Fragment #1 z książki "Herrenvolk"


Przy wejściu do klubu stała długa kolejka zniecierpliwionych młodych ludzi. Dwóch wykidajłów z rzadka wpuszczało kogoś do środka. Przedtem taksowali oczekujących uważnymi spojrzeniami, długo studiując wręczane papiery.

- Selekcjonerzy - wyjaśnił Schlink. - Nie wpuszczają osób niepewnych rasowo, o prawdopodobnie wadliwym materiale genetycznym.

- Długa ta kolejka - zaniepokoił się Artur.

- Nie będziemy w niej stać - uspokoił go Weiner, kierując ich wprost ku wejściu ,obok rzędu zniecierpliwionych ludzi. - Proszę wyjąć swoje zaświadczenie aryjskości. Jest podpisane przez samego Heinricha Himmlera, największego eksperta od spraw rasowych.

Artur posłusznie pokazał dokument. Osiłki popatrzyły na niego z szacunkiem. Weiner jako oficer również mógł przejść bez problemu. Schlink wszedł, bo był ich ochroniarzem.

Zeszli po schodach.

- Decydują, kto może wejść, a kto nie, na podstawie wyglądu i jakichś świstków - rzekł Artur. - To okropne!

- Zgadzam się - potwierdził Weiner. - Niedawno zastanawiano się nad bardziej obiektywną metodą. Przenośny analizator DNA miał natychmiast informować, do jakiej rasy należy zbadany człowiek. Wystarczyło nakłuć opuszkę palca. Pierwsze testy zakończyły się niezwykłym powodzeniem, urządzenie wykrywało ślady żydowskiej czy cygańskiej krwi u pozornie czystego rasowo osobnika, nawet gdy zdegenerowany przodek był prapradziadkiem. Już miano rzucić prototyp do seryjnej produkcji, gdy nieoczekiwanie zapadła decyzja o finalnym teście. Zbadano samego Hitlera oraz najwyższe kierownictwo partii. Detektor całkowicie zawiódł. Kompletna klęska! Wyrzucono go na złom.

Schody się skończyły i ruszyli dusznym korytarzem. Do Artura dobiegły hałaśliwe dźwięki muzyki. Miał dziwne wrażenie, że skądś ją zna. Minął go człowiek z fosforyzującą swastyką na gołych plecach. Obcisłe skórzane spodnie obwieszone miał na różnej wysokości płaskimi nożami o wymyślnie zakrzywionych klingach. Obściskiwał rozchichotaną dziewczynę z drucianą maską na ustach, przypominającą kaganiec, i obnażonymi piersiami o brodawkach zaklejonych czarnym plastrem w kształcie swastyki. Szmaragdowe promienie laserów błysnęły spod sufitu oślepiając na sekundę oczy.

Przyjmując zaproszenie na nocną eskapadę, Artur spodziewał się, że trafią do uroczej kawiarenki, jakie znał z filmów z czasów dwudziestolecia międzywojennego. Wystrój i atmosfera w klubie zaskoczyły go całkowicie. Nie pasowało to do niczego, co wiedział o drugiej wojnie, inne też było od dyskotek, które znał. Miał nieodparte wrażenie, że od jakiegoś czasu dzieją się wokół niego rzeczy dziwne. Takie, które, historycznie rzecz biorąc, zdarzać się nie powinny. Coraz mniej go to zdumiewało. Zastanowi się nad tym później, bo oto uderzyła go kolejna fala muzyki, niesamowitej, a jednocześnie pobrzmiewało w niej coś swojskiego, co jakby rozpoznawał.

- "Brunatny U-boot". Obecnie przebój we wszystkich klubach - rzekł cicho Weiner.

Artur wsłuchał się w słowa piosenki. Opowiadały o bohaterskiej załodze, która przepłynęła Atlantyk i ostrzelała rakietami serii V zjudaizowany Manhattan. Jednak nie słowa nie dawały mu spokoju, tylko melodia. Skądś ją znał.

- Na początku Führer był przeciwny tak rozrywkowej muzyce. Uważał, że jest... niegodna. Ale przekonaliśmy go, że to rzadka szansa udowodnienia wyższości kulturowej Wielkiej Rzeszy Niemieckiej. Czas pokazał, że mieliśmy racje. Te rytmy przyjmują się nawet za oceanem. Wygrywamy wojnę ideologiczną o serca młodych.

- Ta melodia... Ja ją znam... Skąd ją wzięliście?

- Nagrywaliśmy to, co pan nuci podczas golenia.

 

*

 

Weiner pozwolił Schlinkowi bawić się tego wieczora. Powiedział, że przejmie obowiązki ochroniarza, zresztą w klubie powinno być bezpiecznie, przecież polscy zamachowcy tu nie dotrą. A jakby co, można wezwać pomoc. Schlink miał pozostawać w zasięgu, gdyby trzeba było pośpiesznie opuścić imprezę.

Sam Weiner usiadł przy stoliku i sączył kolorowy mleczny napój bezalkoholowy. W świetle zielonych laserów oczy błyszczały mu dziwnie. Artur wszedł w tłum roztańczonych ludzi. Rozglądał się. Liliane jeszcze nie było.

Weiner, po swojemu dotrzymując obietnicy spełnienia wszystkich zachcianek swego gościa, jeszcze w hotelu zapowiedział:

- Wchodząc w towarzystwie wyższych oficerów SS, ma pan pewność, że wzbudzi zainteresowanie każdej dupy. Partia upoważnia pana, by mógł pan obiecać dowolne stanowisko rządowe czy w strukturach NSDAP, oczywiście w granicach ambicji takiej laski. Rola w kinie, teatrze, sesja zdjęciowa nie stanowią problemu. To powinno wystarczyć, by wyrwać tu kogo pan zechce.

Artur puścił tę uwagę mimo uszu, ale teraz - nagle straszliwie samotny wśród obściskujących się ludzi - pomyślał, że być może trzeba będzie skorzystać z uprzejmości NSDAP.

Przyjrzał się wystrojowi klubu. Ściany wzniesiono z czarnych cegieł, niekiedy przykrytych zwierzęcymi skórami. Zwisały z nich łańcuchy i okratowane dziwaczne konstrukcje. Ubrane w skóry kobiety z rozwianymi włosami tańczyły w czarnych metalowych klatkach zawieszonych na pewnej wysokości nad ziemią. Gdzieniegdzie stały dyby, w których uwięziono półnagie piękności. Goście od czasu do czasu klepali dziewczęta po wypiętych pośladkach, by nie traciły lekko czerwonego koloru, lub szczypali po brodawkach. Kobiety musiały mieć silne tendencje masochistyczne, bo najwyraźniej lubiły tę zabawę.

W samym klubie stworzono mnóstwo nisz i zagłębień, umieszczonych na różnej wysokości. Lokal przypominał ul, z wielkim parkietem tanecznym pośrodku. W takich odosobnionych kątach, zazwyczaj ciasnych, umieszczono obite miękką skórą wygodne kanapy i dębowe stoły, gdzie można było postawić napoje. Wnęki te cieszyły się niezwykłym powodzeniem wśród obściskujących się par i trójkątów, z rzadka ich spokój zakłócały jedynie roznegliżowane kelnerki.

Muzyka zmieniła tempo i Sosnowski odruchowo zaczął podrygiwać w rytm. Tańczący ubierali się w stylu, jakiego Artur jeszcze nie widział. Mężczyźni często byli łysi, niektórzy na głowach wytatuowali swastyki albo czarne słońca. Czasem było je dobrze widać tylko z tyłu albo gdy ktoś patrzył z góry, zdarzały się też mniejsze swastyki pośrodku czoła. Powszechnie noszono skórę, lateks i metal, zwłaszcza w formie łańcuchów i różnego rodzaju ostrzy wbitych w ciało. U kobiet modne były symetryczne poziome nacięcia i blizny, zwłaszcza na wewnętrznych częściach przedramion i ud. Usta często zasłaniały im przebijające wargi kagańce, szyje ozdabiały obroże z czarnej miękkiej skóry ze srebrnymi ćwiekami. Niektóre dziewczyny we włosach nosiły stalowe diademy o licznych długich szpilach tworzących nad czołem prawdziwy wachlarz. Na policzkach kolorową fosforyzującą substancją malowały swastyki lub serduszka, wewnątrz których widniał napis "Führer".

Artur przeszedł obok rudowłosej, która jedną pierś miała odsłoniętą, a na niej słowa "Ich liebe Adolf Hitler", i stanął przy barze. Natychmiast pojawiła się koło niego młoda ładna dziewczyna. W nagich piersiach lśniły wbite poziomo dwa grube druty, migotał wprawiony w pępek czarny kryształ. Spódnica była tak krótka, że przypominała skórzany pasek, z którego zwisały trzy rzędy łańcuszków i symbole takie, jak bogato zdobiony klucz czy słońce o wijących się długich promieniach.

- Potrzebuje pan przyjaciółki? - spytała miękkim głosem.

Artur rozejrzał się po raz ostatni. Wiele wskazywało, że Liliane nie przyjdzie. Czy miał samotnie spędzić wieczór?

- Jasne - wyciągnął rękę. - Artur. Postawić pani drinka?

Dziewczyna jednak tylko uniosła dłoń, zakrywając usta.

- Och! Artur Sosnowski?

- Tak - potwierdził zdziwiony Polak. - Nie przypominam sobie, abyśmy się znali?

- Piszą o panu w rubrykach towarzyskich. Ale ma pan zły horoskop, bardzo zły. Profesor Batholomäus von Blankenknohr postawił go panu nie dalej niż dwa dni temu, a on się nigdy nie myli. Współczuję. Muszę już iść.

- Niech pani zaczeka... - zatrzymał ją. - Przestaje pani ze mną rozmawiać z powodu horoskopu przeczytanego w gazecie?

- Z powodu przeznaczenia! Został pan uznany za przeklętego! Nikt panu nie poda ręki, nikt z panem nie będzie chciał robić interesów, bo to przyniesie pecha. Nie pójdę z panem do łóżka, bo nie będzie nam dobrze, trafi się w najlepszym wypadku waginizm albo kiła. Ja będę dawać dupy, rzucać tyłkiem, a baldachim może na nas spaść lub łóżko się załamać. Z przeznaczeniem się nie igra. Żegnam pana - rzuciła mu ostatnie, przerażone spojrzenie, po czym zniknęła w tłumie bawiących się.

- Co podać? - pojawił się przed nim barman.

- Martini. Wstrząśnięte, niezmieszane.

Przez chwilę sączył płyn spoglądając na szalejących na parkiecie młodych ludzi. Przypomniał sobie, jak przed eskapadą Weiner mówił, że kluby przetrwały dzięki bezpośredniej interwencji samego Himmlera. Twierdził, jako ekspert, że przyczyniają się do ulepszania rasy bardziej niż jego Lebensborny. Uważał, że projekt jest niezwykle korzystny dla narodu niemieckiego, należy jedynie wprowadzić przy wejściu selekcję, by żaden podstępny Żyd ani parch nie zakaził macicy i krwi czystej, niewinnej, niemieckiej kobiety. Uważał, że dzięki Lebensbornom ratował rocznie sto tysięcy dzieci, co po skomplikowanych wyliczeniach dawało mu za trzydzieści lat dodatkową czterystutysięczną armię. Jeśli natomiast nic nie zahamuje spotkań w klubach, w tym samym okresie dostarczą na front pięciokrotnie więcej żołnierzy. Himmler uwielbiał takie obliczenia i oddawał się im w każdej wolnej chwili.

Alkohol przyjemnie rozluźnił Sosnowskiego, wsączając gorąco do żołądka. Teraz dopiero poczuł, że przez ostatnie dni wszystko w nim było skurczone. Czuł się jak mały królik, nad którym zawisł cień wielkiego drapieżnego ptaka.

Gdy osuszył ostatnią kroplę, zastanowił się, co powinien zrobić. Liliane najwyraźniej nie mogła albo nie chciała przyjść. Może warto odnaleźć Schlinka albo Weinera, chwilę z nimi pogadać, zobaczyć, jak się sytuacja rozwinie?

Schlinka znalazł od razu. Przybijał do ściany jakąś nastolatkę, mocno ruszając biodrami. Obnażone piersi dziewczyny lśniły w migotliwym świetle, błyski stroboskopowych lamp wydobywały z ciemności jej wykrzywioną w ekstazie twarz.

Gdy popatrzył po kątach i bocznych lożach, dostrzegł, że młodzi ludzie wypełniali dyrektywę Himmlera wyjątkowo ochoczo.

Artur zakręcił się na pięcie i ruszył w kierunku stolika Weinera, przez tłum dostrzegając, że ktoś się do niego przysiadł, starszy mężczyzna okutany w nieprawdopodobną ilość ubrań, co było podejrzane, zważywszy na panującą w klubie duchotę. Artur miał wrażenie, że powinien go znać, gdzieś go już widział. Próbował sobie przypomnieć, ale twarz skrytą w cieniu widział niewyraźnie, co chwila zasłaniali ją tańczący ludzie.

- A, tu jesteś! - stanęła nagle przed nim Liliane, piękna niczym antyczna bogini. Tak musiała wyglądać Helena Trojańska, gdy pierwszy raz zobaczył ją Parys. Proste włosy teraz zakręciła w loki, które opadały jak złote świdry na jej opalone ramiona. Miała na sobie tylko czarny biustonosz ze złoconymi napisami, takąż krótką spódniczkę, rozciętą z boku. Na nadgarstkach dzwoniły jej złote bransoletki.

- Junge Wenus - powiedział. - Malarka, aktorka...

- Dzisiaj przede wszystkim tancerka.

Ciała poddały się szybkiemu, natarczywemu rytmowi muzyki.

- Powinna pani wiedzieć, że przebywanie ze mną może być niebezpieczne - wyszeptał jej do ucha. - Mam zły horoskop.

- Wiem, czytałam dziś rano.

- I co?

- Ryzyko mnie podnieca - powiedziała, patrząc mu w oczy. I nagle pocałowała go w usta.

Herrenvolk

Autor: Sebastian Uznański
Okładka: Dariusz Kocurek
Wydawnictwo: FOX Publishing
Miejsce wydania: Rzeszów
Wydanie polskie: 7/2011
Liczba stron: 448
Format: 130x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788393045235
Wydanie: I
Cena z okładki: 38 zł


blog comments powered by Disqus