"Kryzys wieku średniego"

Autor: Stefan Darda

Przyznaję, byłem japiszonem.
Bezwzględnym, cynicznym, wyrachowanym, fałszywym i obrzydliwie bogatym. Byłem szczurem, który nigdy nie zawahał się, gdy ogłaszano nabór do jakiejś gonitwy. Stawałem w szranki, zamykałem oczy, a potem, nie bacząc na nic i na nikogo, parłem do przodu. Po trupach przeciwników – oczywiście, nie w dosłownym tego określenia znaczeniu – po ich ramionach, plecach i głowach zbliżałem się szybko do taśmy z napisem „meta”. Jak trzeba było, to na ostatniej prostej wyścigu podstawiałem nogę i szczułem na siebie nawzajem witających się z gąską konkurentów.
Trudno się dziwić, że zwykle wygrywałem. Takie życie.
W wieku trzydziestu dwóch lat miałem już apartament w centrum Warszawy i rozbijałem się kupionym w salonie za gotówkę jaguarem.
Nie muszę chyba dodawać, że dodawać, że miałem też kobiety?
Chyba, nie muszę.
Dużą wagę przykładałem do utrzymania wysportowanej sylwetki, dbałem o nienaganną fryzurę, wypielęgnowane do bólu paznokcie. Ubierałem się w najlepszych sklepach, a garnitury zawsze szyłem na miarę. No i byłem szczęśliwym posiadaczem opuchłego od gotówki konta, więc jakże mógłbym nie mieć kobiet?
Cholernie kręciło mnie to poczucie niezależności, połączone z możliwością spełniania najbardziej zwariowanych zachcianek.
Było naprawdę okej. Naprawdę.

Gdy brakowało mi kilkunastu miesięcy do czterdziestki, zacząłem czuć się nieswojo.
Miałem wprawdzie wszystko, czego zapragnąłem, ale też najlepsze czasy za sobą i brak sensownych planów na przyszłość, poza kolejnymi kontrolnymi wizytami u wszelkiej maści znachorów.
Byłem realistą, który chłodno stwierdzał, że nie idzie ku lepszemu.
Z niecierpliwością oczekiwałem moich czterdziestych urodzin, nie zapominając o wyciśnięciu z życia ostatnich aromatycznych soków, oczywiście we wszelkich możliwych dziedzinach.
Nie mogłem pozwolić na to, by ktoś lub coś wpływało na moje dalsze losy. Do końca chciałem o wszystkim decydować i być sobie kierownicą, szoferem i autem.
Mówiłem chyba, że do celu zmierzałem po trupach?
W tym akurat przypadku miał to być tylko jeden trup.

*

Byłem japiszonem.
W tym momencie słowo „byłem” należy przyjąć jak najbardziej dosłownie.
Rzucenie się z wieżowca nie wchodziło w grę, ponieważ było zbyt mało estetyczne, jak dla mnie. Podobnie strzał z pistoletu w usta, rzucenie się pod pociąg, czy podcięcie żył w wannie z gorącą wodą. Na samą myśl, że ktoś miałby mnie potem oglądać wstrząsały mną dreszcze. Leki były z kolei mało skuteczne i niewłaściwe ich użycie mogło spowodować, że stałbym się warzywem. Już chyba bym wolał, żeby zdrapywali mnie z chodnika szuflą.
Ale na szczęście istniał jeszcze niezawodny sznur. Byłem już prawie zdecydowany na zwyczajne zadyndanie, ale niemal w ostatniej chwili stwierdziłem, że wisielec bujający się u powały prezentuje się bardzo bezbronnie. Taki wizerunek zdecydowanie zbyt radykalnie gryzł się z moim imidżem.
Klameczka.
Klameczka była tym, o co dokładnie mi chodziło. Cichutkie uduszenie, bez niepotrzebnych stresów i pozycja niemal siedząca, co było dodatkowym atutem sztuczki z klameczką.

Szlag mnie teraz trafia, że nie chciało mi się poczytać więcej o tym cholernym sposobie.
Jest środek nocy, przed kilkoma minutami na przedzie mojego licznika pojawiła się czwórka. Zmiana kodu, jak to mówią.
Siedzę na łóżku i z poczuciem zupełnej, wszechogarniającej i kurewsko wkurzającej bezradności spoglądam na idiotycznie wybałuszone oczy, poczerniały, napuchnięty język i jakieś wykwity pod skórą, które pojawiły się na pociemniałej od zatrzymanego krążenia twarzy.
Boże, jaka tragedia…
Coś trzeba z tym natychmiast zrobić.
Tylko co, skoro nie mam już wpływu na przedmioty, w tym na obrzydliwy kawał mięcha, uwieszony na markowej,  alpinistycznej lince.
Ale coś przecież wymyślę. Muszę wymyślić, bo nie po to byłem japiszonem, aby poddać się tak łatwo. Życie, które już niczego mnie nie nauczy, na szczęście zdążyło wyedukować moją nieskromną osobę o wiele wcześniej.
Myśl, chłopie, myśl, bo nie ma czasu.
Ano, nie ma.
Myślę więc.

*  *  *

Żebyście widzieli minę tego knura spod dwójki, jak wyprowadzali go ubranego w przyciasne gatki, kajdanki, rozczłapane buciory i stary prochowiec.
Zupełnie nie wiedział, biedaczyna, co się dzieje. Został wyrwany ze smacznego, głębokiego snu, a zaraz potem dwóch policjantów wcisnęło go do radiowozu. Ale jaja.
Włamał się do mojego mieszkania z kanistrem benzyny, przyniesionej wcześniej z bagażnika własnego mercedesa, odciął mojego trupa, przeciągnął go na środek pokoju, a następnie obie części linki ukrył głęboko w szafie.
Na koniec wylał całą benzynę na to, co jeszcze niedawno było japiszonem, zostawił pusty kanister i jednego kapcia w moim przedpokoju, a potem wrócił na miejsce, które zaraz potem stało się „miejscem zbrodni”. Rzucona zapałka spowodowała niewielki wybuch, od którego grubasowi osmaliły się rzęsy, brwi i kawałek grzywki. Potem spokojnie, klapiąc jedną bosą stopą przemierzył korytarz i wygodnie ułożył się swoim łóżku.
Lekko się wtedy uśmiechał.

Alarm przeciwpożarowy zadziałał bez zarzutu, ale zanim pojawił się pierwszy zastęp straży pożarnej, moje zwłoki zdążyły się zwęglić do cna.
Też nie był to zbyt estetyczny widok, ale zdecydowanie wolałem taki, niż wcześniejszy stan rzeczy. Niejako przez swoją lekkomyślność stałem się ofiarą zabójstwa i to był dopiero złoty strzał! Będą teraz się nade mną litować, mówić o mnie tylko dobrze, żałować, że „taki młody, tyle mógł jeszcze pożyć…”. Toż to było o niebo lepsze, niż wizerunek załamanego desperata, pogrążonego w depresji, który postanowił ze sobą skończyć. Same plusy.
    A ten spod dwójki?
Nigdy go nie lubiłem.
Swój apartament kupił za kasę odziedziczoną po rodzicach i miał wszystko w dupie. Chlał, puszczał głośną muzykę, przez co nie mogłem się wyspać przed pracą. No i miał tego parszywego kundla, który zawsze na mnie warczał. Zawsze!
Wkurzał mnie ten koleś, jak nie wiem co.
No i zupełnie o siebie nie dbał, dacie wiarę? Kompletny świr.

*

Żebyście wiedzieli, jakie to łatwe.
Wniknięcie w czyjś sen, to naprawdę pestka. Tyle się mówi o lunatykach, którzy łażą gdzieś po nocach bez celu. Nie bójcie się. Ktoś dobrze zadbał, by te wycieczki miały jakiś sens.
Pomyślcie przed zaśnięciem, komu się ostatnio naraziliście. Kto wie, może ten ktoś zrobi sobie dziś w nocy małą wycieczkę?
No nic. Nie przeszkadzam już i znikam.
Aha…
Jakby co, to dobrej nocy wam życzę.



blog comments powered by Disqus