"Autobiografia", część 1


Józef Zylber rozsiadł się wygodnie na mahoniowym krześle i po raz kolejny kontemplował pracownię Gałązkowskiego. Pokój nie należał do największych, lecz główną jego zaletą był niesamowity klimat. Stylizowany wystrojem na osiemnastowieczną komnatę zamkową, był tak naprawdę jednym z pomieszczeń skromnego apartamentu, którego okna dawały widok na rynek starego miasta. Biały od śniegu, metalowy pomnik Syrenki, zwrócony niestety tyłem do kamienicy i widziany z trzeciego piętra, doskonale pasował do atmosfery wnętrza. Szafy pełne starych książek potęgowały wrażenie. Obłożone w skórę, w twardych, klasycznych okładkach, zbiory, dodawały posmaku twórczej duszy. Józef już po poprzedniej wizycie stwierdził, że byłoby to doskonałe miejsce dla pisarza takiego jak on sam.. Niby położenie w centrum, a tak tu spokojnie, pomyślał. Miał dosyć życia w prymitywnej, zawieszonej w czasie, podwarszawskiej wsi. Kiedyś stawiał na spokój i ciszę, lecz ostatnio stwierdził, że odosobnienie jedynie pogłębia jego niemoc twórczą. Próg lekko zaskrzypiał, gdy Gałązkowski z plikiem zapełnionych po brzegi czarnym tuszem kartek, wszedł do pokoju i usiadł po drugiej stronie biurka.

- Może jednak coś panu podać? - zapytał szperając w zakurzonej aktówce, którą trzymał schowaną w jednej z szuflad.

- Nie, dziękuję. Nie chcę przedłużać, wolałbym już mieć to z głowy.

- Och, nie chcę pana zamęczać. To chyba ostatnia nasza sesja. Myślę, że uzbierałem już wystarczająco dużo materiałów by znać pana życie od A do Z. - sprostował Gałązkowski, na co Zylber zrobił przestraszoną minę, jakby w jego żywocie było cokolwiek do ukrycia. - No może przesadziłem, powiedzmy, że trochę mniej, czyli raczej od A do K.

Józef parsknął głupim, niebywale sztucznym śmiechem, którego zawsze używał by rozluźnić nieprzyjemne sytuacje, które zazwyczaj miały miejsce podczas rozmów z jego recenzentami czy fanami. Wiedział, że reagując w ten oto sposób okazuje swoją niechęć i zakłopotanie. Nienawidził dawać wywiadów czy też brać udziału w kampaniach promujących jego książki. Czytelnik, wydawca i krytyk były dla niego postaciami bez żadnej wartości. Liczyła się tylko jego fikcja i on jako jej twórca.

-Widzi pan - ciągnął dalej Gałązkowski - w sumie przez te dziewięć spotkań już omówiliśmy wszystko: pana dzieciństwo, początki pisarstwa i tak dalej. Wszystkie materiały, które udało mi się uzbierać tak samo jak i nasze rozmowy umożliwią mi napisanie bardzo dogłębnej biografii. Będąc jednym z najlepiej sprzedających się ostatnio pisarzy, jest pan dla mnie "tematem morze". Można o panu napisać niewiarygodnie dużo, jednak niestety w mojej książce nie ma miejsca na byleco. Wie pan, co mnie przeraża w pisaniu czyjejś biografii?

Gałązkowski wyjął z kieszeni metalowy pojemniczek, którego wnętrze wypełniało sześć grubych kubańskich cygar. Zaproponował jedno z nich Zylberowi, ten zaś po krótkim zastanowieniu, skusił się.

- Może ma pan na myśli problem z wybraniem właściwych informacji?- zaproponował odpowiedź na zagadkowe pytanie Gałązkowskiego, który zapalając zasuszony liść cygara, przekręcił swoje krzesło na kółkach w bok i położył nogi na biurku przybierając pozę klasycznego potentata bankowego z Wall Street. Chyba koleś się wyluzował, pomyślał Józef.

- Niezupełnie. Najpierw niech się pan zastanowi, czym różni się istota mojego pisarstwa od pańskiego.

- Niczym wielkim. Ja tworzę fikcję, za to pan opisuje fakty - wydedukował błyskawicznie Zylber.

- Znowu pudło. Faktem jest, że moim zadaniem jest przedstawianie prawdy - pana życie - jednak ona wciąż jest bliższa fikcji niż rzeczywistości.

Stwierdzenie to kompletnie zatkało Józefa. Od początku, niewyobrażalnie irytowało go ekscentryczne zachowanie jego rozmówcy, lecz on przekraczał wszelkie granice ludzkiego zachowania. Zupełnie jakby chciał zaimponować swoją oryginalnością.

- Naprawdę nie wiem, co ma pan na myśli.

- A czy wydaje się panu, że sposób, w jaki teraz się zachowuję jest naturalny?

Następne idiotyczne pytanie. Józef był o krok od powiedzenia mu: oczywiście, że nie jesteś naturalny, głupi baranie. Twój palantowaty wygląd, tanie zamszowe buciki i kompletne bezguście idą w parze z twoim zachowaniem jak pulpety z ciastem faszerowanym rybą na śniadanie. Pieprzony Sherlock Holmes w rajtuzach.

Na szczęście, lata popularności sprawiły, że Józef doskonale dawał sobie radę z powstrzymywaniem się od wyrażania swojej krytycznej opinii na temat innych ludzi. Według niego ponad trzy czwarte polskiego społeczeństwa stanowiło nie dystyngowane bezguście. W innej sytuacji, na pewno nie powstrzymałby się od wydania swojej ostrej opinii.

- No, nie wiem. Myślę, że nie znam pana na tyle dobrze bym mógł oceniać pana zachowanie - wyjaśnił.

- Rozumiem. Może już dość tych zagadek. Jeśli myślał pan, że zachowywałem się jak jakiś Sherlock Holmes czy też Colombo to zgadł pan.

Józefa uderzyła zbieżność jego myśli ze słowami Gałązkowskiego. Czyżby ten facet czytał w jego myślach?

- Otóż chodzi mi o to, że jest pan bardzo podobny do mojego nieprawdziwego wizerunku, który przed chwilą przedstawiłem.

Znowu jakieś mylne stwierdzenie. Gałązkowski ciskał w niego pytaniami jak strzałkami w tarczę, przy czym biednemu przesłuchiwanemu nie pozostawało nic innego jak robić uniki. Sęk w tym, że ten pierwszy celował zawsze w sam środek - w słaby punkt. Nieznany był kierunek, w którym podążała rozmowa, jak i trajektoria lecącej rzutki. Józef skupił wzrok na niesamowitym widoku setek książek, które przeciążały półki szafy na wprost niego. Ściana tęgich woluminów połączona z wystrojem pomieszczenia przywoływała na myśl filmy o ukrytych przejściach. Spośród niezliczonej ilości tytułów, imion i nazwisk, błyszczących na skórzanych okładkach, jedynym pisarzem, który rzucił mu się w oczy był Arthur Conan Doyle

- Chodzi panu o Sherlocka Holmesa? - wymsknęło się Józefowi, który stwierdził po chwili, iż wyszedł na idiotę.

- Nie, absolutnie. Chodzi mi o sztuczność. Jest pan po prostu sztuczny.

No tego już było za wiele. Zaraz wstanie z krzesła i stąd wyjdzie. Jeśli ten idiota myśli, że trafił w dziesiątkę to chyba musi sobie kupić okulary i zweryfikować wynik.

- Nie chcę pana obrazić - dalej faszerował go następną porcją swoich dziwacznych wywodów - Wszyscy do pewnego stopnia jesteśmy sztuczni, lecz taka znana osobistość jak pan wymaga szlifowania i warsztatu. W końcu nie wie pan czy tak naprawdę ludzie chcieliby poznać pana prawdziwy wizerunek.

- Chce pan przez to powiedzieć, że udaję? - w głosie pisarza słychać było nutę oburzenia.

- Po prostu powiedziałbym, że kreuje pan swoją postać by mimo wszystko być lepiej odbierany przez media. Po tych paru sesjach zdążyłem wydedukować, że w rzeczywistości nie ma pan wielkiego zamiłowania do swoich odbiorców.

- To stwierdzenie jest niedorzeczne! - tak na prawdę gdyby Józef się nie powstrzymał, to jego odpowiedź brzmiałaby trochę inaczej, a mianowicie: O czym ty chrzanisz pieprzony Sherlocku!!!

- Przeciwnie, jestem panu w stanie udowodnić, że około niecała połowa rzeczy, którą pan mi tu opowiedział to zaślubiny faktów z wytworem pańskiej wybujałej wyobraźni. Po prostu chciałbym panu uświadomić, że pana praca jak i moja opiera się na fikcji i że tak naprawdę pisarz biografii, a ten zwyczajny to praktycznie jedna i ta sama osoba tyle, że tutaj to pan kieruje moim piórem.

Józef kompletnie nie wiedział jak ma się zachować. Wyobraził sobie jak Gałązkowski bierze potężny zamach, ciska strzałkę, a ta wbija się Zylberowi prosto w czoło. Potężne uderzenie powala go na plecy. Na twarzy grającego daje się zauważyć zachwyt.

- Dobrze, świetnie, niech pan sobie myśli, co pan chce. Ja wiem swoje.

Gałązkowski zdjął nogi ze stołu i zgasił cygaro. Na biurku położył dyktafon i włączył przycisk REC. Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

- Niech pan się tak nie denerwuje ja tylko chciałem zrobić krótkie wprowadzenie do naszego dzisiejszego tematu.

- A będzie nim sztuczność, tak? - skwitował twierdząco i znowu jego wzrok powędrował na gąsienice książek za głową Gałązkowskiego. Skąd ten koleś ma takie zbiory? Półki były pozapełniane od podłogi aż po wysoko osadzony sufit.

- Pańska fikcja jako złudny, sztuczny świat - to nasz dzisiejszy temat. Od ponad miesiąca, tuż przed tym jak zacząłem przygotowywać pytania na nasze parogodzinne spotkania, nęka mnie jedna rzecz. Chodzi mi o to, że najważniejszym tematem, który chciałem poruszyć już na początku, i o którym nigdy nie wspomniałem jest pytanie: dlaczego? Dlaczego pan pisze?

- Czytał pan może mój wywiad dla " Innych Okien"? - Gałązkowski patrzył na niego niemo. Może wreszcie go zatkało, dotarło do Józefa. - Wyjaśniam tam, iż od momentu, w którym zacząłem oglądać telewizję, jako małe dziecko uroiłem sobie, iż moje życie jest fikcją. Świat pełnił wtedy dla mnie rolę Big Brother'a. My oglądamy w telewizji seriale i filmy, za to, gdy powracamy do naszych codziennych obowiązków, bohaterowie tych programów oglądają nas. Gdy wstajemy z rana nie robimy tego zupełnie nieświadomie, lecz, gdyż tak zostało to opisane w jakimś, niedostępnym dla nikogo, scenariuszu. Nawet doszło do tego, że zacząłem podejrzewać wróżki i prezenterów pogody o to, że łamią zasady i zaglądają do owych scenariuszy, czytając to, co zapełnia strony kartek, które jeszcze się nie zdarzyły.

Jego słuchacz zrobił duże oczy jakby przez chwilę zwątpił w swój słuch. Pokręcił głową na znak oszałamiającego zaskoczenia:

- Czyż to nie wspaniałe - mówiąc to podniesionym głosem, Gałązkowski wzniósł ręce do góry, jakby przywoływał samego Boga do wysłuchania tego interesującego dialogu - Czyż to nie wspaniałe usłyszeć jak się rodzą najsławniejsi polscy pisarze. Pierwszy raz słyszałem o tak interesującym wczesnym rozwoju umysłu nowelisty.

- Więcej pan znajdzie w tym wywiadzie - majowy numer "Innych Okien".

Gałązkowski sięgnął po potężny długopis w kształcie ptasiego pióra, którym zanotował nazwę i miesiąc magazynu. Jego pismo było doskonałe. Już dawno opanował sztukę kaligrafii. Pióro dosłownie płynęło po kartce zakreślając łuki, wstęgi i inne wywijasy. Gdy postawił wydłużoną kropkę nad "i" w słowie "okien", w zamyśleniu zmarszczył bujne, niczym lasy tajgi, brwi.

- Co ciekawsze - wypowiadając te słowa włożył tajemnicze pióro z powrotem do metalowego pojemniczka - muszę przyznać, iż jako nie pierwszy, zauważyłem u pana tendencję do przekształcania świata rzeczywistego w świat fikcyjny. Większość pana książek to powieści detektywistyczne. Najważniejsza jest w nich intryga. Muszę przyznać, że jest pan mistrzem w tworzeniu łamigłówek... z życia wziętych.

W tym momencie Gałązkowski schylił się, by wyjąć z szuflady biurka segregator podpisany imieniem i nazwiskiem pisarza. Otworzył go i przeczytał na głos:

- Jurek Zawirski, Janek Zamek, Janusz Zygielski, Jędrek....

Józef usłyszawszy te oto słowa jął się potakiwać głową dając do wiadomości, iż wie, do czego dąży biograf.

- ... pan Jan Z. I tak dalej, i tak dalej. To imiona i nazwiska niektórych postaci z pana książek...

- Jeśli chce mnie pan zapytać czy specjalnie moje postaci mają moje inicjały, to odpowiedz brzmi, "tak" - Gałązkowski spoglądał z miną, która najlepiej kojarzyła się z dużym znakiem zapytania.

- Ponadto, wszystkie sklepy, nazwy ulic i tym podobne, to nic więcej jak anagramy lub słowa stworzone z prawdziwych nazw, nieprawdaż? Weźmy na przykład nazwę psa, pański wabił się Gacek, za to wredna kocica pańskiego nieocenionego detektywa to Cegła.

Józef już nawet nie słuchał. Doskonale znał swoje książki i nikt nie będzie go o nich pouczał. Z powrotem powędrował myślami na zakurzone półki z tomami niezliczonych książek. Zauważył innych autorów: Alester Crowley, LaVey, John Dee. W mordę kopane. Czyżby ten spierzchły staruch interesował się okultyzmem?

- Takich przykładów - ciągnął dalej domniemany okultysta - gry słów, znalazłem setki. Jednak, co najciekawsze, gdyby rozrysować plan uliczek fikcyjnego miasta, w którym rozgrywa się większość pana opowiadań, to wyszłoby nam coś takiego.

Wszystkie rzeczy leżące na biurku przykrył całun ogromnej bibuły, po której wiły się naszkicowane ulice wymyślonej mieściny. Gałązkowski, przytrzymując koniuszkami palców plan, gadał dalej:

- Tak to właśnie wygląda. Teraz zrobimy o tak .

Przełożył mapę na drugą stronę. Ciemny marker przebijał przez cienką bibułę, ukazując w ten sposób lustrzane odbicie uprzedniego rysunku. Wstał, podszedł do półki i wyjął mapę, na której widniała nazwa mieściny, w której od lat zadomowił się Zylber. Rozwiniętą mapę wsunął pod własny szkic. Wszystkie ulice na obydwu rysunkach zbiegły się w jedną. Obydwa rysunki pokryły się, pasując do siebie jak dwie połówki roztrzaskanego kamienia. Józef zareagował na to z wyrazem szacunku.

- Widzę, że zrobił pan bardzo dogłębny research. - na to biograf uśmiechnął się do niego.

- Taka praca - i po chwili ciszy wymamrotał - Więc muszę jeszcze raz zapytać. Dlaczego?! Dlaczego przetwarza pan nasz świat w fikcję? Czy to wszystko nie dąży do tego samego? Czy też nie o to chodzi panu w pańskich książkach?

Zylber westchnął głęboko i podrapał się palcem wskazującym po brwi.

- No dobra, ma pan rację. Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od tego, gdy pewnego dnia, będąc nastolatkiem, zdałem sobie sprawę, że życie nie jest fikcją. Był to dzień, w którym straciłem rodziców, i jak pan już pewno zdaje sobie sprawę, był to dzień, który mi spędzał sen z powiek latami. Świat zawirował, przewrócił się do góry nogami. Zacząłem rozróżniać to, co realne i nierealne. Jednak ten świat fikcji, który mnie przedtem otaczał, gdzieś musiał się podziać! Znalazłem jego miejsce na papierze. Zacząłem pisać, kreując świat symetryczny do prawdziwego.

Gałązkowski usatysfakcjonowany pochylił się w tył na swoim krześle. Tego poszukiwał - prostej odpowiedzi na pytanie. Sięgnął po dyktafon i nacisnął STOP.

- Koniec na dzisiaj? - Józefa zaskoczyła reakcja biografa. Ich spotkania zazwyczaj trwały po trzy godziny a teraz minęło niecałe 30 minut.

- Niezupełnie. Mam jeszcze jedno poważne pytanie - podniósł się z krzesła i stanął przed szafą z książkami. W pokoju zapanowała dziwna nieprzyjemna atmosfera. Dym z cygar wciąż wirował pomiędzy nimi.

- No dobrze, wal pan.

- Czy nie chciałby pan, by świat, który pana otacza był dalej fikcją?

- Dziwne pytanie. Czasami tak, czasami nie. Przyzwyczaiłem się do tego czy coś jest prawdą czy nie. To już nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

Gałązkowski, stojąc do niego tyłem przemówił dopiero po chwili ciszy, która zdążyła spowić ich rozmowę atmosferą tajemnicy i niedopowiedzeń.

- Czasami, tylko czasami? Wątpię, pan cierpi z tego powodu, nieprawdaż? Czasami, to tylko budzi się pan w nocy i zlany potem błaga o szybki sen. Sen jest przecie dla pana światem ukojenia.

- Ma pan bardzo celne spostrzeżenia, ale wciąż nie wiem, o co panu chodzi.

- Jestem w stanie panu dać to, czego pan chce.

- Życie w fikcji?

- Tak, życie, jak to my pisarze mawiamy "na papierze". Mogę sprawić, że wszystko się zmieni.

Na to stwierdzenie Józef zabrechtał się i o mało co nie spadł z krzesła.

- A niby to, w jaki sposób?

- To jest teraz najmniej istotne. Najważniejsze to czy pan się zgadza.

Ten na to znowu zarechotał hucznie.

- He, he a dawajże pan, dlaczegóżby nie. Więc kiedy zechciałby pan to uiścić?

- Może w sobotę.- chwilę się namyślał - Tak, myślę, że w sobotę zdążę zacząć pisać pańską biografię.

- Aha, czyli biorę do wiadomości, że w sobotę przebudzę się już jako inna osoba, tak? - entuzjastycznie, lecz zarazem z tonem kpiny wykrzyknął Józef.

- Jako osoba "inaczej", bym to raczej określił. Potem niestety już nigdy się nie zobaczymy.

Rozradowany pisarz zerwał się z krzesła i podał biografowi rękę, spoglądając mu głęboko w oczy by sprawdzić jak bardzo tamten mówił serio. Uścisk dłoni Gałązkowskiego był silny i pewny, w spojrzeniu za to brakowało powątpiewania i kpiny. Powaga na jego twarzy, aż wprowadziła Józefa w zakłopotanie, a nawet w przerażenie.

- Niech się stanie wola pisarska - rzekł biograf.

Przed wyjściem Józef stanął vis-a-vis szafy z książkami i jął się kontemplować oszałamiające zbiory

- Spora ta pańska kolekcja.

- Owszem - odparł mu, porządkując rzeczy na biurku.- Niektóre biografie są mojego autorstwa.

Józefowi rzuciło się w oczy parę ciekawych tytułów, lecz głównie gruba, pięknie oprawiona "Ambrose Bierce: the life" autorstwa Alksandra Gałązkowskiego.

- Pisał pan nawet o Ambrose Bier'sie i to po angielsku?

- Nie Wincent, lecz Aleksander - mój dziadek. Nasza rodzina sławi się biografio-pisarstwem i zamiłowaniem do literatury. Wszyscy moi przodkowie po linii ojca, aż po pradziadka pisali o sławnych ludziach - na tę odpowiedź Józef z lekka zarumienił się na twarzy, gdyż do dzisiaj nie pamiętał imienia swego biografa.

- To niebywałe pochodzić z tak szlachetniej rodziny - odparł na to bestselerowy pisarz .- Niesamowity człowiek ten Bierce. Ponoć zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Czy pana dziadek pisał tę biografię podczas czy po śmierci Bier'sa?

- Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że spotkał go pewnego razu w Meksyku.

- W Meksyku, to ciekawe.

Po krótkiej rozmowie pisarze rozstali się. Odprowadziwszy Józefa do drzwi, Gałązkowski pożegnał go dwoma słowami: "Do soboty". Ten pierwszy ponownie przywdział na twarz szeroki, sztuczny uśmiech i wyszedł pospiesznie. Pospiesznie, nie bez powodu. Józef Zylber doskonale zdawał sobie sprawę nie tylko z tego, że ciało Ambrose Bierce'a pozostawało zaginione, ale również z tego, że wiadomo było, gdzie amerykański pisarz przebywał w dniach swej śmierci. Było to w Meksyku!

* * *

- Kochanie, choć już spać - usłyszał skomlenie Kryśki - Jesteś zmęczony i jest już późno, skończysz ten rozdział jutro.

Józef wraz z żoną leżeli w łóżku. On wystukiwał literki na swoim nowiuteńkim laptopie, ona zaś czytała najnowszą powieść o Harrym Poterze. Uderzenia w klawiaturę doprowadzały Krysię do szaleństwa. Już trzeci wieczór musiała znosić to głośne: pyk-pyk, pyk-pyk, pyk-pyk. Boże, co ją podkusiło do kupienia tego komputera na urodziny Józefowi.

- Już zaraz skończę - odburknął Zylber. Świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie zależało jej na jego zdrowiu. Po prostu chciała przytulić swoje opasłe cielsko do jego piersi, objąć go swoimi tłustymi, obleśnymi łapskami i oczekiwać na jego sprośną reakcję. Więc, gdy tylko przestał rzępolić po przyciskach klawiatury, tak też zrobiła. Józef nie był w stanie sobie wyobrazić, że taka piękna laska ze studiów, jaką była Krysia, potrafiła tak się zapuścić zaledwie w dziesięć lat. Niegdyś piękne zgrabne nogi unoszące lekkie ciałko, teraz potężne baleroniaste falochrony. Leciutki tyłeczek niczym kromka chleba, aktualnie można było porównać do imponującej szafy Gałązkowskiego, znowuż piersi kojarzyły mu się z wypchanymi siatkami z Au Chant, w których codziennie przynosiła następne porcje spożywanego przez nią żarła.

Złapała go pomiędzy nogami. Zrobiło mu się, jak zwykle niedobrze.

- Nie masz ochoty?

- Jestem zmęczony. Daj mi spokój.

Zapytała go jeszcze trzy razy, a potem dwa razy poprosiła błagającym głosem. Uległ. Nic mógł nic na to poradzić. Jednak przed tym jak miał się poświęcić pogasił wszystkie światła. I tak kochali się w ciemności. Ona rozpływająca mu się w ramionach, on myślący o swojej redaktorce. Odpowiedzią na skrzypiące łóżko były uderzenia staruszki z dołu w ich drzwi wejściowe. Gdy tylko Zylber dostał orgazmu, wszystkie odgłosy ucichły. Po kolejnym ciężkim przejściu, leżał na plecach i w nocnej ciszy myślał o sobocie - raz to z marzeniem a raz to ze zgrozą.

* * *

Sen przyszedł szybciej niż zazwyczaj.

Widział w nim Gałązkowskiego. Siedział na ziemi po turecku, w pozycji, w której wyglądał kompletnie groteskowo, jeśli nie powiedzieć śmiesznie. Jak na sześćdziesięciolatka musiał być bardzo dobrze wygimnastykowany. Ręce skrzyżowane za plecami sugerowałyby, jeńca oczekującego ścięcie przez gilotynę. W jednej dłoni kurczowo ściskał coś, co przypominało różaniec, zrobiony z kamiuszczków i końskich włosów. Na samym końcu pętli wisiał płaski pierścień z wpisanym w niego pięciokątem z jednym z czubków skierowanym w dół. Na podłodze tuż przed jego zgiętymi kolanami leżała otwarta księga. Wyprostował prawe ramię plasując satanistyczny amulet tuż nad stronicami tomiszcza, lecz nie dotykając jednym drugiego. Ciążącym pierścieniem zataczał poziome kręgi, wymawiając te oto słowa:

- Huuunszuaaaa, huunszuaaa, hunsza, hsza!!!

Słowa te nabrały w mroku takiej mocy, że wibrował po pokoju, niczym echo odbijające się od górskich szczytów. W pewnym momencie nastąpiło nagłe crescendo, po którym wszystkie półki w szafach popękały sprawiając, że księgi powypadały. Zupełnie jakby dębowe drewno chciało się uwolnić od ciążącej na nim wagi. Upadły na ziemię z wielkim trzaskiem, który sprawił, że...

... Zylber obudził się zlany potem.

* * *

Cztery dni przeleciały mu szybciej niż krótkometrażowy film. W poniedziałek pisał cały dzień. We wtorek też, tak samo jak i w środę i w czwartek. Tworzenie było dla niego czymś nieocenionym. Potrafił spędzić całe dwanaście godzin bez jedzenia, tworząc słowa, zdania, akapity i rozdziały, nawet nie zauważając przy tym błyskawicznej wędrówki słońca po nieboskłonie. Pisząc, kompletnie tracił poczucie czasu i miejsca. W jego wirtualnym świecie to on miał nad wszystkim kontrolę. W ten oto sposób ledwie co nie zapomniał o oczekiwanej sobocie. Myśl o panu Gałązkowskim przyszła do niego sama, dopiero w czwartek wieczorem. Leżał wówczas jak zwykle w łóżku, przy Kryśce.

"Jako osoba inaczej" mówiły słowa biografa. Umysł Zylbera został zalany przez wodospad pytań. Czy Gałązkowski nie był przypadkiem poszukiwany za ucieczkę z jakiegoś psychiatryka? Chyba nie, odpowiedział sobie w głębi duszy. Facet był po prostu ekscentryczny. A jeśli nawet mówiłby serio, to jakby to było? Czy Józef zniknąłby z tego świata, a słuch o nim zaginąłby tak jak po Bier'sie? Może wreszcie uwolniłby się od tej wrednej kwoki Kryśki? Czy trafiłby do jakiegoś równoległego wymiaru rządzonego przez świat fikcji? Jak wyglądałoby takie przejście z jednej strony na drugą?

Jutro wszystko się okaże.

* * *

Jasne promyki zmusiły go do uchylenia powiek. Słońce wznosiło się wysoko. Znajome dzwonienie zegara na ścianie wybiło dziesiątą. Pokój tonął w światłości bijącej z okna. Wszystko zapowiadało niesamowity dzień. Słowiki śpiewały, silniki samochodów lekko powarkiwały, lecz tym razem ciszej niż zazwyczaj, świat budził się do życia - na nowo. Odgłosy przepełniły Józefa uczuciem boskiego zbawienia... dopóki nie usłyszał krowiastego chrapania Kryśki. Gwałtownie przewrócił się na bok by ku swemu zdumieniu ujrzeć pękatą sylwetką swojej żony pod pościelą. Więc nic się nie zmieniło - trafiło do niego. On był po prostu na nią skazany.

Przez całą noc pokładał wielkie nadzieje w słowa Gałązkowskiego. Nawet sen zapowiadał, że się spełnią. Dotknął go wielki zawód. Wstał z lóżka. Postanowił zrobić sobie dzień wolny od pracy. Ubrany w puchową kurtkę wyszedł na ulicę i zapalił papierosa by wyszukać nowej inspiracji. Chodząc tak bezcelowo, pałętając się po labiryncie ulic tworzących część jego osiedla pewne nagłe, niezapowiedziane uczucie zawitało w jego ciele, sprawiając, że musiał przystanąć by chwilę się nad nim zastanowić. Było mu po prostu gorąco. Ulice które dotychczas, pokryte puchem zimowej bieli, najprzyjemniej oglądało się zza oszronionych okien, teraz jawiły się tonąc w niezgłębionej jasności. Cały śnieg się stopił, jego resztki wciąż ściekały do rynsztoków, a temperatura z dnia na dzień podskoczyła o dobre 15 stopni. To cud.

Zylber zdjął puchową kurtkę, w której zdążył już się porządnie spocić. Mijał sklepy, przecznice, budynki, supermarkety. Podglądał i analizował zachowanie dorosłych, dzieci jak i zwierząt, a w jego myśli rozbrzmiewała jedna jedyna idea: coś się zmieniło, coś się stało. I faktycznie, wszystko wydawało się być tym samym, lecz w inny sposób. Jednak to wciąż nic nie znaczyło, zawsze przecież mogło to być czystym przypadkiem: może wstał dziś odpowiednią nogą, pogoda nagle się zmieniła pod wpływem nagłych wiatrów znad północnej Afryki, ludzie stali się inni z powodu.... Stop. To nie było przypadkiem. Wszystko tak nagle i po prostu się nie zmienia, gdzieś musi być tego źródło.

Na rogu Staropolskiej a Kordelisza, Józefowi przed oczami stanął szyld informujący o punkcie totalizatora sportowego Lotto. Wszedł do środka, zakreślił sześć liczb, wrzucił kupon do urny i wrócił do domu.

* * *

Cały dzień przeminął mu nieubłaganie miło. Kryśka nie jęczała mu nad uchem, wyszła do znajomej, która w mniemaniu Józefa była jej warta. W mieszkaniu zapanowała cisza i kojący spokój. Zylber po raz pierwszy w swoim życiu, siadł przy biurku, żeby odpisać na listy swoich wielbicieli. Po raz pierwszy słowa: "ukochany autor", "najlepszy pisarz", "miłość od pierwszego przeczytania", zrobiły na nim tak pozytywne wrażenie. Był lubiany przez wszystkich swoich czytelników. Przez całą swoją karierę sytuacja ta pozostawała niezmieniona. Jednak dzisiaj słowa pochwały po raz pierwszy działały tak budująco. Zupełnie jakby to on sam zmienił swoje nastawienie.

Żonka wróciła o ósmej i sytuacja z powrotem się zdegradowała. Od razu przyleciała do Józefa by mu opowiedzieć jej żałosne spotkanie z Halinką. Ze łzami w oczach wspominała o ciężkich przejściach przyjaciółki, którą zaledwie niecały tydzień temu zostawił mąż, jej ukochany piesek zdechł, a wszyscy sąsiedzi nagle się pochorowali. Co za tragedia!!! - Zylberowi aż śmiać się chciało. Po krótkim monologu tradycyjnie poleciała do kuchni by rozpakować kolejne dwie siatki z Au Chant i przygotować kolację dla obojga, z której jak zwykle trzy czwarte trafi do jej wzdętego brzucha.

Tymczasem Józef rozsiadł się na kanapie w salonie, skąd słychać było skwierczenie i czuć smród przypalanego tłuszczu z kuchni (Krycha zużywała jego tony). Wyczekiwał na wyniki Totka. Po krótkich reklamach, w jednej z których informowali o nowym bestsellerze autorstwa niejakiego Józefa Zylbera, na ekranie pojawiło się logo totalizatora sportowego. Józef już czekał, z kartką na stole i długopisem w ręce. Zainwestował w loterię po raz piąty w swoim życiu i nigdy nie spodziewał się wielkiego zysku. Do gier i konkursów podchodził bardzo sceptycznie. Wytłumaczył sobie, że dziś wszystko może się zdarzyć, co sprawiło, że podszedł do Totka z tak wielką nadzieją.

Tuż przed podaniem wyników, w korytarzu rozdzwonił się telefon.

- Ja nie mogę odebrać, bo gotuję! - zakomunikował ochrypły głos ukochanej żonki.

Józef niezważając na wybitnie irytujące stwierdzenie grubej świni (jak ją po swojemu określał) przyglądał się maszynie, która losowo wsysała żółte piłeczki by wybrać zwycięzców dzisiejszej gry. Pierwszymi numerami były 19 i 6. Jak dotąd wszystko szło po myśli. Były to jego szczęśliwe liczby, które jeszcze z rana zaznaczył.

Telefon rozdzwonił się ponownie.

- Misiaczku odbierz, robię jajecznicę. - zabrzmiało beztrosko we wszystkich pokojach.

- Zamknij się do cholery jasnej, nie mogę!

Następna piłeczka numer 38. Kolejny sukces. Serce przyspieszyło puls, dudniło w jego piersi niczym młot pneumatyczny.

- Dlaczego nie odbierzesz. - gardłowe biadolenie zdawało się rozsadzać Józefowi bębenki i miażdżyć mózg. Skup się na programie, skup się na programie.

Teraz numer 12. Tak! To znowu była właściwa piłeczka.

- Koooochanie, pępusiu najukochańszy gdzieeee jeeesteś?

Zaraz tego głosu nie zniesie. Zaraz wybuchnie w nim to co akumulowało się przez te dziesięć lat ich małżeństwa, to co rozstrajało jego nerwy i przeklinało jego żywot. A telefon dzwonił dalej. Drrrrrring - Drrrrrring.

38, to następny wielki sukces! Jeszcze pozostała tylko jedna... a telefon dalej dzwonił.

- Bąbelku nie odbierzesz? To pewno do ciebie.

Boże, boże, Chryste zmiłuj się. Zaraz tego nie wytrzyma. Zaraz, zaraz....

Iiiiii 41.

Józefa chwilowo zatkało, wszystkie myśli w jego głowie zostały wyciszone. Spojrzał na kartkę, którą trzymał w ręce. Widniało na niej pięć liczb. Sześć liczb, które doskonale pokrywały się z tymi, które wybrał. To niebywałe, jestem milionerem, pomyślał. Czyżby to było możliwe? Możliwe tak, jak najbardziej, lecz nie w świecie rzeczywistym. Wreszcie dotarło do niego, że otoczenie w którym się znajdował było światem fikcji. Przepiękną krainą tysiąca postaci z których to Zylber jako jedyny potrafił kontrolować przeznaczenie. Wszystko stało się fikcją, moją fikcją - krzyczały jego zmysły. Teraz wszystko będzie tak jak chcę. Z kuchni dobiegło kolejne "misiaczku nie odbierzesz?", a on dalej siedział jak wryty.

- Czy możesz odebrać ten cholerny telefon? - głos żonki przyprawił go o zawroty głowy. Ochrzan od Krychy w połączeniu z niesamowitym odkryciem, uwolnił w nim zapasy wściekłości. Nie pozwalała mu się cieszyć szczęściem.

Gwałtownie wstał, niesamowicie z siebie dumny i pomaszerował do sypialni. Po drodze nieświadomie zbił lampkę, którą potrącił ramieniem. Nawet nie usłyszał trzasku bitej żarówki. W pokoju w którym sypiali i który od zawsze kojarzył mu się z komnatą tortur, z szuflady w stoliku przy łóżku wyjął jakiś przedmiot. Telefon ponownie się rozdzwonił.

- Słodziuuuuchu najmilszy - dalej darła mordę.

Zaraz tego nie zdzierży, zaraz...

Nagły łomot ogłuszył go totalnie. Jakaś tajemnicza siła pchnęła go lekko w tył. Chwilowo wszystko zawirowało dookoła i gdy Zylber oprzytomniał zauważył, że w ręce trzyma rewolwer. Ściskał go tak mocno, że wszystkie żyły powychodziły mu na dłoni. Ku swemu zdumieniu nie znajdował się już w sypialni, lecz w kuchni, a jego najmilsza żonka zamiast stać przy garach leżała bezczynnie na podłodze i zamiast pichcić, flegmatycznie wykrwawiała się na śmierć.

Zawsze byłaś leniwą suką, Krysiu, pomyślał Józef. Usłyszał czyjś głos w pomieszczeniu obok. Ktoś raczył wreszcie nagrać się na sekretarce. Zylber spojrzał na wciąż dymiącą się lufę broni i przeniósł wzrok z powrotem na ciało konającej, mówiąc z wielkim uradowaniem:

- Trafiłem wszystkie sześć, czy ty to kapujesz!

Niestety trudno było wydedukować z mimiki Krysi czy pochodziła do wygranej męża entuzjastycznie. Jednak jeszcze trudniej było określić obecne ułożenie jej części twarzy. Kula rozwaliła przednią partię czaszki w drobny mak.. Kuchenkę spowijała siatka lśniącej krwi. Kawałki odstrzelonego mózgu Krysi smażyły się na patelni z jajecznicą i aż trudno było odróżnić jedno od drugiego.

W korytarzu rozległo się wściekłe walenie w drzwi. To znowu staruszka z dołu, pani Kluskowska, domagała się przyciszenia telewizora. Józef wiedział co ma zrobić. Otworzył zamek by ujrzeć w progu rozwścieczoną minę pani Kluchy.

- Wygrałem Sześć milionów w Totolotka. - rzekł z wielką satysfakcją na twarzy.

- Mam gdzieś tę pana wygraną, niech pan ten cholerny odbiornik...

Kula, która przeszła na wylot przez szyję, rozmyła wszelkie wątpliwości pani kluchowatej: Zylber nie wyłączy telewizora. Wciągnął jej ciało do pokoju, zatrzasnął drzwi. Usiadł z powrotem na kanapie w salonie. Zastanawiał się czy ludzie w telewizorze oglądali jego wyczyny. Było to bardzo możliwe. Przez chwilę wydawało mu się, że na twarzach reporterów, prezenterów i gwiazd widniało głębokie zaskoczenie.

- Witajcie w moim Show. - rzekł Józef do telewizora.

* * *

ciąg dalszy >>



blog comments powered by Disqus