło? Przeprowadziliśmy z Zielopasem małe dochodzenie i doszliśmy do niepokojących wniosków. Jedyną okazją, gdzie wszyscy zawodnicy pili to samo był toast do bogów przed rozpoczęciem meczu. Tylko w tym winie można było rozpuścić wywar z Miłka Polnego.
- Czyli to stary Golonka zatruł swoje wino i podał je zawodnikom?! - zapytał oburzony piekarz Bendziosoł.
- Niezupełnie - odparł sołtys - Wino przecież pili wszyscy zawodnicy, a zachorowali tylko nasi.
- O co więc chodzi?! - zagrzmiał młynarz Karadziej
- Trudno mi to wytłumaczyć - mówił dalej Grenvipor - Ale przed zwołaniem dzisiejszego zebrania ktoś podrzucił mi pod drzwi dwa kubasy spośród tych, w które nalane było wino na toast do bogów. Nie miałem pojęcia dlaczego, aż dostrzegłem coś co wiele w tej sytuacji tłumaczy.
Grenvipor podniósł jeden z kubasów i pokazał coś palcem pozostałym.
- W tym miejscu znajduje się wyraźne nacięcie wypełnione zabarwianą na zielono żywicą. Z daleka jest zupełnie niewidoczne, jednak jeśli ktoś wie gdzie patrzyć to z bliska można je bardzo łatwo dostrzec. Drugi kubas czegoś takiego nie posiada. Znaczy to, że część kubasów była naznaczona i w nich najprawdopodobniej wino było czyste i smaczne jak zawsze.
- A w pozostałych znajdowała się trucizna - pomruk zszokowanych mężczyzn wypełnił salę.
- Tak - potwierdził sołtys.
Bez odpowiedzi było jednak jeszcze jedno bardzo ważne pytanie, którego nikt nie odważył się zadać. Grenvipor spoglądał z zatroskaniem na pozostałych, po czym przeszedł do przedstawiania dalszej części swoich wniosków.
- Wywar z Miłka Polnego został wlany bezpośrednio przed meczem do tych kubasów, które nie miały nacięć. Ci z Maćków wiedzieli, których kubasów uniknąć, żeby się nie otruć, a które wziąć z tacy. Niemożliwe, żeby ktoś z Pszczelarzy choćby na chwilę wcześniej miał dostęp do naszych kubasów, dostarczono je bowiem bezpośrednio przed meczem ze świątyni. Wychodzi więc na to, że tej zbrodni dopuścił się ktoś z naszych.
Zebrani w karczmie Moczyrusa zbledli. Ta wiadomość przerastała ich, żaden z mężczyzn nie mógł pojąć kto byłby zdolny, aby posunąć się do takiej zdrady.
- Kogo podejrzewasz? - zapytał bez ogródek Gordek Baryła
- Tylko jedna osoba jest odpowiedzialna za wypełnianie kubasów winem i podanie ich zawodnikom przed rozpoczęciem meczu.
Wcześniejsze zblednięcie było tylko wstępem do całkowitego odpływu krwi z twarzy mężczyzn z Górnopola.
- To nasz kapitan, kowal Borydel
- Brono Zabójca - przebiegło po karczmie, po czym zapadła długa, krępująca cisza.
Byrkops siedział na dachu piekarni i przyglądał się mężczyznom wychodzącym z karczmy. A więc dotarła do nich niewygodna prawda - pomyślał - Ciekawe co też poczną teraz z takim brzemieniem?
Grenvipor i Zielopas opuścili lokal jako ostatni. Pomimo nocnej pory nie udali się do swoich domów. Kogut zdołał na tyle poznać Grenvipora, żeby wiedzieć, iż nie zostawi on tak tej sprawy do rana.
- Co?!!! - nagły wrzask dobiegł po kilkunastu minutach z chaty kowala Borydla - Czy wyście doszczętnie zwariowali, jak możecie mnie o coś takiego podejrzewać?!!! Gdybym miał dość sił sprałbym was nie zważając na urzędy jakie piastujecie.
- Przyznaj, że tylko ty miałeś dostęp do kubasów, nikt inny nie mógł dodać trującego wywaru - argumentował sołtys - To bardzo poważna sprawa, którą roztrzygnie sędzia. Jutro wysyłam pismo do kancelarii książęcej o przydzielenie nam sędziego.
- Ale Grenviporze, błagam powiedz dlaczego miałbym robić coś tak podłego? - kowal był już teraz wyraźnie załamany - Ja kocham tę drużynę.
- Cóż - sołtys podrapał się po głowie - Równie jak umiłowanie do drużyny znana jest również twoja skłonność do hazardu. Być może popadłeś w długi i potrzebowałeś pieniędzy by je spłacić. To już rozpatrzy sędzia. Mam nadzieję, że dowiemy się skąd wziąłeś truciznę. Do tego czasu nie wolno ci wyruszać z Górnopola.
Grenvipor z Zielopasem opuścili dom Borydela pozostawiając na płocie Byrkopsa, który dostrzegł w chacie kowala coś, co spowodowało, że w jego głowie powstały nowe wątpliwości. Kogut był pewien, że ta noc przyniesie jeszcze wiele odpowiedzi na pytania frapujące większość mieszkańców osady.
Cień przesuwał się wzdłuż stodoły. Księżyc znajdował się w fazie bliskiej pełni, złociste światło dość dobrze więc oświetlało okolicę. Tajemnicza postać wślizgnęła się do drewnianego budynku. Była to ta sama stodoła, w której doszło do transakcji przekupstwa. Tym razem kogut jednak nie dostrzegł drugiej osoby. Cień był sam. Byrkops szedł za nim najciszej jak mógł. Cień podszedł do ściany stodoły, wyciągnął szmaciane zawiniątko i zdawał się kopać coś w ziemi, stodoła ustawiona została bowiem na niepokrytej niczym glebie. Wtem drzwi otworzyły się z głośnym zgrzytem i do wnętrza wpadło światło kilkunastu pochodni.
- A więc tu postanowiłaś ukryć dowód swojej winy Leodio - rzekł sołtys Grenvipor stojący na czele kilkunastu mężczyzn - To zapewne wywar z Miłka Polnego, nieprawdaż?
Kobieta stała jak wmurowana. Sołtys podszedł i zdjął jej z głowy ciemnogranatową czapkę z frędzlami. Byrkops, teraz ukryty za drewnianym filarem już za pierwszym razem rozpoznał tę czapkę, nie był jednak pewien do kogo należy. Gdy zobaczył ją wiszącą dzisiejszej nocy na gwoździu w domu Borydela wiedział już, że jest własnością Leodii. Przed oczami miał pewien dzień jakiś miesiąc temu, kiedy całą wsią wstrząsnęła straszliwa awantura w domu kowala. Borydel znowu przegrał coś w kości i Leodia zamierzała zemścić się na nim rzucając wszystkim co wpadło jej w ręce. Uciekający na podwórze skruszony mąż pierwsze trafienie otrzymał właśnie ową skórzaną czapą. Leodia zapewne uznała, że najlepiej ukryje pod nią swoje złocisto-żółte włosy, które w mroku mogłyby rzucać się w oczy. Teraz kobieta stała milcząc otoczona przez wściekłych mieszkańców Górnopola.
- Podejrzewaliśmy z Zielopasem, że zastraszony Borydel będzie próbował się pozbyć dowodów przed przybyciem sędziego, postanowiliśmy się więc zaczaić i poczekać, aby mieć pewność. Wyobraź sobie jednak nasze zdziwienie, kiedy dostrzegliśmy twoją postać wymykającą się nocą z domu. Sprzedałaś nasz honor i zdrowie zawodników za marnych parę krążników - kontynuował swoje oskarżenia Grenvipor - Naraziłaś nawet zdrowie i życie swojego męża.
- Nieprawda, chciałam go ratować - odezwała się wreszcie Leodia. W jej głosie kryła się rozpacz, ale zarazem pewna doza ulgi z tego, że już po wszystkim - Ci z Maćków zagrozili, że jak nie odda pieniędzy, które przegrał u nich w kości to doniosą na niego do Gwardii Książęcej, a stamtąd już krótka droga do lochów. Musiałam coś zrobić. Chyba mój mąż jest ważniejszy od jakiegoś głupiego meczu?
- Grozili ci? - spytał sołtys
Leodia schowała twarz w dłoniach. Aż trudno było uwierzyć, że to ta sama nieposkromiona kobieta, znana powszechnie ze swojego ognistego temperamentu. Teraz wydawała się zagubiona i bezbronna.
- Nie mogli darować długu, to byłoby podejrzane, powiedzieli więc, że jeśli się zgodzę na ich plan to dadzą mi pieniądze, które potem mój mąż im zwróci - ciągnęła swoją opowieść - Ich znachor nawarzył tego świństwa i dał mi flakonik, który kazali potem zwrócić. Mówili, że mikstura ta może im się jeszcze przydać. Wlałam po kilka kropel do kubasów, które wcześniej oznaczyłam. Mój mąż nic o tym nie wiedział, przysięgam, powiedziałam mu, że muszę porządnie doczyścić naczynia. Borydel nigdy ich nie sprawdza, nalał więc wino wszystkim jednakowo.
- Jak doszło do transakcji?
- Miałam zakopać flakonik tutaj, a potem ktoś się po niego pojawi i podłoży pozostałą część pieniędzy - Leodia teraz rozpłakała już się na dobre - Tak mi wstyd, że dałam się na to namówić.
- To było rzeczywiście bardzo głupie, myślę jednak, że sprawa jest do załatwienia - ciągnął Grenvipor - Baryła i Bendziosoł zaczają się tutaj i poczekają na tego szubrawca z cepami, a wtedy już na poważnie zajmiemy się rozwiązaniem tej podłej intrygi. Przypominam, że potrzebujemy go żywego - spojrzał na nieco zawiedzionych stojących obok niego mężczyzn.
Leodia wraz z sołtysem Grenviporem i pozostałymi mężczyznami opuściła stodołę, na placu boju pozostali tylko Baryła i Bendziosoł, którzy szukali sobie odpowiednich kryjówek.
- A więc zagadka rozwiązana - pomyślał Byrkops, dumny, że się do tego walnie przyczynił - Tak obiektywnie myśląc to mam łeb nie od parady, naprawdę inteligencja godna pozazdroszczenia.
Świt powoli rozmywał mrok nocy. Byrkops czuł się zmęczony i chętnie poszedłby na swoją grzędę i przespał się trochę, wiedział jednak, że ma jeszcze coś ważnego do załatwienia.
Szczytnik wypiął dumnie pierś przygotowany do porannej pobudki. Podszedł do poidełka, z którego zawsze korzystał, by wzmocnić głos i przełknął łapczywie kilka haustów wody. Obok stała Miłorząbka, jak zawsze piękna i dorodna, wpatrzona w Szczytnika jak w obrazek bez skazy. Kogut widząc, że znajduje się w centrum zainteresowania kury celebrował przygotowania do piania bez końca. Przetrzepał grzebień, nastroszył pióra i wskoczył na palik służący do mocowania linki do wieszania prania. Zanim wydał z siebie głos napuszył się jak paw, po czym okolicę wypełnił przeciągły dźwięk głośnego purchnięcia, nie pochodzący jednakowoż z głębi dzioba Szczytnika. Kogut spojrzał wielce zafrasowany na Miłorząbkę mając zapewne nadzieję, że kura nie zauważyła tego nietaktu, kiedy kolejne purchnięcie przybrało formę nagłego wystrzału, który zrzucił koguta z palika. Tego kura nie mogła nie zauważyć. Szczytnik nie panował już nad sobą, uraczając okolicę raz po raz gazowymi wystrzałami o tak dużej sile, że pióra na jego ogonie latały wszędzie wokoło. Po chwili po kogucie nie było już śladu, a unoszące się nad krzakami liście mogły świadczyć o tym, że Szczytnika pognało do lasu w bardzo pilnej potrzebie. Miłorząbka rozglądnęła się wokół mając nadzieję, że nikt nie widział jej w towarzystwie tak ordynarnie zachowującego się śmierdziela i ruszyła czym prędzej do swojego kurnika.
Byrkops szczerze się ubawił oglądając całą scenę z dachu piekarni. Szczytnik będzie pamiętał do końca swoich dni, aby nie zbliżać się do jego terytorium. Warto było odlać zeszłego wieczoru resztówkę wina zatrutego wywarem z Miłka do poidełka Szczytnika - pomyślał - Co prawda nadwerężył sobie trochę dziób, ale i tak szedł podrzucić kubas pod drzwi Grenvipora, miał więc po drodze.
Zapowiadał się całkiem ładny dzień. Może nawet zaprosi Miłorząbkę na małą przechadzkę. Jak tylko wyjdzie z szoku oczywiście.
Byrkops szedł wielce zadowolony w kierunku kurnika, kiedy nagle stanął jakby rażony piorunem.
- Na rogatą krowę - zaklął wielce wzburzony - Znowu zapomniałem o porannym budzeniu Baryły.
Sklep
Forum