"Autobiografia", część 2


* * *

Następnego ranka postanowił zająć się fabułą swego fikcyjnego świata. Pierwszą rzeczą, którą należało się zająć były poprawki. Gdy zastanawiał się nad swoją sytuacją stwierdził, iż to bohaterzy powinni zostać poddani weryfikacji. Wyjrzał przez okno i ujrzał ich tysiące. Pałętali się po ulicach nieświadomi swego wirtualnego bytu uwarunkowanego umysłem Zylbera. Ich charakter i wygląd zależał teraz wyłącznie od jednej osoby. Józef dzielił ich na dwie grupy: pierwszoplanowi (ci których znał) i drugoplanowi (obcy i nieznajomi). Należało teraz zlikwidować postaci zupełnie niepotrzebne, tak jak to robili bohaterzy w jego książkach.

O godzinie jedenastej wybył z domu i pojechał do Warszawy. Cieszył się, że zewnętrzny wygląd świata pozostał niezmieniony. Zdążył się już do niego przyzwyczaić, więc niech i taki pozostanie. Maszerował po Marszałkowskiej oczekując pierwszej dobrej okazji by wypróbować swój talent w tworzeniu nowej, alternatywnej fikcji. Zawsze miał niesamowicie pedantyczne podejście co do konstrukcji fabuły w jego książkach. Musiała być perfekcyjna. Jak dotąd rozwój był taki jak powinien. Wyeliminował już dwie zupełnie niepotrzebne postaci, które dalej rozwinięte zajęłyby niepotrzebnych parę stron i przyczyniły się do zniszczenia jednego drzewa z lasów tropikalnych.

Teraz tylko pozostawało czekać, aż jakaś nieświadoma osobistość wejdzie mu w drogę. Trzeba ten świat oczyścić, nie ma miejsca na was wszystkich w mojej książce. Było mu to obojętne czy tymi osobami będą uparci ludzie rozdający ulotki przy rotundzie, dziecko, które nagle na niego wpadnie czy też kobieta, która zajmie mu miejsce w autobusie. Czy tak czy inaczej, od kogoś trzeba było zacząć.

Zadzwonił mu w kieszeni telefon komórkowy. Był to kierownik księgarni, która znajdowała się parę przecznic stąd. Ochrzanił pisarza, że spóźnia się na swoje spotkanie autorskie z fanami, które miało się odbyć właśnie tam o pierwszej. Józef, który zapomniał o zaplanowanej wizycie spojrzał na swój zegarek. Była pierwsza dziesięć. Momentalnie dostał olśnienia: pierwszymi potencjalnymi bohaterami przeznaczonymi do kasacji byli jego zagorzali fani. Rozłączył telefon i skierował się w stronę owej księgarni. Czas wprowadzić parę zmian w tekście przed rozpoczęciem drugiego rozdziału.

* * *

Na sali panowało drobne zamieszanie. Wrzawa narastała z minuty na minutę. Dziesiątki czytelników wyczekiwały na swoje błogosławione bóstwo: Józefa Zylbera. Autor przyszedł z trzydziestominutowym opóźnieniem. Nieogolony, w nieeleganckim stroju, z rozwianymi włosami, usiadł przy specjalnie przygotowanym na tę okazję, wystrojonym stole. Publika powitała go hucznymi brawami. Była tu nawet telewizja. Józef kompletnie zapomniał, że poza rozdawaniem autografów będzie też brał udział w wywiadzie na żywo dla TVP 1. Ustawił sobie mikrofon na wysokości ust.

- Musicie mi wybaczyć moje krótkie spóźnienie. Mogę tylko państwa pocieszyć tym, że podczas mojej nieobecności pracowałem nad moim nowym projektem, który już niedługo zadowoli niejednego z was.

- Jaki będzie miała tytuł ta pana nowa książka. - zapytała staruszka z kapeluszem przyozdobionym pawim piórem.

- Szczerze mówiąc, jeszcze nie wiem. Będzie to chyba najbardziej realistyczny i sensowny pomysł jaki kiedykolwiek przerabiałem.

Na sali ponownie rozległ się huczny wiwat, który sprawił, że Zylberowi jednocześnie podskoczyła adrenalina, jak i serce do gardła. Nienawidził tego - z czego oni się tak cieszyli? Zaledwie zdążył powiedzieć dwa zdania. Wyobraził sobie co będzie się działo, gdy skończy przemówienie i wywiad. Masy ludzi zaczną napierać na platformę na której się znajdował, by dostać a to autograf, a to dedykację, a to zrobić zdjęcie. Fani będą się zabijali, kobiety mdlały, dzieci wrzeszczały jego imię. Do czegoś takiego nie mógł dopuścić. Na szczęście, miał co do tego pełny plan. W końcu, nigdy nie przelewał myśli na papier, bez uprzednio rozrysowanego szkicu.

- To może przejdziemy do pytań - zaproponował człowiek, siedzący na prawo od Zylbera, którego zadaniem było prowadzenie wywiadu. Ten na to zrobił rozzłoszczoną minę i pokręcił głową zaprzeczając. Rozmówca Józefa przybrał dziwny wyraz twarzy, nie wiedząc o co mu chodzi. Jego oczy za grubymi szkłami okularów zrobiły się tak duże jakby miały urosnąć do wielkości oprawek.

- Nie, nie będzie żadnego wywiadu. Nie odpowiem na żadne pytanie! - powiedział ze stoickim spokojem autor.

Okularnika dosłownie wryło i zatkało jakby ktoś go walnął młotem strażackim po łbie, w usta wepchnął wąż przeciwpożarowy i odkręcił kurek. Józef, który nigdy przedtem nie był tak wyluzowany podczas poprzednich takich spotkań, wstał i zwrócił się do operatora kamery TVP 1.

- I do tego, żadnych kamer. - Na sali zapanowała najczystsza cisza, jaka kiedykolwiek zawitała w księgarni od czasów jej powstania.

- Ale został pan już z góry opłacony za ten wywiad.- wyszeptał przez zęby czerwony jak burak żurnalista.

- Nie ma problemu. - Józef wyjął z kieszeni cegłę spiętych gumką banknotów stuzłotowych i rąbnął nią o stół. Następny pliczek poleciał w stronę operatora, który złapał ją, nie mogąc uwierzyć własnym wybałuszonym gałom. Zylber posiadał jeszcze pięć takich pięknych forsiastych kostek, a resztę ulokował w banku tuż po tym jak z rana odebrał swoją milionową wygraną.

- Przyjechałem tutaj nie dla telewizji, nie dla pana, lecz dla moich czytelników.

Dziennikarz kazał wyłączyć kamerę, po czym oburzony zszedł z platformy pozostawiając pieniądze na stole. Wypowiedź Józefa została powitana owacją ze strony widowni. Zylber teraz przemawiał wyłącznie do swoich ukochanych fanatyków.

- Więc kto jest moim największym fanem? - zapytał.

Publika wydała jedną jedyną odpowiedz na to oczywiste pytanie, piejąc jednocześnie niczym chór : " Jaaaaaaaa". Na tę jednogłośną odpowiedź, Zylbera aż rozsadzało od środka w niedoczekaniu. Wycie zobligowało go doprowadzić swój plan do końca.

- Muszę wam wyznać coś niewiarygodnie przykrego - mówił oskarżającym tonem -Zawiedliście mnie. Wy nie chcecie mych książek, nie chcecie mej fikcji. Jedyne czego zawsze poszukiwaliście to nie potęga mojej wyobraźni, lecz ja jako moje ciało i osoba. Jakbyście mieli okazję, to byście mnie żywcem rozszarpali na miejscu. Każdy zachowałby sobie część mego ciała, a reszta poszłaby na targi z pamiątkami i do Muzeum Warszawskiego. Więc przyszła kara: nie chcieliście mej fikcji, więc się moją fikcją staliście!

Widownia patrzyła na niego morzem wytrzeszczonych oczu. Miłośnicy swego wielkiego Pana wyglądali na przerażonych, a wręcz shisteryzowanych. Milczeli niczym potulne baranki, które proszą o przebaczenie. Prawda była prawdą, bestselerowy autor ostro się na nich wkurzył.

- Teraz muszę was opuścić.

To rzekłszy wyszedł pozostawiając za sobą niesmak i rozgoryczenie. Tylne drzwi, przez które czmychnął, prowadziły do wyjścia ewakuacyjnego. Fala czytelników ruszyła za nim. Tak jak to przewidział wszyscy miotali się wchodząc na siebie na wzajem, łamiąc sobie ręce i nogi, chcąc dostać chociażby ten jedyny autograf.

Gdy Zylber, idąc tylnymi schodami w dół, ujrzał tony wielbicieli z całej Polski, sunących w dół za nim, zaczął biec ile wlezie. Otyły chłopak z mordą dzięcioła podleciał do Józefa, by gdy ten się odwróci zrobić mu zdjęcie. Flasz Polaroida chwilowo oślepił literatę, który zrewanżował się celując rewolwerem w opętańca. Takiego zdjęcia jeszcze nie miałeś pomyślał i pociągnął za spust. Pocisk trafił grubasa w ramię, a ten przewalił się, torując przejście innym. Zylber jął się strzelać na oślep do bezbronnego tłumu. Cha, cha, nagły zwrot akcji. Na tym polega fikcja moi drodzy, trzeba mieć fantazję. Na klatce zapanowała panika. Ludzie postrzeleni padali na podłogę wylewając z siebie kałuże krwi. Kilkoro z nich jednak nie dawało za wygraną. Pomimo, iż wiedzieli, że idą na śmierć, przeskakiwali przeszkody w postaci ciał swoich rywali i dalej przepychali się korytarzem. Józefa przeraziła ich determinacja. Stracił nad nimi kontrolę, a to nie mogło mieć miejsca w fikcji tak doskonałego autora jakim był on. Był już blisko ziszczenia swego planu. Pozostawił swoich fikcyjnych bohaterów daleko w tyle. Przy wyjściu przystanął by poczekać na tłum.

- Gaz, tu jest gaz! - wykrzyknęła jakaś kobieta.

Józef zastanawiał się nad tym, jak bardzo trzeba być otumanionym, tak jak to właśnie byli wszyscy jego fani, by przez całe ich spotkanie nie wyczuć ulatniającego się gazu. Zylber nie przyszedł do księgarni bez uprzednio przygotowanej, alternatywnej drogi wyjścia z tej oto opresji. Przed wejściem na górę, przeciął rurę z gazem, która pozostała w tym oto stanie przez całe dwadzieścia minut. Pisarze często tworzyli takie alternatywne zakończenia, w razie gdyby to, które zamierzali opublikować, nie chciało wypalić. Tutaj wszystko wskazywało na to, że ta, ostateczna wersja zakończenia następnego rozdziału, wypali... i to hucznie - z fajerwerkami.

Na wszelki wypadek odsunął się kilka metrów od rury. Nie musiał tego robić, w jego książkach zawsze był happy end i głównemu bohaterowi nic się nie działo. To jego fikcja i on w niej umrzeć nie może.

Nacisnął spust. Ujrzał piekielny rozbłysk, który gwałtownie został pochłonięty przez ciemność.

Wszystko się zmieniło. 

* * *

Siedział na ławce w Parku Łazienkowskim. Z lewego ucha sączyła mu się krew. W lewej ręce tkwił odłamek szyby, przez którą wyleciał, odrzucony wybuchem. Wbił się głęboko. Gdy Józef zginał palce czuł jak szkło obciera o trzon kości jego środkowego palca. Silne bóle głowy wskazywały na wstrząs mózgu. Z koron wciąż nagich drzew, dobiegał śpiew.

- Zamknijcie się pieprzone ptaszyska - wykrzyknął w przypływie bólu.

Drozdy dalej nuciły wesoło. Nie miał nad nimi żadnej kontroli. W rzeczy samej, Zylber już nie miał nad niczym kontroli. Wybuch nie potraktował go najlepiej. Pod ławką, na asfalcie widniały plamy krwi, które z czasem pochłaniały co raz więcej czerwonej cieczy z ciała Józefa. Ominął śmierć, a ona była na wyciągnięcie ręki. Jednak to nie miało tak być. Powinien był wyjść z tego cało. Co tu się dzieje? Gdzie on jest? Kto kieruje tym światem? Na pewno nie on. Niedola która go dopadła, przekraczała granice jego fantazji.

Nagle przypomniał sobie dialog z Gałązkowskim. Biograf powiedział jedno zagadkowe zdanie: "Tak, myślę, że w sobotę zacznę pisać pana biografię". No oczywiście! Że też wcześniej na to nie wpadł. Gałązkowski dzięki swym okultystycznym mocom sprawił, że postać Zylbera jest kompletnie podporządkowana jego fikcji. Gałązkowski, który prawie perfekcyjnie znał Józefa, był teraz w stanie dokończyć jego biografię w sposób w jaki mu się żywnie spodoba manipulując przeznaczeniem swego bohatera. To on był władcą tego świata fikcji i sprawował w nim swoje królewskie rządy. Zamiast berła i korony wystarczyło mu pióro i kartka. Te oto rekwizyty umożliwiały mu pisanie scenariuszy, o których Józef wspominał przy ich spotkaniu.

Na tę nagłą, lecz i jak oczywistą ideę, główny bohater książki swego biografa zerwał się na równe nogi i skierował ku wyjściu z parku. Miał nadzieję, że uda mu się jakoś dotrzeć do Gałązkowskiego. To nie było takie oczywiste, gdyż sam dziwak powiadał, że gdy Józef stanie się fikcją to razem się już nigdy nie zobaczą. Jednak musiał z nim porozmawiać. To była jego jedyna szansa. Musiał to wszystko cofnąć póki nie będzie za późno.

Wsiadł do autobusu jadącego w kierunku starego miasta. W połowie drogi zorientował się, iż pojazd zbacza z trasy i zamiast jechać dalej zmierza w stronę Pragi. Gdy Zylber zapytał kierowcy o przyczynę tej zmiany kierunku, ten odpowiedział mu na to, że trasa autobusu została zmieniona przeszło dwa tygodnie temu i że na przystankach wiszą ulotki informujące o owej zmianie. Jednak Józef nie był naiwny. Od razu wyczuł zapach spisku. Jego instynkt w tych sprawach się nie mylił. Był dobry w tworzeniu łamigłówek jak i w ich rozwiązywaniu. Nie bez powodu zajął się pisaniem powieści detektywistycznych. To podstęp Gałązkowskiego. Usiłuje go odciągnąć od swojej twierdzy, w której zaszył się by decydować o kolejach losu Zylbera.

- Myślisz, że jesteś taki dobry? - powiedział Józef wnosząc głowę i spoglądając w niebo widziane przez autobusowe okno w dachu - Twierdzisz, że masz nade mną totalną kontrolę? To się grubo mylisz. Nawet takiemu bestselerowemu pisarzowi jak ja niektóre postaci potrafią się zbuntować i wymsknąć spod kontroli.

Wypowiadając te oto słowa chwycił za hamulec awaryjny i szarpnął nim w dół. Krzyki pasażerów zagłuszyły pisk opon. Gdy drzwi się uchyliły, Zylber pobiegł po taksówkę. Ta znowuż po kilku minutach jazdy złapała gumę. Gdy tylko Zylber chciał przejść przez pasy, światła stawały się czerwone. Wydawało mu się, że ulice zmieniają kolejność i porządek, a mrok przyszedł wyjątkowo szybko. Zagubiony w labiryncie dróg przedzierał się przez ciemne miasto. Gałązkowski sprawował władzę absolutną nad wszystkim żywym i martwym i nie miał zamiaru się poddać.

Józef spostrzegł pośród dachów domów kolumnę Zygmunta.

- Teraz mnie nie zmylisz - warknął pod nosem.

W drodze na rynek Starego Miasta zza rogu jednej z kamienic wyskoczył człowiek w czarnej skórzanej kurtce z nożem w ręku. Autor odparł atak strzałem. Podszedł do konającego złapał go za fraki i przyciągnął do siebie.

- Nie likwiduje się od tak po prostu dobrej postaci, którą tak długo się zgłębiało. Jest to wbrew prawom fikcji. Kapujesz, ty nieudany pismaku? - gadał do martwego człowieka, lecz wiedział, że Gałązkowski słucha jego uszami.

Ruszył dalej. Miał nadzieję, że Rynek wciąż istniał, a kamienica stała na swoim miejscu. Tak też było. Wszedł do środka i jął się pokonywać serię schodów. Gdy dotarł na trzecie piętro pukał dwukrotnie z brakiem rezultatów.

- Otwieraj, albo wywarze drzwi. Teraz nic mnie nie powstrzyma!!!

Usłyszał otwieranie zamków. Drzwi się uchyliły. W progu stanęła dwudziestoletnia

dziewczyna.

- Kim jesteś? - Józef wycelował w nią swój rewolwer.

Dziewczyna zaczęła się piskliwie chichotać. Tak szyderczo i zarazem kpiąco, że Józefowi z przerażenia broń zadrżała w ręce. Ona była jedną z nich. Postacią wykreowaną w umyśle biografa-okultysty. Widok kobiety zniweczył wszelkie możliwości planu ucieczki z tego okropnego świata fikcji.

- Pan pijany?

- Pytałem się kim jesteś! - potrząsnął pistoletem ostrzegawczo.

- Ja, spsiątaczka. Pan do pana Gałązkowskiego? - zabrzmiał głos naiwnej Rosjanki.

Zylber bez odpowiedzi wparował do mieszkania. Dziewczyna uciekła w dół klatki schodowej w popłochu. Drzwi gabinetu były zamknięte. Gdy je otworzył ujrzał sylwetkę Gałązkowskiego. Siedział za swoim biurkiem. Łokcie oparte o blat, palce rąk splecione w powietrzu, głowa lekko przechylona do przodu. Wpatrywał się w swojego bohatera jakby się go spodziewał.

- Kogo my tu mamy. Oto nasz zaginiony pisarz - rzekł z pewnością w głosie.

- Zamknij się. TY skurwysynu chciałeś mnie udupić! Myślałeś, że nie jestem wystarczająco silny, co? To teraz porozmawiamy sobie jak pisarz z pisarzem.

- Nie wiem o czy pan mówi. Co się panu stało? Pan krwawi. Niech pan usiądzie. Szkoda by było, żeby pan się wykrwawił.

- Powiedziałem żebyś się zamknął, pojebie. Myślałeś, że możesz posiąść mój byt, zmienić mnie w bohatera swojej zasranej fikcji?

- To niedorzeczne! Przecież pan się o to nawet nie upomniał byśmy naszą umowę doprowadzili do końca. - zaczął się tłumaczyć

- Co masz na myśli ty chory psycholu?

- Mam na myśli, że nie stawił się pan na nasze umówione spotkanie, w sobotę.

- Jakie spotkanie. O niczym nie było mowy. A nawet jeśli, to czy to powód by mnie skazywać na pana durną fikcję? - zbuntowany głos Józefa

- Przecież do niczego nie doszło. W sobotę wieczorem zadzwoniłem trzykrotnie do pana i czekałem bardzo długo, lecz nikt nie odbierał. Zostawiłem nawet wiadomość na sekretarce. Nie mógłbym nic zdziałać bez pańskiej obecności. Jest pan niezbędnym składnikiem rytuału.

Józef poczuł się jakby go ktoś zakneblował, gdy przypomniał sobie wczorajsze dzwonienie telefonu podczas, gdy on rozprawiał się ze swoją niegrzeczną żoną.

- Skąd mam mieć pewność, że mówisz prawdę. Myślisz, że jestem taki głupi?

- Chwileczkę, pan twierdzi, że chciałem pana perfidnie wciągnąć w jakiś rodzaj mojej fikcji i że w ten sposób mógłbym kierować pana rzeczywistością? Toż to kompletna bzdura. Jeśli to miałoby być prawdą, to co pan powie na fakt, że pan stoi i rozmawia ze mną bez pomocy mojej ręki i pióra. Przecież w tej chwili nie piszę. Więc kto to wymyśla? Kto tworzy ten dialog? Kto opisuje tę sytuację?

Józef opuścił pistolet.

- Nie wiem. Ja już sam nie wiem co się dzieje.

- Więc powiem panu. Uświadomię pana o tym co się dzieje.

Gałązkowski wstał ze swego krzesła na kółkach i włączył telewizor. Na kanale TVN 24 puszczali relację z tragicznego wybuchu który miał miejsce dziś o godz. 2 po południu. Pożar w księgarni pochłonął ponad dwadzieścia ofiar. Filmy kręcone na żywo pokazywały budynek trawiony przez czerwone płomienie, strażaków starających się uporać z żywiołem, oraz ambulanse wywożące rannych i martwych. Biograf pogłośnił telewizor. Na ekranie pojawiło się zdjęcie Józefa, które zazwyczaj można było znaleźć na tyłach jego książek. Teraz widniał pod nim napis "poszukiwany".

- Niestety, - mówiła reporterka - nie udało się znaleźć Józefa Zylbera, autora bestselerowych książek i sprawcy wybuchu. Dwie godziny po tym tragicznym zajściu policja wyważyła drzwi mieszkania pana Zylbera, znajdując w nim dwa kolejne ciała: jego żony i sąsiadki. Jak mogło dojść do tego, że autor o takim autorytecie, ceniony przez opinię publiczną zwrócił się ku tak tragicznym czynom?

W ekranie pojawiła się kobieta siedząca za metalowym biurkiem. W lewym, dolnym rogu ekranu znajdował się napis: prof. psychologii Janina Król.

- Takie przypadki już się zdarzały - mówiła - Sławni ludzie są pod wielką presją swoich fanów i często, nie przygotowani psychicznie na sławę, coś w nich pęka i buntują się przeciwko systemowi.

Po wypowiedzi pani Król leciały inne najważniejsze informacje dnia. Zylber nie patrzył już na ekran. Spoglądał w siną dal. Granica pomiędzy fantazją a realiami została załamana.

- Taka jest prawda - podsumował Gałązkowski wskazując na telewizor.

- Nie, to nie możliwe. To nie mogło być na prawdę.

Józefowi przed oczyma stanęły martwe ciała żony, sąsiadki i czytelników. Nie byli już bohaterami czyjejś fikcji. Byli normalnymi ludźmi z krwi i kości. W przypływie buntu skierował lufę swojego pistoletu z powrotem na Gałązkowskiego.

- To wszystko twoja wina.

- To nie jest niczyja wina. Tak niestety wygląda rzeczywistość w pełnym tego słowa znaczeniu. Przez całe życie kreował pan sztuczną postać. Postać zakłamaną od samego dorastania. Wszyscy tacy jesteśmy - kompletnie sztuczni. Tworzymy kłamstwa, generujemy nasz charakter by dopasować się do naszego otoczenia i wymogów społeczeństwa. Każdy z nas tworzy taką postać, każdy z nas bierze udział w kreowaniu tej fantazji jaką jest nasz świat. Pan miał, chociaż przez dwa dni okazję obcować ze swoim prawdziwym ego. Zdarł pan maskę i pokazał światu prawdziwe oblicze, które ukrywał pan od dzieciństwa. Poznał pan samego siebie.

- Łżesz jak pies!!! Nie masz zielonego pojęcia co to znaczy być tak sławnym pisarzem jak ja.

- Myślę, że to co zobaczyliśmy w wiadomościach nie pozostawia żadnych wątpliwości co do tego, że już cała Polska wie jak to jest.

Józef ogarnęło przerażenie. Co dalej? - mówiło jego wykrzywione oblicze.

- Myślę, że mogę panu pomóc. - Gałązkowski przerwał krótką ciszę - Doskonale rozumiem przez co pan teraz przechodzi. Każdy z nas boi się swojej drugiej połowy. Boi się pan stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami! Mogę panu pomóc je ominąć.

- A niby to w jaki sposób?

- Wystarczy, że wywiążemy się z naszej umowy. Pan stanie się fikcją, a na tym świecie nikt już o panu nie usłyszy. Dam panu "życie na papierze"

Józef upuścił rewolwer na ziemię zgadzając się na układ.

- Więc proszę usiąść wygodnie a ja przyniosę wszystkie potrzebne nam rekwizyty.

Gałązkowski wyszedł, a Zylber wykonał polecenie. Nie obchodziło go co będzie dalej. Czy obudzi się w fikcji czy też nie, a nawet czyja to będzie fikcja. Czy zacznie żyć od nowa, czy może czas cofnie się o dwa dni. Czy to Gałązkowski będzie sprawował nad nim władzę. To już nie było istotne. Chciał tylko zniknąć z tego świata i zaistnieć gdzie indziej.

Tuż za nim usłyszał skrzypnięcie klepki w podłodze. Poczuł czyjąś obecność za plecami. Zimna ręka wyskoczyła zza prawego ucha. Schwytała Józefa za twarz i przyciągnęła do oparcia fotela. Uścisk był silny i pewny jak wtedy gdy uścisnął dłoń Gałązkowskiego przy poprzedniej wizycie. Teraz wystawał z niej kawał białej waty ... ociekający chloroformem.

* * *

Obudził się z szumem w uszach. Kręciło mu się w głowie od oparów chloroformu, wypełniającym nozdrza. Czuł, że wciąż jest w pozycji siedzącej. Więc to jest ten świat? Ten inny świat czyjejś fantazji?

Obraz powrócił dopiero po chwili. Józef zobaczył, że wciąż siedzi na owym krześle w pracowni Gałązkowskiego. On zaś znajdował się naprzeciwko niego. Pochylony nad biurkiem, pisał swoim długopisem w kształcie ptasiego pióra w potężnej księdze, której białe kartki świeciły pustką.

- Czy już. Czy to już się stało?

- Tak już się zaczęło. - odparł biograf

Gałązkowski nawet na niego nie spojrzał. Kaligrafował rozciągłe litery w ogromnym tomiszczu.

- Więc co pan teraz robi? - zapytał nieśmiało Zylber.

- Piszę pańską biografię, drogi przyjacielu. To końcowa część procesu.

Józef postanowił wstać by wyjrzeć za okno, za którym rozprzestrzeniał się widok na poranny Rynek. Lecz nie mógł wstać, nie mógł nic zrobić. Jego ciało było bezwładne jakby umysł odmawiał mu posłuszeństwa.

- Widzisz mój drogi przyjacielu. Jedyny problem z tym oto tuszem, którego używam jest taki, że niesamowicie szybko krzepnie - głos pana Gałązkowskiego wyrażał zawód.

Józef zwrócił uwagę na szkarłatne pismo swego biografa. Długopis-piórko zostawiał na papierze czerwone niteczki tuszu. Józef opuścił wzrok i zobaczył, że ma ręce przywiązane do krzesła. Na jego lewym ramieniu widniały czerwone punkty od nakłucia strzykawką, która leżała na biurku. Tuż przy strzykawce stał kałamarz wypełniony po brzegi krwią pisarza.

- Co pan robi!!! - zapytał zdesperowanym głosem Zylber - To moja krew!

- Faktycznie panie Zylber, celne spostrzeżenie. Ja tylko wywiązuję się z naszej umowy. Chciał pan zaistnieć jak to my pisarze mawiamy "na papierze", więc tak też się stanie... chociaż może w dokładnym tego słowa znaczeniu. Jeśli pan nie pojął warunków naszej umowy to nie może mnie pan za to winić!

Zylber uświadomił sobie, że Gałązkowski nie jest nikim innym jak maniakalnym mordercą, który miał zamiar napisać jego biografię jego własną krwią. Wtedy to właśnie zaistnieje jak to uprzednio określał "na papierze"... swoim ciałem.

- Pan łamie zasady umowy - Wybełkotał wciąż ledwo przytomny Zylber.

- A niby, w jaki sposób?

Józef postanowił, że użyje swego detektywistycznego sprytu.

- Miałem stać się fikcją, a staję się swym prawdziwym życiem, w ten sposób łamie pan konwencję.

Na to Gałązkowski zareagował śmiechem

- Jaką to konwencję? Ja odtwarzam pana charakter, życie i sytuację. Pana życie to fikcja, to pan wyprodukował sztuczną postać, jaką jest Józef Zylber więc i tak staje się pan fikcją. Prawdziwy był pan tylko w dzieciństwie i prawda wyszła z pana przez ostatnie dwa dni. To wtedy był pan sobą.

Wskazał na stosy papierów zapełniających zewsząd jego biurko, zawierających wszystkie informacje o życiorysie Zylbera

- Te tutaj zapiski nie są niczym więcej jak opisem pana zmyślonej postaci, którą co raz to bardziej rozwijał pan przez swoje życie. Myślałem, że już o tym wspominałem i wyraziłem się jasno. Owszem przyznaję się, że kradnę pana pomysł, ale w związku z tym, że nigdy pan o nim nie napisał, nie może mnie pan oskarżyć o plagiat.

Mówiąc to powrócił do pisania biografii. Józef na marne starał się uwolnić z taśm, które trzymały go przy krześle. Na podłodze leżał rewolwer. Gdyby tylko mógł go dosięgnąć. Pozostała mu jedna jedyna kula i wiedział, że nie była przeznaczona na Gałązkowskiego. Ona była dla niego, by mógł wreszcie skończyć koszmar swego żywota.

Gałązkowski uśmiechnął się, gdy ujrzał twarz Józefa skierowaną ku podłodze i od razu wydedukował zamiar pisarza.

- Rozumiem pana niefortunną sytuację. Niestety muszę pana zawieść. Niech pan tego nawet nie próbuje. Gdyby pan mi tu wyzionął ducha to jak miałbym skończyć pańską biografię i spełnić pana marzenie? Jak już mówiłem ten żywy tusz bardzo szybko wysycha, więc obawiam się, że będę musiał przez pewien czas przytrzymywać pana przy życiu.

Gałązkowski podszedł do Józefa, który szarpał się na swoim miejscu. Pisarz znowu poczuł znajomy zapach chloroformu. Czy to będzie ostatni raz?

* * *

Pisanie biografii zajęło mu niecałe trzy miesiące. Przez ten czas Zylber budził się co jakiś czas, jednak coraz rzadziej. Na początku jeszcze starał się walczyć, wyzywał Gałązkowskiego od psychopatów, wariatów i maniaków. Później jednak stał się mu posłuszny. Brak krwi sprawiał, że pisarz coraz rzadziej łapał kontakt ze światem. Biograf odbierał uspokojenie zakneblowanego jako wyraz wdzięczności. Obydwoje robili sobie przysługę.

Pewnego dnia Gałązkowski wstał by zabrać się do napisania posłowia w swojej książce. Zastał swojego ulubionego pisarza martwego. Od trzech miesięcy nie zmienił swojego miejsca przy biurku, by tutaj spocząć. Pod jego stopami, dywan plamiły uryny. Jego śnieżnobiała skóra, wciąż wypełniona była ciepłem życia, które opuściło pisarza parę minut temu. Wisiała luzem na jego zwiotczałych mięśniach - w ciele brakowało krwi.

W sam raz, pomyślał Gałązkowski. Wyjął serię strzykawek, którymi wypompował resztki autora. Czerwoną ciecz wlał do tubek, które powkładał do lodówki. Z pleców trupa wyciął potężny płat skóry, tak, aby pasował wielkością do kartek, który wydepilował, włosek po włosku i zafarbował na czarno. Szpikiem kostnym autora zmieszanym z innymi chemikaliami, skleił stronice ukończonej książki i obłożył. Elegancka okładka pasowała jak ulał. Przepiękne tomiszcze ustawił na półce obok "Ambrose Bierce: the life" - podobnie zaprojektowanej książce swojego dziadka. Cała rodzina Gałązkowskich była miłośnikami literatury. Jego przodkowie wielbili literaturę klasyczną, on zaś wolał współczesną. Teraz spełniło się jego marzenie. Józef Zylber na jego półce, to było coś! Był wielkim miłośnikiem fikcji tego pisarza. Teraz wiedział, że kiedykolwiek poczuje się samotny otworzy tę oto książkę, a autor opowie jemu o swoim życiu... sobą.

Niepotrzebne resztki ciała, zawinął Gałązkowski w torbę na śmieci i wywiózł nad Wisłę. Nad brzegiem rzeki wykopał dół na pięć łokci i włożył worek do środka. Chwilę stał przed zakopaniem rowu i rozmyślał. Wskoczył do środka i rozerwał czarną folię oplatającą głowę pisarza. Ujrzał jego cementową twarz, fioletowe usta i potargane włosy. Jego otwarte, błękitne oczy mówiły mu jedno:

DZIĘKUJĘ.

 

<< początek



blog comments powered by Disqus