"Krótka opowieść o umieraniu"
Leje, jak z cebra. Barrett idzie szybko mokrym chodnikiem. Krótkie włosy lepią mu się do czoła. Usilnie stara się skryć szyję w ramionach. Oburącz trzyma kołnierz płaszcza, by zimne krople nie kąsały karku. Wieje zimny wiatr.
Ulice są puste, większość latarni nie działa. To niezbyt gościna okolica. Sklepy mają kuloodporne szyby, ale teraz tego nie widać, bo wszystkie zasłonięte są pancernymi roletami. Od czasu do czasu ulicą przejedzie samochód. Zawsze szybko. Nigdy się nie zatrzyma. Radiowozu nie widziano tu od dawna.
Barrett skręca w zaułek. Idzie pod ścianą budynku, jakby to miało uchronić go przed deszczem. Na drugim jej końcu znajdują się stalowe drzwi. Przed nimi stoi barczysty mężczyzna w wojskowym pancerzu, z pistoletem maszynowym w dłoniach. Stoi i klnie pogodę oraz kolesia, który kazał mu tu sterczeć. Na widok wysokiego mężczyzny w płaszczu robi krok do przodu i kciukiem odblokowuje spust.
Barrett podchodzi i wolno wyciąga z kieszeni plastykową płytkę. Dobrze wie, co by się stało, gdyby zrobił to szybciej. Strażnik przez chwilę przygląda się kawałkowi plastyku, a potem cofa się i nie spuszczając wzroku z Barretta, trzy razy uderza w stalowe drzwi.
Szczęk zamka. Drzwi otwierają się z metalicznym zgrzytem. Wewnątrz stoi drugi strażnik. Łysy. W szarym garniturze. Kevlarowa kamizelka nieznacznie tylko wypycha białą koszulę. Zwykły obserwator nic by nie zauważył. Stalowa dłoń trzyma kompozytowe Uzi. W lewej ręce skaner.
Barrett rozkłada szeroko ręce i pozwala się sprawdzić. Ale strażnik jest opieszały. Skanuje tylko tors, plecy i uda. Gdyby chciał, Barrett mógłby wnieść, na przykład, ukryty przy kostce nóż.
Mężczyzna prowadzi Barretta w dół po schodach i dalej wąskim korytarzem, otwierającym się na obszerny salon.
Tu podłogę wyściela miękki dywan. Na wprost drzwi ustawiono bokiem miękką sofę. Naprzeciw niej duży ścienny ekran, a pod nim nowiutki moduł rozrywkowy Hitachi. Pozostałe ściany zajmują wysokie aż po sufit półki z książkami. Na lewo od ekranu znajdują się ciężkie, pancerne drzwi. Jedyny element, który nie komponuje się z resztą.
Pod drzwiami stoi trzeci ochroniarz, ubrany identycznie, jak ten, który prowadził Barretta. Tyle, że ten jest właścicielem blond czupryny i obie ręce ma sztuczne. Na kanapie siedzi chudy mężczyzna w granatowym garniturze i ciemnych okularach. Na lewej skroni ma gniazdo chipów. Wstaje na widok Barretta i mierzy go wzrokiem.
Barrett wyciąga płytkę, którą wcześniej pokazywał strażnikowi przy wejściu. Podaje ją mężczyźnie, który chowa ją do wewnętrznej kieszeni marynarki.
- Rozumiem, że wpłacił pan umówioną sumę na podane konto, panie... - zawiesza melodyjny głos.
Barrett uśmiecha się nieznacznie.
- Blue. Proszę mi mówić: Blue. - jego głos jest niski, zachrypnięty.
Skinięcie głowy.
- Proszę wybaczyć pytanie, panie Blue, ale nie wygląda pan na kogoś, kto mógłby sobie pozwolić na nasze usługi.
- Powiedzmy, że to prezent dla mnie od kogoś, komu wyświadczyłem pewną przysługę. - wyjaśnia.
Mężczyzna uśmiecha się. - Oczywiście. Rozumiem. - podchodzi do stolika, na którym stoi butelka whisky. - Napije się pan?
- Raczej nie. Chciałbym od razu odebrać moją nagrodę.
- Racja! - jeszcze szerszy uśmiech. - Nie ma co tracić czasu!
Podchodzi do pancernych drzwi. Jednocześnie ochroniarz płynnym ruchem odsuwa się na bok. Ruch magnetyczną kartą przez czytnik, dziesięciocyfrowy kod i cichy szczęk zamka. Drzwi otwarte.
- Zapraszam. - mężczyzna gestem ręki wskazuje wnętrze.
Barrett rozpina płaszcz. Pod nim ma szeroki sweter.
Wchodzi do środka.
Pokój jest mały, pogrążony w mroku. Tylko jedna mała lampka rzuca słabe, żółte światło, na ustawione pod ścianą łóżko. Przy łóżku stoi nocna szafka, pod przeciwległą ścianą - meblościanka. Podłogę wyściela taki sam dywan, jak w salonie.
Na łóżku, skulona, leży dziesięcioletnia dziewczynka. Długie kasztanowe włosy przesłaniają jej twarz. Systemy audio w uszach Barretta bez trudu wychwytują jej cichy oddech. Jest przerażona.
- Jedną chwilę. - Barrett odwraca się do garnitura. - Miała być czysta.
Mężczyzna wchodzi do pokoju.
- Zapewniam pana, że jest. Zrobiliśmy badania. Wszystko jest jak trzeba.
Barrett uśmiecha się.
- To świetnie. - mówi. - Gdyby było inaczej mielibyśmy problemy.
- Nie rozumiem? Co pan chce przez to powiedzieć? - mężczyzna jest szczerze zdziwiony.
- Musiałbym cię zabrać żywego. - pada odpowiedź.
Barrett wykonuje energiczny ruch ramionami. Z rękawów płaszcza wyskakują dwa Walthery. Palec na spuście włącza laserowy celownik. Zanim mężczyzna zdąży zareagować pistolet zostaje wymierzony w jego gardło.
- Bum! - Barrett pociąga za spust.
Pomieszczenie wypełnia huk.
Akceleratory refleksu zaczynają pracować.
Barrett wpada do salonu, zanim któryś z ochroniarzy zdąży się poruszyć.
Pierwszy: zaledwie półtora metra odległości. Prosty strzał. Trzy razy. Prosto w głowę.
Drugi unosi swoje Uzi, ale robi to pół sekundy za późno. Dla Barretta jego ruch jest powolny, ospały. Plamki laserów drgają na piersi ochroniarza. Ognia!
Barrett strzela dopóki nie usłyszy tępego szczęku zamków.
Pociski AP z łatwością przechodzą przez kevlarową kamizelkę.
Zaskoczony ochroniarz zwala się na ziemię nie rozumiejąc, co się stało.
Puste magazynki stukają głucho o dywan. Barrett spokojnie ładuje nowe.
Zapada cisza. W powietrzu unosi się zapach prochu.
Barrett odwraca się. Wchodzi do pokoiku. Mężczyzna w granatowym garniturze zdążył się już wykrwawić. Odwraca go na plecy, wyjmuje z kieszeni mały aparat cyfrowy i robi mu zdjęcie.
Błysk flesza.
Podchodzi wolno do łóżka. Dziewczynka zasłoniła sobie uszy i nuci jakąś dziecięcą melodię. Barrett zna tę melodię. Pamięta piosenkę z dzieciństwa, ale nie może przypomnieć sobie słów. Nieważne.
- Hej! Mała! - woła ją. - Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna.
Dziewczynka nie reaguje. Barrett podnosi ją, bierze za rękę i wyprowadza z pokoju.
- Chodź, dzieciaku. Twoi starzy na ciebie czekają.
Szkliste oczy dziecka przyglądają się ciałom ochroniarzy, gdy wyprowadza ją przez salon.
Teraz szybko. Po schodach do wyjścia.
Nagle na szczycie schodów pojawia się strażnik w wojskowym pancerzu.
Cholera! Zupełnie o nim zapomniał!
Odwraca się, zasłaniając dziecko, w chwili, gdy grad kul zasypuje korytarz. Lewą ręką przyciska małą do piersi, prawą zasłania sobie głowę.
Kafelki na ścianach rozsypują się milionami kawałków. Pociski gwiżdżą przy głowie Barretta. Czuje, jak wbijają się w kamizelkę, przeszywają prawą nogę i zdzierają skórę z dłoni, odsłaniając tytanowe kości i czarne, syntetyczne mięśnie.
Regulator adrenalinowy pompuje hormon do krwi. Ból zanika. Pozostaje jedynie wściekłość.
Barrett z rykiem rzuca się na strażnika, zanim ten zdąży zmienić magazynek. Jednym susem pokonuje dzielącą ich odległość.
Pierwszy cios i strażnik wpada na stalowe drzwi. Drugi - kantem dłoni w gardło - pozbawia go oddechu. Ale Barrettowi to nie wystarcza. Łapie go za głowę i raz za razem uderza nią o ścianę. Trzask kafelek łączy się z trzaskiem łamanych kości i zębów.
Przestaje dopiero, gdy twarz strażnika zmienia się w czerwoną papkę. Gdyby facet nie miał pancerza, połamałby mu jeszcze żebra.
Strażnik osuwa się na ziemię. Nie może oddychać. Dusi się własną krwią. Barrett wyciąga pistolet i strzela mu w głowę. Na wszelki wypadek. Lepiej, gdy nie ma świadków.
Zabiera mu pasek od spodni, by zatamować krwawienie z uda i razem z dziewczynką wychodzą na zewnątrz.
Dalej leje, jak z cebra. I dalej wieje zimny wiatr.
II
Nasz cel to zwykła płotka. Zwykły handlarz trefnym towarem. Dostaliśmy cynk, że będzie w budynku, razem ze świeżą dostawą beta-amfetaminy. Jego klientów już mamy, więc nie było sensu czekać. Miał tylko jednego ochroniarza. Nikt nie przypuszczał, że będzie stawiał tak zaciekły opór. Nikt też nie podejrzewał, że będzie miał karabin maszynowy.
Huk serii z automatu wypełnia pomieszczenie... Kule świszczą przy mojej głowie... Robię unik... Padam na ziemię... Kątem oka widzę jak maska przeciwgazowa mojego partnera eksploduje odłamkami plastyku i krwią.
Tocząc się po ziemi chowam się za kolumną. Wstaję powoli, tak by mnie nie widział. Sięgam do paska po nowy magazynek, ale kieszeń okazuje się pusta. Skończyły się.
Odrzucam karabin. Wychylam się, by sprawdzić, gdzie jest mój przeciwnik.
Kolejna seria.
Odłamki betonu, z którego wykonano kolumnę, pryskają we wszystkie strony.
Będę musiała zagrać inaczej.
Wyrywam zawleczkę i rzucam granat. W ciągu kilku sekund całe pomieszczenie wypełnia gęsty, biały dym.
Facet zaczyna strzelać na oślep. O to chodzi. Po chwili słyszę głuchy szczęk zamka. Nie ma amunicji.
Włączam termograf i wybiegam zza kolumny. Mój przeciwnik jest teraz człekokształtną mieszanką kolorów.
Wyciągam nóż i rzucam się na niego. Mierzę brzuch. Rozkład barw wskazuje, że nie ma kamizelki kuloodpornej.
Pchnięcie...
Nagle jego dłoń zaciska się na moim nadgarstku, blokując atak.
Cholera! Czyżby tylko udawał, że mnie nie widzi?
Nie ma czasu na zastanawianie. Uwięzionym nadgarstkiem wykonuję okrężny ruch, tnąc jego żyły w połowie przedramienia.
Słyszę jego ciche syknięcie. Uścisk słabnie. Wyswabadzam się i jeszcze raz zadaję cios.
Ostrze zagłębia się w ciało prawie po rękojeść. Odczepiam ją i rzucam się do ucieczki. Detonator ustawiony jest na trzy sekundy.
Padam na ziemię w chwili, gdy niewielki ładunek w podstawie ostrza eksploduje.
Krzyk, a potem odgłos padającego ciała.
Wstaję i podchodzę powoli. Bez wątpienia jest martwy. Ma w brzuchu imponującą dziurę wielkości arbuza.
Podchodzę do okna i otwieram je, by gęsty dym ulotnił się z pomieszczenia. Zsuwam maskę z twarzy i zdejmuję hełm. Oddycham głęboko nocnym powietrzem. Nawet nie patrzę na ciało partnera. Smutny widok.
Zastanawiam się: gdyby dziś osłaniał mnie Barrett, czy udałoby mu się przeżyć? Czy uniknąłby tej serii? Głupie pytanie. Jasne! Barrett jest jak czołg - nic go nie zatrzyma.
Wychodzę na zewnątrz. Przy granatowej furgonetce z białym napisem "policja", po angielsku i japońsku, stoi kapitan Galil. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w średnim wieku. Podchodzę do niego.
- Calico nie żyje. - mówię, patrząc w czarne, jak smoła niebo. Żadne gwiazdy nie przeświecają dziś przez ciężkie, deszczowe chmury.
- Wiem, Tuma. - pada odpowiedź. Galil patrzy mi prosto w oczy. - Pojedziesz do jego żony. Zawiadomisz ją.
Wyciągam papierosa i zapalam. Nie musiał tego mówić. Dobrze o tym wiem.
Zdałam sprzęt i wróciłam do domu. Właściwie to nie dom tylko pokój na trzydziestym piętrze zapyziałego hoteliku, ale to wystarczy.
Zamek w drzwiach ma dwunastocyfrowy kod. Do tego mała płytka daktyloskopowa na kciuk. To nie jest standardowe zabezpieczenie. Musimy płacić ekstra.
Pokój jest całkiem spory. Po prawej stronie mieści się duże, dwuosobowe łóżko i wejście do łazienki. Po lewej wielka szafa z syntetycznego drewna i mała kuchnia. Mniej - więcej na środku postawiliśmy stół i dwa fotele. Pod oknem stoi antyczny moduł rozrywkowy JVC.
Na fotelu siedzi Barrett. Pali Lucky Strike'a i popija szkocką. Podchodzę od tyłu i obejmuję go.
- Cześć, maleńka. - mruczy. - Co tak późno?
- Miałam ciężki wieczór. - odpowiadam. - Calico nie żyje.
- Szkoda faceta. - odpowiada machinalnie.
Obchodzę fotel i siadam Barrettowi na kolanach.
- Calico był idiotą. - mówię. - Popełniał za dużo błędów. Galil niepotrzebnie wziął go do naszej grupy. Kurwa! Będę musiała powiedzieć jego żonie... - ciarki przechodzą mnie na samą myśl. Barrett, jakby wyczuwając to, obejmuje mnie ramieniem.
- Chcesz, żebym poszedł z tobą?
- Nie. Jakoś sobie poradzę. - z leżącej na oparciu fotela paczki wyjmuję papierosa i zapalam. Zaciągam się. Dym wypełnia moje płuca. Wstrzymuję oddech i po chwili wydmuchuję szarą smugę. - Jak ci minął dzień? - pytam. Muszę przestać myśleć o kobiecie Calico.
- Postrzelili mnie w udo i...
Zrywam się na nogi.
- Kurwa! Czemu nie powiedziałeś!? Nie siadałabym ci...
- Nie pierdol. Jak by mnie bolało, to bym ci nie dał usiąść. - bierze mnie za rękę i przyciąga do siebie. Ostrożnie siadam mu na kolanach. - Pamiętasz? - kontynuuje. - Mówiłem ci o tej parze, której porwano córkę. Namierzyłem ją i poszedłem załatwić sprawę. Zdjąłem ochronę i zabrałem dzieciaka... To właśnie wtedy ten skurwiel mnie postrzelił. Przy wyjściu... I odstawiłem ją do domu. A ten kutas, jej stary, powiedział, że nie wypłaci mi nagrody!
- Sukinsyn! I co zrobiłeś?
- Odstrzeliłem gówniarze palec. - odpowiada z uśmiechem.
- I zapłacił?
- Zapłacił. Wszystko. Pięć tysięcy.
Głośno wypuszczam powietrze. Przez chwilę milczymy
- Jesteś głodny? - pytam. - Mogę ci coś podgrzać.
- Nie, jadłem już, ale jak ty chcesz, to pewnie jeszcze jest ciepłe.
- Mam ochotę na coś innego. - całuję go. Odwzajemnia pocałunek.
- Tak? Na co?
- Wezmę prysznic, a ty zapakuj swój tyłek do łóżka i poczekaj na mnie.
Barrett mruczy przeciągle.
Leżę w łóżku. Obok mnie Barrett śpi, jak zabity. Ja nie mogę zasnąć. Myśli kłębią mi się w głowie.
Barrett zmienił się po tym, jak go wylali z policji. I to wcale nie na lepsze. Ta robota dużo dla niego znaczyła. Gdy się dowiedział, że został zwolniony, przez tydzień nie wychodził z domu.
Zwolnili go za brutalność. To znaczy, jeśli mam być szczera, to cały wydział powinien stracić robotę włącznie ze mną, bo dla nas sprawa jest prosta: gówno, to gówno i trzeba je posprzątać. Skutecznie. Ale Barrett miał po prostu pecha. Jakaś grubsza ryba przyuważyła, jak znęcał się nad podejrzanym podczas przesłuchania. Ponieważ już wcześniej ktoś złożył na niego skargę, a gruba ryba był zaciekłym przeciwnikiem brutalności policji, dwa dni później zabrali Barrettowi odznakę i broń. Strasznie się wkurwił. Ja zresztą też, ale nic się nie dało zrobić. Gdy po tygodniu wrócił do równowagi, zaczął szukać nowej pracy. Ale mając przeszłość taką jak my, nie ma się wielkiego wyboru. Nie chciał etatowo pracować w ochronie, więc stał się roninem. Całymi dniami przesiaduje w najgorszych spelunach i czeka na okazję. Kilka razy trafiła mu się większa fucha. Powoli zaczyna wyrabiać sobie pozycję. Są pieniądze.
Ale jest też druga strona. Mniej optymistyczna. Barrettowi zaczął być potrzebny sprzęt. Cybernetyka, biotechnologie, nanochirurgia. Wojsko nie zrobiło z nas cyberżołnierzy, bo byliśmy w rezerwie. Powołano nas dopiero, gdy wybuchł II Konflikt Koreański. Mieliśmy tylko podstawowy zestaw: sztuczne oczy, systemy audio, akceleratory refleksu. Teraz Barrett zaczął pakować w siebie mnóstwo sprzętu. Obie ręce i lewą nogę ma sztuczne i zamontował w nich różne systemy bojowe. Jego Serce może pompować krew dwa razy szybciej niż u normalnego człowieka, a płuca są odporne na toksyny. Wszystkie naturalne kości, jakie mu jeszcze zostały, ma oplecione cienką siatką metalowych spoiw, co czyni je odpornymi na złamania, a ostatnio przebąkiwał coś o zmianie całego szkieletu na tytanowy. Możliwe też, że ma jeszcze inne wszczepy, o których mi nie powiedział.
Barrett stał się też bardziej nerwowy, wręcz agresywny. Wpada w szał, gdy coś mu nie wychodzi, albo gdy ktoś robi coś nie po jego myśli. Tak jak dzisiaj. Boże! Odstrzelił dziecku palec! Wiem, jej starzy są dziani, więc wstawienie klonu to żaden problem, ale i tak uważam, że przesadził.
Martwię się o niego. Nigdy wcześniej taki nie był.
Odwracam się i patrzę w uśpioną twarz mojego kochanka.
Kochanka, Tuma? - odzywa się we mnie wewnętrzny głos. - To, co między wami dzisiaj zaszło, na pewno nie można nazwać kochaniem. Powiedzmy to sobie otwarcie: zerżnął cię jak zwierzę.
Tak. To prawda. To nie była miłość.
Będę musiała to jakoś przerwać, bo obawiam się, że to się może źle skończyć. Dla nas obojga.
III
Z żoną Calico poszło gorzej, niż myślałam.
Ma na imię Aileen. Dziwne imię, ale ładne. Widziałam ją wcześniej parę razy. Raz nawet Calico zaprosił mnie na obiad. Zwykła dziewczyna. Jest kelnerką w jakiejś drogiej restauracji. Kiedy przyszłam, miała na sobie dżinsowe szorty i top. Niebieski, w stokrotki. Nie wiedziała, że gdy partnerka jej męża przychodzi do niej sama, ubrana w galowy mundur, to coś jest nie tak.
W pierwszym momencie myślała, że to żart. Głupi, kiepski żart. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie. Padła na kolana i rozpłakała się. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Krzyczała, że to niemożliwe, że mieli tyle planów. Pomogłam jej wstać i posadziłam na fotelu. Długo siedziała szlochając.
Siedziałam naprzeciw niej, ze wzrokiem utkwionym w dywan. Nawet nie próbowałam jej pocieszać. Co miałam powiedzieć? Że będzie dobrze? Pieprzenie!
Potem chciała się dowiedzieć, jak to się stało. Zawsze szuka się winnych. No, więc proszę: winny jest ten, kto nacisnął spust. I co? Lepiej? Nie? No to sorry. To ja stałam w pierwszej linii. Calico był z tyłu. Miał pecha, to wszystko. Maski nie są z kevlaru.
Gdy trochę się uspokoiła, zadzwoniła do swojej koleżanki i poprosiła ją by przyszła. Mieszka dwie ulice dalej, więc poczekałam, aż się zjawi i wyszłam, bo cały proces zaczął się na nowo.
O tej porze metro świeci pustkami. Większość ludzi jest w pracy, reszta siedzi w barach, albo przysparza pracy takim jak ja.
Siedzę w pustym wagonie. Pozwalam by moje myśli płynęły swobodnie tam, gdzie chcą. Nie jestem zdziwiona, gdy koncentrują się wokół Barretta. Zastanawiam się, co by było gdyby umarł? Co bym czuła, gdyby ktoś obcy przyszedł zawiadomić mnie o jego śmierci? Co bym czuła, stojąc nad jego grobem...?
I nagle jakaś niewidzialna ręka ściska moje gardło. Robi mi się gorąco, żołądek się przewraca. Wstaję, chwiejąc się na nogach. Łapię aluminiową rurkę, żeby się nie przewrócić.
Kolejka zatrzymuje się ze zgrzytem, drzwi otwierają się bezszelestnie.
Nie wiem, co to za stacja, ale wysiadam. Muszę.
Chyba będę rzygać.
Zataczając się, wypadam na pustą stację. Opieram się plecami o betonową kolumnę. Biorę głęboki oddech. Potem drugi. Powoli uspokajam się. Chyba jednak nie zwymiotuję. Wychodzę na ulicę i przyzywam taksówkę.
Dzwonię do "firmy" i biorę wolne na resztę dnia, ale to nie jest dobry pomysł.
Żeby nie myśleć o Barrecie, gotuję obiad. Odrobina naturalnych dodatków, które udało mi się zdobyć i mnóstwo syntetycznej papki.
Potem biorę się za porządki. Obsługa hotelu się ucieszy.
Ostatecznie siadam w fotelu. Wyjmuję osobisty notebook i przeglądam nazwiska kumpli z woja. Kilku z nich pracuje, jak my, w policji.
Zastanawiam się, co mu powiem, jak wróci. Muszę mu przecież uświadomić, że coś jest nie tak, muszę go przekonać, żeby wziął na wstrzymanie.
Bo jeśli straci kontrolę, A.C.T. dobiorą mu się do dupy.
A.C.T. to specjalna jednostka policyjna. Jej nazwa to skrót od "Androids, Cyborgs & Terrorism", ale wszyscy nazywają ich Psycho Police, bo to najwięksi psychopaci i wykolejeńcy w policji. Ich główne zadanie polega na odnajdywaniu i unieszkodliwianiu zepsutych androidów i ludzi, którzy na skutek choroby pocyborgizacyjnej stali się niebezpieczni. Do tego walka z terroryzmem. A.C.T. to wyjątkowo ponure typy. Są tak zcyborgizowani, że im samym niewiele brakuje do szaleństwa. Dla nich nie ma znaczenia czy dostarczą ściganego w jednym kawałku, czy nie.
Barrett wraca koło jedenastej. Widać, że jest zmęczony. Płaszcz ma znowu podziurawiony od kul, ale dziś przynajmniej nie krwawi. Wyjmuje broń i chowa ją do szafy. Siada na fotelu przodem do mnie i zapala papierosa.
Siedzę na łóżku z nogami złożonymi "po turecku". Też palę. Z tyłu, za spodnie, wsunęłam mój służbowy pistolet.
Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Wydmuchujemy szary dym.
- Wszystko w porządku? - pytam.
Barrett uśmiecha się lekko. - W porządku. - odpowiada.
- Słuchaj, Barrett... - zaczynam niepewnie. - Mam wrażenie, że coś jest nie tak... Z tobą.
Patrzy na mnie zdziwiony. - O co ci chodzi?
- Zmieniłeś się. - staram się wytłumaczyć. - Od kiedy wylali cię z "firmy".
- No jasne! - ciągle ten sam uśmiech. - To chyba oczywiste. Muszę się przystosować do nowych warunków.
- Zrobiłeś się brutalny.
Uśmiech znika z jego twarzy. Usilnie staram się opanować prawą rękę przed wsunięciem się za plecy.
- No, nie! Ty też? - mówi z wyrzutem. - Przecież taka była zasada: gówno to gówno!
- Zgadza się, ale podczas twojej ostatniej eskapady ranni zostali niewinni ludzie.
- Cholera! To był wypadek! Weszli mi pod lufę.
- Jeden z nich wykrwawił się na śmierć.
- I co ja na to poradzę? - rozkłada ręce. - Przykro mi. Takie jest życie.
- Powiedz to żonie Calico.
Nic nie odpowiada. Ciągnę dalej.
- A jeśli ja dostanę kulkę? Wtedy też powiesz, że takie jest życie!?
Barrett zrywa się z fotela. Przez sekundę myślę, że się na mnie rzuci. Prawa ręka odruchowo przesuwa się za plecy.
Podchodzi do mnie powoli i klęka przede mną. Delikatnie przesuwa dłonią po mojej twarzy. Ale jego dłoń jest zimna. Nie płynie w niej dająca życie krew. Są tam tylko światłowody i stal.
- Kocham cię, Tuma. - mówi cicho. - Nie mógłbym bez ciebie żyć.
Przez chwilę patrzy mi w oczy, a potem kładzie się na łóżku i od razu zasypia.
Koniec rozmowy.
Wstaję, biorę ze stołu telefon komórkowy i idę do łazienki. Zamykam drzwi i wystukuję numer.
- Sig?... Wiem, że jest późno, wybacz... Mam do ciebie sprawę. Zbierz chłopaków. Muszę z wami jutro pogadać... Tak, to raczej coś poważnego... Będę potrzebowała waszej pomocy... Tak?... Dzięki... Do zobaczenia jutro.
Rozłączam się.
IV
Bar Sucubus. Speluna najgorszej jakości. Przestrzeń wypełnia gęsty papierosowy dym, którego woń konkuruje z zapachem wódy i odorem wymiocin. Podłoga lepi się od rozlanego piwa i na wpół zakrzepłej krwi. W koncie sali, na wysokiej scenie naga dziewczyna tańczy przy chromowanej rurce w takt muzyki, uchodzącej z podwieszonych pod sufitem głośników. Zgromadzeni mężczyźni ze śliną na ustach przyglądają się, jak krągłe piersi dziewczyny falują w tańcu, jak jej ręce kusząco pieszczą uda i pośladki. To Alice. Każdy chciałby jej dotknąć, każdy chciałby ją pieprzyć. Ale nikt się nie odważy. Każdy wie, że Alice ma anioła stróża. Nazywa się Sterling. Dwumetrowy, potężny, czarnoskóry łysol. Z wrogim podejściem do świata. Siedzi z boku sceny i tylko czeka, aż jakiś zapity palant spróbuje się dobrać do jego podopiecznej. Nikt nie wie, co ich łączy. Pewne jest, że nie są kochankami. Wiadomo również, że Sterling nie jest tu zatrudniony. Nikt też nie ma odwagi zapytać.
Barrett siedzi przy barze i pije piwo. Tańcząca Alice w ogóle go nie interesuje. Tak samo, jak Sterling i cała reszta. Interesuje go tylko stojąca przed nim, do połowy opróżniona, butelka i sprawy, które przyszedł tu załatwić. Ma się tu spotkać z klientem.
Wybrał to miejsce, bo tu nic nikogo nie obchodzi. Nikt nie patrzy na to, co robisz, z kimś się spotykasz i o czym gadasz. Dopóki nie ma rozróby, jest dobrze. Barman nikomu nie odmawia, stojące pod ścianami dziwki, też nie.
Przyszedł pół godziny wcześniej. I nie dlatego, żeby nie kazać klientowi czekać. Po prostu chciał się napić. Po piwie interesy idą bardziej dynamicznie.
Nagle za jego plecami rozlega się przenikliwy, kobiecy krzyk. Barrett odwraca się odruchowo.
Jakiś zalany frajer wlazł na scenę i obmacuje Alice. Chyba jest nietutejszy. Biedaczek, jeszcze nie wie, co go czeka.
Z drugiej strony na scenę wskakuje Sterling.
Barrett uśmiecha się sam do siebie i odwraca z powrotem do swojego piwa. Nie interesuje go przedstawienie Sterlinga. Widział je już nie raz. Wybiega myślami poza spleśniały bar.
Tuma.
Powiedziała, że coś z nim nie tak. O co jej chodziło? On tylko pilnuje swojej roboty. Jeśli klient próbuje wywinąć jakiś numer, to trzeba mu dać do zrozumienia, że to nie są żarty, a jeśli ktoś przypadkiem wejdzie pod lufę, to już nie jego wina. Że niby facet wykrwawił się na śmierć? Co mógł zrobić? Nie zna się na udzielaniu pierwszej pomocy. Ktoś przecież wezwał karetkę, nie?
Kocha ją. Kocha tak bardzo, że mógłby dla niej zabijać setki takich kretynów, jak ten, co się wykrwawił, ale ten pistolet za jej plecami, gdy rozmawiali wczoraj... Nie widział go, to prawda, ale nie miał wątpliwości, że miała za plecami pistolet. Czyżby się go bała? To bez sensu. Przecież nie chce jej zrobić krzywdy.
Gdy tak rozmyślał, za jego plecami rozgorzała regularna bitwa. Okazało się, że nowa "maskotka" Sterlinga nie jest sam i jego kumple ruszyli mu na pomoc. W odpowiedzi stali bywalcy wsparli czarnoskórego olbrzyma.
Po całej sali fruwają potłuczone butelki, wspomagani cybernetycznie klienci wyrywają przynitowane do podłogi stoliki i okładają nimi swoich oponentów i każdego, kto się nawinie. W ruch idą noże, kastety, łańcuchy i co kto jeszcze ma ze sobą.
Nagle jeden z walczących wpada na kontuar tuż obok Barretta. Machając, jak oszalały rękami, rozbija jego butelkę. Zatacza się i wpada na niego. Z rozbitego nosa bucha struga krwi. Prosto na płaszcz Barretta.
Barrett nie wytrzymuje.
- O, rzesz ty, kurwiszonie jebany!!! - rzuca się na niego z rykiem.
Łapie go za długie, potargane włosy i kilkakrotnie uderza jego głową o ladę. Mężczyzna nie jest w stanie się obronić. Barrett chwyta do za fraki i rzuca w kierunku wyjścia.
- Zabawimy się, ty pierdolony kutasie! - ryczy.
Facet leci kilka metrów, a gdy upada, zostaje od razu postawiony na nogi. W drzwiach Barrett uderza nim jeszcze o stalowe framugi.
Wypycha go na zewnątrz.
Poturbowany mężczyzna jest już praktycznie nieprzytomny, ale Barrett nie przestaje. Rzuca go na kamienną ścianę naprzeciw wejścia i systematycznie okłada go raz rękami, raz nogami.
- Wystarczy już, Barrett! - rozlega się nagle za jego plecami.
Odwraca się, automatycznie sięgając po broń.
W drzwiach stoi Sterling i kilku innych miejscowych. Na piersi Sterlinga drga czerwona plamka laserowego celownika.
- Wyluzuj, stary. - mówi podnosząc wolno obie ręce. - Już po wszystkim.
Barrett patrzy na niego dziko. - To ja zdecyduję, kiedy będzie koniec.
- Jasne, stary. - Sterling próbuje go uspokoić. - Szef wezwał gliny. Zaraz tu będą. Choć z nami do środka. Trzeba ustalić wspólne zeznania.
Jak na komendę pojawia się radiowóz. Migoczące, czerwone i niebieskie światła zalewają uliczkę.
Z pojazdu wyskakuje dwóch funkcjonariuszy z pistoletami maszynowymi gotowymi do strzału. Noszą hełmy i ciężkie kamizelki kevlarowe. Jeden mierzy w Barretta, drugi pilnuje Sterlinga i pozostałych.
- Policja! Nie ruszać się, albo wam łby odstrzelę! - krzyczy drugi policjant.
- Rzuć tę pukawkę, zasrańcu!
Barrett puszcza swoją ofiarę. Bardzo mu się nie podoba sposób, w jaki ten krawężnik się do niego zwraca. Nieprzytomny mężczyzna osuwa się na ziemię.
Pistolet Barrett stuka o beton.
- A teraz kładź się, zasrańcu!
Barrett wyszczerza zęby w uśmiechu.
- Tylko spokojnie, chłopaki. Bez nerwów. - mówi uspokajająco. - Jestem gliną.
Policjanci spoglądają po sobie niepewnie, ale nie opuszczają broni.
- Musimy zobaczyć twoją odznakę. - mówi ten, który do niego mierzy.
- Mam ją w kieszeni. - informuje Barrett.
- Tylko powoli.
Barrett wolno sięga do kieszeni.
Impuls myślowy uruchamia akceleratory refleksu.
Błyskawicznym ruchem wyrzuca przed siebie rękę. Z rękawa wystrzeliwują dwa długie kolce. Pierwszy przebija gardło policjanta, drugi wbija się w lewe oko.
Oficer charcząc pada na ziemię.
Barrett rzuca się na drugiego.
Seria z pistoletu maszynowego niesie się hukiem w wąskiej uliczce, gdy funkcjonariusz naciska spust.
Barrett rzuca się na ziemię. Kule świszczą nad jego głową. Przetacza się i podrywa na nogi tuż przed policjantem. Wyrzuca w górę pięść i zadaje mu cios w podbródek. Mężczyzna traci równowagę. Barrett wykonuje obrót i kopie go piętą w głowę. Na tyle nisko by nie uderzyć w hełm. Policjant obraca się bezwładnie i uderza nosem w drzwi radiowozu. Pada na wznak bez przytomności.
Akceleratory przestają pracować. Barrett rozgląda się powoli.
U jego stóp leżą dwa ciała ludzi w mundurach, przy wejściu do Sucubusa, grupka stałych bywalców przygląda mu się z przerażeniem na twarzach. Ci, którzy jeszcze piętnaście sekund temu byli podpici, teraz są trzeźwi, jak nigdy.
- O, kurwa. - mruczy Barrett. - Chyba spierdoliłem...
Podnosi leżący na ziemi pistolet maszynowy i wybiega z uliczki.
V
Sig, Thompson, Derringer i Mechem. Podczas wojny w Korei służyli w jednostkach desantowych. Zawsze w pierwszej linii podczas najcięższych walk. Wielokrotnie odznaczani za odwagę i poświęcenie.
Poznaliśmy się podczas obrony Ch'unch'on. Po wojnie udało mi się namówić Siga, Thompsona i Mechema by wstąpili do jednostek uderzeniowych policji. Derringer otworzyła firmę ochroniarską i zajęła się biznesem.
Teraz cała czwórka siedzi razem ze mną w opancerzonej furgonetce, służącej do przewożenia pieniędzy i kosztownych przesyłek. Wnętrze pojazdu wypełnia papierosowy dym. Po mojej lewej stronie stoją oparte o ścianę cztery karabiny wojskowe, obok, na ziemi, leży długi karabin snajperski.
Siedzimy na pokrytej szarą wykładziną podłodze. Twarze moich towarzyszy zdradzają czarne myśli. Podejrzewam, że moja wygląda najgorzej.
Panuje ponura cisza.
- Stało się... - przerywam milczenie. - Barrett zabił policjanta i ciężko ranił dwie osoby. Teraz mu nie odpuszczą. - milknę i przesuwam wzrokiem po swoich towarzyszach. - Musimy go znaleźć, zanim zrobi to Psycho Police.
- I co wtedy? - pyta basowym głosem Thompson. Jest potężny, większy nawet niż Barrett.
Chwila wahania.
- Muszę z nim porozmawiać...
Widzę, jak Derringer i Mechem spoglądają na siebie z dezaprobatą.
- Jeśli to nic nie da... - kontynuuję. - Wtedy... - słowa więzną mi w gardle. Nie potrafię tego powiedzieć. Na samą myśl, że miałabym zabić Barretta, robi mi się słabo.
- Zbliża się. - przerywa zdecydowanie Sig. Trzyma przy uchu radio i nasłuchuje policyjnych meldunków. - No, dobra, Tuma. Zrobimy wszystko, co się da, żeby go z tego wyciągnąć. A teraz ruszmy tyłki, bo nas tu świt zastanie!
Nie mówiąc nic więcej bierzemy broń i wysiadamy. Ostatni wychodzi Mechem niosąc karabin wyborowy.
Siedzę skulona w ciemnej uliczce. Systemy audio ustawione na maksimum. Nasłuchuję wszelkich dźwięków mogących oznaczać, że zbliża się Barrett.
Uda się. Wszystko będzie dobrze. Ukryjesz go, dopóki sprawa nie ucichnie. Załatwisz mu jakiegoś lekarza. Razem poradzicie sobie.
Melina już czeka przygotowana. Jedzenia jest na dwa tygodnie. Nikt go nie znajdzie.
Delikatny uśmiech nadziei przemyka przez moją twarz. Spoglądam w niebo. Czarne chmury przesłaniają gwiazdy. Będzie burza.
Jakby na potwierdzenie tego, gdzieś daleko, rozlega się przytłumiony grzmot.
Sig siedzi kilka uliczek wcześniej, by móc zajść Barrett od tyłu. Derrinder i Thompson ukryli się po przeciwnej stronie. Mechem zajął miejsce gdzieś na dachu któregoś z budynków.
W końcu mój wzmocniony słuch wychwytuje odległe kroki i szybki oddech. Wychylam się ostrożnie. Ulicą biegnie mężczyzna w długim płaszczu, trzymający pistolet. Nie ma wątpliwości. To Barrett.
Czekam aż się zbliży i wychodzę na ulicę. Karabin mam zawieszony na ramieniu.
Barrett dostrzega mnie i zatrzymuje się.
Podchodzi wolno. Teraz dzielą nas zaledwie trzy metry.
Stoimy w milczeniu patrząc na siebie pytająco. Co ty tu robisz? Wiem, że jemu to pytanie też ciśnie się na usta.
Rozgląda się wokół.
- Więc wysłali ciebie... - mówi w końcu. - Cholera. Można się było spodziewać. To w ich stylu.
Kręcę przecząco głową.
- Nie. Nikt mnie nie wysłał. Nikt nie wie, że tu jestem. Ściga cię A.C.T. Jednostki szturmowe nie mają tu nic do roboty.
- Ale nie jesteś sama...
- Oni są tu tylko... - wahanie. - ...na wszelki wypadek.
- Na wszelki wypadek? To znaczy, na wypadek czego!?
- Na wypadek, gdyby miała stać mi się krzywda... - słowa z trudem przechodzą mi przez gardło. - Jesteś chory, Barrett. Zabiłeś gliniarza. Już sama nie wiem, czego się po tobie spodziewać. Boję się ciebie...
Oczy Barretta otwierają się szeroko.
- Ja... Ja nie mógłbym... cię skrzywdzić... - mówi z lękiem - Kocham cię, Tuma.
Rusza do przodu wyciągając ręce by mnie objąć.
Robię krok w tył.
Strzał pada niewiadomo skąd. Barrett zatacza się i wpada na ścianę budynku. Zgina się w pół.
Po jego ruchach, gdy się prostuje, wiem, że aktywował akceleratory refleksu i regulator adrenalinowy.
Gdy byłeś w wojsku bez trudu rozpoznajesz te nerwowe ruchy i dzikie spojrzenie. Widziałam się kiedyś w tym stanie w lustrze - koszmar.
Jego wzrok odnajduje Derringer i Thompsona w uliczce naprzeciw.
Unosi pistolet i naciska spust.
Huk strzałów.
W odpowiedzi, z uliczki pada seria karabinowa.
Barrett rzuca się na ziemię. Pociski gruchoczą ścianę tuż nad jego głową. Podrywa się na nogi i rzuca do ucieczki.
Widzę, jak naprzeciw Barretta wychodzi Sig. Chowam się w uliczkę, by nie znaleźć się na linii ognia.
Kolejna seria i strzały z pistoletu.
A potem zapada cisza.
Wychylam się ostrożnie za róg. Na chodniku leży zwinięty Sig. Przy nim, sekunda po sekundzie, powiększa się ciemnej plama krwi.
Ani śladu Barretta.
Podbiegam do Siga.
Klękam przy nim i przykładam palce do szyi. Brak pulsu. Zrywam mu kamizelkę i zaczynam masaż serca. Raz za razem, z jednostajną zawziętością uciskam pierś, dopóki czyjeś silne ręce nie odciągną mnie do tyłu.
- On nie żyje! - tuż przy uchu słyszę basowy głos. To Thompson.
Odwracam się i patrzę mu w oczy. Dopiero po chwili orientuję się, że jest sam.
- Gdzie Derringer?
- Też nie żyje. - podnosi mnie na nogi. - Rusz się. Jeśli chcesz dorwać Barretta, to musimy się pospieszyć. Widziałem, jak kierował się w stronę placu budowy. To dobra kryjówka. Nie możemy mu dać czasu na zorganizowanie się.
"Centrum handlowe Stars - Plac budowy", głosi tabliczka zawieszona na ogrodzeniu z falowanej blachy. "Wstęp surowo wzbroniony".
Cały plac jest rozkopany, ziemia pocięta głębokimi śladami gąsienic ciężkich maszyn. Wyglądają zupełnie, jak ślady czołgów w Korei.
Centrum zaczęto budować całkiem niedawno. Na razie jest to jedynie stalowo-betonowy szkielet. Poza parterem nie ma na razie innych kondygnacji.
Wysoko nad nami rozlega się przeciągły grzmot.
Wchodzimy w betonowy las kolumn i wsporników. Ostrożnie, krok po kroku, przeszukujemy każdy centymetr powstającej budowli.
Robię krok i następuję na coś lepkiego. W kilku miejscach betonową podłogę znaczą plamy krzepnącej krwi.
- Więc Sig jednak go trafił. - mówi cicho Thompson. Przykłada palec do ucha. - Mechem, gdzie jesteś?
- W drodze. - słyszymy odpowiedź.
Instynkt. To nieopisane "coś", co każe ci robić dziwne rzeczy, które ostatecznie ratują ci życie. Nie można się tego nauczyć, to trzeba mieć w sobie. Na wojnie, jeśli nie masz instynktu, uratować cię może tylko szczęście.
Nie wiem, które z dwóch każe mi spojrzeć w górę.
Kontem oka dostrzegam czyjąś sylwetkę i w tym samym momencie spada na mnie jakaś płachta.
Ogarnia mnie ciemność. Słyszę głuchy odgłos upadającego człowieka i pojedynczy strzał.
Udaje mi się zrzucić z siebie szmatę. Okazuje się, że to płaszcz Barretta.
Rozglądam się nerwowo, w poszukiwaniu zagrożenia.
Odnajduje wzrokiem Barretta. Trzyma Thompsona za gardło, przypartego do muru. Jego stopy nie dotykają ziemi.
Wyjmuję pistolet i strzelam w powietrze.
Barrett odwraca się, ale nie puszcza Thompsona.
- Puść go, Barrett! - krzyczę. - To sprawa między tobą a mną!
Barrett rozluźnia uścisk. Thompson bezwładnie pada na ziemię.
Mierzę w Barretta.
- Chyba nie zamierzasz mnie zabić? - mówi spokojnie
- Jeszcze nie wiem. -odpowiadam. - Jeszcze się zastanowię.
Grzmot, a chwilę po nim, niebo rozbłyskuje niebieskim światłem błyskawicy.
Kurwa, co ty robisz? Przecież go nie zabijesz! Nie to było celem tej akcji! Jednak z drugiej strony Sig i Derringer nie żyją. Thompson też może być martwy. Ale przecież to Barrett! Musisz go zabrać ze sobą. Słyszysz? Syreny policyjne są coraz bliżej! Nie możesz pozwolić, by oni go dopadli.
- Odłóż broń, Barrett. - mówię spokojnie. - Proszę cię. Psycho Police zaraz tu będą. Odłóż broń i choć ze mną. Ukryję cię. Znajdę lekarza. Pomogę ci.
Barrett patrzy na mnie, jak na psychiczną.
- Lekarza? Żartujesz sobie? - pada odpowiedź. - Jestem zdrowszy niż kiedykolwiek!
- Barrett, Psycho...
- A co mi może zrobić ta banda niedzielnych żołnierzyków!
Pięknie. Totalnie mu odbiło. Co teraz?
Kolejny grzmot i błyskawica. Pierwsze krople deszczu padają na szary beton.
Strzelaj! Postrzel go! Musisz go stąd zabrać za wszelką cenę! Prawa noga. Nie jest sztuczna. Przestrzel mu kolano! Zabierz go stąd! Do kurwy nędzy, jeśli go kochasz, zrób to!!
Aktywuję akceleratory.
Ułamek sekundy.
Przesuwam lufę o kilka centymetrów w dół i pociągam za spust.
Strzał.
Pocisk wylatuje z lufy.
Łuska szerokim łukiem wyskakuje z komory.
I szok...
Pocisk trafia prosto w kolano wzniecając drobny snop iskier.
O Boże... Nie...
Dostrzegam ziarnka furii w oczach Barretta.
Unosi pistolet.
Strzela.
Pociski z brutalną siłą wbijają mi się w pierś.
Przewracam się.
Przez moment nie mogę złapać oddechu, ale po sekundzie szok mija.
Podnoszę się, dziękując Bogu za kevlar.
Barrett rusza w moją stronę.
Z trudem wstaję. Wyjmuję nóż i zadaję cios.
Ale on jest szybszy. Blokuje cios i wyrywa mi broń.
Obraca nóż w dłoni i wbija ostrze w moje ramię.
Ból. Przenikliwy, lodowaty ból. Jakby ktoś wlewał w moją rękę ciekły azot, który rozpływa się po całym ciele.
Barrett odczepia rękojeść i kopnięciem posyła mnie na ziemię.
Nie mogę się ruszyć.
Szybko! Nóż!!
Ładunek eksploduje.
Huk...
Ból...
Słyszę własny krzyk.
Oczy zachodzą mi mgłą. Tracę przytomność.
Jak w holo-tv widzę rękę, sięgającą do mojego gardła.
Podnosi mnie. Wysoko. Ale już nic nie czuję.
Ostatkiem sił próbuję wydobyć z siebie dźwięk.
- Me... ch... - nie mam siły. - ...Me...chem...
I nagle uścisk na moim gardle rozluźnia się.
Padam bezwładnie na ziemię.
Czuję krople deszczu na mojej twarzy, a potem serce odmawia posłuszeństwa...
Ciepło. Miękko.
Ciepła pościel. Miękkie łóżko. I zapach antyseptyków.
Jestem w szpitalu.
A więc żyję.
Powoli otwieram oczy. Dopiero po kilku sekundach udaje mi się zogniskować wzrok na suficie.
Rozglądam się powoli, przyglądając się punktom znajdującym się w różnej odległości. W porządku. Widzę.
Spoglądam w dół, na siebie.
Jestem podłączona do plątaniny rurek i przewodów.
Przesuwam wzrok na prawą rękę.
Nawet nie mam siły na to by być zaskoczona tym, co widzę.
Naturalną rękę zastępuje stalowo-aluminiowy substytut.
Zamykam oczy i pozwalam, by samotna łza spłynęła po policzku.
Uśmiecham się lekko sama do siebie.
Barrett... Niedługo się spotkamy...
KONIEC
Sklep
Forum