Fragment książki "Zmierzch"


- Nie ma sprawy - rzuciłam swobodnie, chcąc rozładować atmosferę.
Podciągnęłam koszulkę pod brodę. - Zakaz eksponowania szyi. Zachichotał; podziałało.
- Nie, nie musisz, wierz mi, ważniejszy był element zaskoczenia.
Podniósł powoli rękę i ostrożnie przyłożył mi dłoń do szyi. Siedziałam zupełnie nieruchomo. Nieludzki chłód skóry Edwarda powinien mnie odstraszać, ale nie odczuwałam lęku, kłębiło się za to we mnie wiele innych emocji.
- Sama widzisz. Wszystko w porządku.
Żałowałam, że nie potrafię kontrolować swojego oszalałego tętna. Z pewnością niepotrzebnie Edwarda drażniło.
- Tak słodko się rumienisz - zamruczał, oswobadzając delikatnie swoją drugą rękę, po czym pogłaskawszy mnie wpierw po policzku, ujął moją twarz w dłonie.
- Nie ruszaj się - poprosił szeptem, jakbym nie była już jak sparaliżowana.
Powoli, cały czas patrząc mi prosto w oczy, pochylił się do przodu. Przez chwilę opierał się lodowatym policzkiem o wgłębienie pod moim gardłem, a ja, wsłuchana w jego wyrównany oddech, obserwowałam iskierki słonecznego światła igrające w bujnej, miedzianej czuprynie. Najbardziej ludzkie były w nim właśnie te włosy.
Dłonie Edwarda zaczęły ześlizgiwać się niespiesznie ku mojej szyi. Zadrżałam. Wstrzymał na moment oddech, ale jego dłonie nie przerwały swojej wędrówki i spoczęły na moich ramionach. Wreszcie, musnąwszy nosem obojczyk, oparł głowę na mojej piersi.
Słuchał, jak bije mi serce.
Westchnął.
Nie wiem, jak długo siedzieliśmy tak nieruchomo. Być może trwało to kilka godzin. Tętno w końcu mi się uspokoiło, ale Edward ani razu się nie odezwał, ani nie zmienił pozycji. Byłam świadoma tego, że w każdej chwili może z nadmiaru wrażeń stracić nad sobą kontrolę, a wtedy przypłacę chwile szczęścia życiem. Być może zadziałałby tak szybko, że nawet bym nie zauważyła. Mimo wszystko nadal nie odczuwałam strachu.
Potrafiłam myśleć tylko o tym, że Edward mnie dotyka.
Gdy wypuścił mnie z objęć, nie miałam jeszcze dosyć.
Bił od niego spokój.
- Następnym razem nie będzie już to takie trudne - oświadczył z satysfakcją w głosie.
- Bardzo musiałeś ze sobą walczyć?
- Myślałem, że będzie gorzej. A jak ty się czułaś?
- Nie było źle. To znaczy, mnie nie było źle.
Uśmiechnął się, słysząc to sprostowanie.
- Wiesz, co mam na myśli.
Teraz ja się uśmiechnęłam.
- Zobacz. - Chwycił moją dłoń i przyłożył sobie do policzka. - Czujesz, jaki ciepły?
Trudno mi jednak było skoncentrować się na temperaturze, bo właśnie po raz pierwszy dotykałam jego twarzy. Było to coś, o czym marzyłam, odkąd go poznałam.
- Nie ruszaj się - szepnęłam.
Edward umiał znieruchomieć jak nikt inny. W okamgnieniu zmienił się w marmurowy posąg.
Starałam się obchodzić z nim jeszcze ostrożniej niż on ze mną.
Pogładziłam go po policzku, przejechałam opuszkiem palca po powiece, po sinych cieniach pod jego oczami. Zbadałam kształt idealnie zbudowanego nosa, a potem ust. Wargi Edwarda rozwarły się pod moim dotykiem i poczułam na skórze dłoni jego zimny oddech. Zapragnęłam przysunąć się bliżej, aby napawać się jego słodką wonią, więc opuściwszy rękę,
cofnęłam się, żeby nie kusić losu.
Otworzył oczy i było w nich widać głód, nie przestraszyłam się jednak. Tylko moje ciało zareagowało odruchowo: serce zaczęło bić szybciej, a mięśnie się napięły.
- Żałuję - powiedział Edward cicho - żałuję, że nie możesz poczuć tego, co ja czuję. Tej złożoności targających mną emocji, tego zamętu, jaki mam w głowie.
Powolnym ruchem odgarnął mi włosy z twarzy.
- Opowiedz mi o tym.
- Raczej nie potrafię. Mówiłem ci już, z jednej strony jest głód, pragnienie. Pożądam twojej krwi. To takie żałosne. Sądzę, że to akurat jesteś w stanie zrozumieć, przynajmniej do pewnego stopnia. Byłoby ci łatwiej - uśmiechnął się nieco zjadliwie - gdybyś była narkomanką czy kimś takim.
Ale to nie wszystko. - Dotknął palcami moich warg i znów przeszedł mnie dreszcz. - Do tego dochodzą jeszcze inne pragnienia. Pragnienia, których nie znam i których nie rozumiem.
- Cóż, istnieje możliwość, że wiem, o co ci chodzi, lepiej, niż ci się to wydaje.
- Nie jestem przyzwyczajony do ludzkich odruchów. Często się tak czujesz?
- Jak teraz przy tobie? - Przełknęłam ślinę. - Nie. To pierwszy raz.
Ujął moje dłonie. Wydały mi się takie kruche w jego silnym uścisku.
- Nie wiem, jak mam się zachowywać, gdy jestem tak blisko ciebie - przyznał. - Nie wiem, czy potrafię być tak blisko.
Dając mu znać oczami, co zamierzam uczynić, pochyliłam się ostrożnie do przodu i oparłam policzkiem o jego nagi tors. Milczał, słychać było tylko jego oddech.
- Tyle wystarczy - szepnęłam, zamykając oczy.
Bardzo ludzkim gestem przycisnął mnie mocniej do siebie, wtulając jednocześnie twarz w moje włosy.
- Dobrze ci idzie - zauważyłam.
- Kryje się we mnie wiele człowieczych instynktów. Są schowane głęboko, ale gdzieś tam są.
Zastygliśmy tak znów na dłuższą chwilę. Chciałam, żeby to trwało wiecznie, i zastanawiałam się, czy i on myśli podobnie. Po pewnym czasie zdałam sobie jednak sprawę, że słońce znika powoli za koronami drzew, a te rzucają coraz dłuższe cienie.
- Czas na ciebie.
- A myślałam, że nie potrafisz czytać mi w myślach.
- Coraz łatwiej mi zgadywać - odparł wesoło.
Położył mi dłonie na ramionach i spojrzał prosto w oczy.
- Czy mógłbym ci coś pokazać? - Nagle zrobił się podekscytowany.
- Co takiego?
- Pokazałbym ci, jak przemieszczam się po lesie, kiedy jestem sam. - Zauważył, że zrzedła mi mina. - Nie martw się, włos ci z głowy nie spadnie, a zaoszczędzimy sporo czasu. - Obdarował mnie jednym ze swoich łobuzerskich uśmiechów, po których zawsze byłam bliska omdlenia.
- Zamierzasz zamienić się w nietoperza? - spytałam podejrzliwie.
Zaśmiał się głośniej niż kiedykolwiek.
- I co jeszcze? Może w Batmana?
- Tak się pytam. Skąd mam wiedzieć?
- No dobra, tchórzu, koniec dyskusji. Wskakuj mi na plecy.
Zawahałam się, myśląc, że żartuje, ale najwyraźniej mówił na serio.
Widząc moją reakcję, uśmiechnął się tylko i bezceremonialnie przyciągnął do siebie. Serce zaczęło mi bić jak szalone - zdradzało wszystko, Edward nie musiał umieć czytać mi w myślach. Bez najmniejszego trudu wsadził mnie sobie na barana, pozostawało mi jedynie objąć go mocno nogami i tak kurczowo uczepić się jego szyi, że każdy normalny człowiek na jego miejscu by się udusił. Odniosłam wrażenie, że przytuliłam się do głazu.
- Ważę trochę więcej niż przeciętny plecak - ostrzegłam.
- Też mi coś! - prychnął, zapewne wywracając oczami. Jeszcze nigdy nie widziałam go w tak dobrym humorze.
Nagle schwycił moją dłoń i przycisnął sobie do twarzy. Serce podskoczyło mi do gardła.
- Idzie mi coraz lepiej - szepnął, biorąc kilka głębokich oddechów.
Zrozumiałam, że Edwardowi chodzi o mój zapach.
A potem, bez ostrzeżenia, puścił się biegiem.
Jeśli kiedykolwiek wcześniej drżałam w jego obecności o swoje życie, było to niczym w porównaniu z tym, co czułam teraz.
Pędził niczym pocisk, niczym strzała, świadczyły o tym jednak tylko migające po obu stronach pnie drzew. Moich uszu nie dochodził żaden dźwięk, który byłby dowodem na to, że stopy Edwarda w ogóle dotykają ziemi. Wydawał się wcale nie męczyć, nawet nie zaczął szybciej oddychać.

Cudem mijał o milimetry kolejne przeszkody. Byłam tak przerażona, że zapomniałam zamknąć oczy, choć twarz smagał mi boleśnie chłodny, leśny wiatr. Czułam się tak, jakbym wystawiła głowę przez okno, lecąc samolotem, i po raz pierwszy w życiu marzyłam o zażyciu aviomarinu.
Gdy już chciałam błagać o litość, Edward zatrzymał się raptownie. Powrót z łąki, do której szliśmy całe przedpołudnie, zajął mu ledwie kilkanaście minut.
- Świetna zabawa, nieprawdaż? - wykrzyknął rozochocony.
Czekał, aż z niego zejdę, ale nie mogłam się ruszyć. Ruszało się za to wszystko wokół mnie. A raczej wirowało.
- Bello? - zaniepokoił się.
- Chyba muszę się położyć - jęknęłam.
- Oj, przepraszam. - Stał dalej nieruchomo, ale kończyny wciąż odmawiały mi posłuszeństwa.
- Raczej sama nie dam rady - wyznałam.
Zaśmiawszy się cicho, Edward delikatnie rozplątał moje dłonie zaciśnięte na jego szyi - poddały się do razu. Następnie przesunął mnie sobie na brzuch, tuląc do siebie niczym małe dziecko, potrzymał tak przez chwilę, po czym ostrożnie położył na kępie paproci.
- Jak się czujesz?
Trudno mi to było ocenić, tak bardzo kręciło mi się w głowie.
- Mam zawroty głowy.
- To schowaj ją między kolana.
Zastosowałam się do tej rady i rzeczywiście trochę pomogło. Oddychałam powoli, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, a mój towarzysz usiadł tuż obok. Po pewnym czasie poczułam się pewniej i wyprostowałam.
Dzwoniło mi jeszcze tylko w uszach.

Saga Zmierzchu #1 - Zmierzch

Autor: Stephenie Meyer
Tłumaczenie: Joanna Urban
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 3/2007
Tytuł oryginalny: Twilight
Rok wydania oryginału: 2005
Liczba stron: 412
Format: 130x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324585809
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus