Fragment książki "Pogranicze"


16

Artykuł zawierał kilka zdań o personaliach Alexandra Kupalo: dwadzieścia dziewięć lat, pochodzenia chorwackiego, urodzony w Szybeniku. Miał podobno studiować w Turynie we Włoszech i w Splicie w Chorwacji. W 1998 zdał egzamin magisterski z astrofizyki w Oxfordzie.

Alex był Chorwatem. Elina znalazła rozwiązanie pierwszej zagadki. Poznała jego prawdziwe nazwisko. To była druga zagadka. Jego życie zaczęło się w mieście, o którym nigdy wcześniej nie słyszała. Urodził się w 1970, może 1969 roku, tak jak ona.

Siedziała z Miną na kolanach i czytała bajkę. Było przedpołudnie, za chwilę Maria Wiik weźmie ze sobą dziewczynkę na plac zabaw na wzgórzu Djäkneberget, najpiękniejszym parku Västerĺs, kilkaset metrów od domu Eliny. Poprzedniego wieczoru Elina opowiedziała matce, czego się dowiedziała. Maria zaniepokoiła się. Nie wróżyło to dobrze.

Kiedy Mina z babcią wyszły, Elina otworzyła atlas świata. Wpatrywała się w Szybenik, tak jakby nagle miał się tam pojawić Alex. Miasto było położone nad Adriatykiem, na północ od Splitu, pośrodku wąskiego wybrzeża Chorwacji. Poszukała w sieci. Trochę ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, zdjęcia lazurowej wody i kamiennych domów z czerwonymi dachami. Zastanawiała się, w którym z nich mieszkał Alex.

"Wojna niszczy rodziny", powiedział któregoś ranka. Jego rodzice leżeli w ziemi, a rodzeństwo znajdowało się gdzieś poza horyzontem. Sam Alex osiadł po drugiej stronie swojego morza. Żył pod nazwiskiem, które nie było jego. Został zamordowany. Czy przez jakiegoś brata naznaczonego potwornościami wojny, któremu starał się pomóc w czasie swoich tajemniczych całodziennych wyjazdów? Przez żołnierza, który odmówił złożenia broni? Wojna w byłej Jugosławii zakończyła się w 1995 roku. Czy czas, czas, który nie istniał, dogonił go mimo wszystko?

Elina wiedziała, że musi podjąć decyzję. Mogła postanowić żyć wspomnieniem ich miłości, cienkim jak najdelikatniejsze szkło, ale wciąż niezniszczonym. Poszukiwanie prawdy miałoby się zakończyć tu i teraz. Mogła też kopać głębiej, aż na samo dno najczarniejszej dziury, skąd nie wydostaje się żadne światło i gdzie czas stoi w miejscu.

(...)

Wstała i przeszła do kuchni. Pora przygotować lunch. Rozkrajała paprykę i pomidory ostrym nożem. Alex został dźgnięty prosto w serce. Czy to była wiadomość od mordercy, brzemienna w skutkach symbolika, którą ktoś wtajemniczony mógł zrozumieć? Odłożyła nóż. Po co się oszukiwać? pomyślała. Nie zdołam się powstrzymać. Muszę.

Włączyła komputer i zaczęła szukać biletów do Chorwacji.


17

Niewiele ponad tydzień później Elina wylądowała na lotnisku w Splicie. Hala przylotów była dobrze zorganizowana, posadzka wyłożona polerowanym kamieniem, a układ lamp i osłon przeciwdeszczowych na zewnątrz przypominała gęsty las wysokich grzybów. Miała ze sobą jedną torbę i była bez wózka. Maria Wiik przekonała ją, żeby przynajmniej nie zabierała ze sobą Miny, jeśli już koniecznie musi odbyć tak niebezpieczną podróż. Elina najbardziej martwiła się, czy córka poradzi sobie bez niej przez tydzień, czy nie będzie płakać i nie poczuje się opuszczona.

- Ach, nie bądź śmieszna - odpowiedziała jej mama. - Będzie jej równie dobrze u mnie w domu.

Elina odebrała samochód z wypożyczalni i ruszyła na północ w kierunku Szybeniku. Nie miała żadnego konkretnego planu działania, poza tym że zamierzała pytać i w ten sposób posuwać się naprzód. Nikt w całej Chorwacji nie miał abonamentu telefonicznego na nazwisko Kupalo, sprawdziła to jeszcze przed wyjazdem. Czekało ją coś w stylu dochodzenia w sprawie zaginięcia. Układanie puzzli kawałek po kawałku. Na koniec może pojawi się jakiś obraz.

Droga wiła się z gracją wzdłuż wybrzeża. Po drugiej stronie szosy krajobraz pofałdowały niskie góry. Dalej, wciąż jeszcze poza zasięgiem wzroku, leżały Alpy Dynarskie. Elina czytała przed wyjazdem o wojnie: dawno temu łańcuch górski odgrywał rolę ochrony cesarstwa austriackiego Habsburgów przed tureckim imperium otomańskim. Już w XVI wieku Austria zaproponowała prawosławnym Serbom darmową ziemię, w zamian za służbę w roli uzbrojonych strażników granicznych. W ten sposób obszar otrzymał swoją nazwę, Krajina, Pogranicze. Historia była pełna broni, konflikty rozwiązywano w walce.

Na początku bratobójczej wojny na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych ci Serbowie ogłosili powstanie własnej republiki i wymordowali bądź wypędzili mieszkających tam Chorwatów. Była to część konfliktu, w którym wszyscy walczyli przeciwko wszystkim. Ale pod koniec szczęście się odwróciło: Serbowie z Krajiny zostali wygnani przez siły chorwackie podczas jednej wielkiej ofensywy. Był to exodus na miarę biblijną, w ciągu zaledwie jednej nocy drogi na wschód, w stronę Bośni i Serbii, zapełniły się. Sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi uchodziło stamtąd, a Krajina została opróżniona ze swych odwiecznych mieszkańców. Ci górale chcieli dostać wszystko, ale wszystko stracili.

Minęło już prawie dwanaście lat i przy drodze wzdłuż wybrzeża nie było widać żadnych śladów wojny. Powrócili turyści, morze i ciepły klimat przyciągnęły zmarzniętych mieszkańców Północy i Niemców, wszędzie wisiały szyldy apartmani - Zimmer, mieszkania do wynajęcia. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Był wczesny wieczór, kiedy samochód Eliny wtoczył się do Szybeniku. Zamówiła pokój w trzygwiazdkowym hotelu blisko przystani. Bilet powrotny miała na tydzień później, z możliwością zmiany rezerwacji. Jeśli zaszłaby taka konieczność, miała zamiar zostać dłużej, przynajmniej kilka dni.

Wieczorem wyszła na spacer portową promenadą. Wiosenne powietrze ochłodziło się, nad miastem zapadał zmrok, tylko na horyzoncie, po drugiej stronie morza, widać było ostatnie, słabe światło kończącego się dnia. Przyglądała się ludziom; dorodna dziewczyna śmiała się, rozmawiając przez telefon komórkowy, staruszka o krzywych nogach zbierała puste puszki. Kilkaset metrów dalej zabudowa zmieniała charakter, stały tu starsze domy z kamienia z prawdziwymi drewnianymi okiennicami i prostymi warsztatami na parterze, a przy nabrzeżu unosiły się na wodzie małe łódki rybackie. Zobaczyła niewielką knajpkę i weszła do środka, pół piętra w dół. Po raz pierwszy od urodzenia Miny była sama w lokalu. Zamówiła przy barze kieliszek wina. Mężczyzna z siwym wąsem podał jej wprawnym gestem napełnioną lampkę. Upiwszy łyk, poczuła błogość i melancholię. Jeden z gości siedzący przy stoliku w głębi wstał ze swojego miejsca i usiadł obok niej na barowym stołku. Mógł mieć około trzydziestki, włosy czarne i starannie uczesane. Oczy ciemne i pełne zdecydowania.

- Czy jest pani sama, madame? - zapytał po angielsku.

- Chwilowo tak - odparła Elina. - Jak pan widzi.

- Tak piękna kobieta nie powinna być osamotniona - powiedział. - Mam nadzieję, że nie weźmie mi pani za złe, jeśli się na chwilę przysiądę.

Elina nie miała nic przeciwko temu. Znalazła się w obcym świecie, kontakt międzyludzki oswajał go trochę.

- Nie - rzekła. - Proszę mi opowiedzieć o waszym mieście.

- Ach - zaczął. - Niewiele można o nim powiedzieć. Jest ładnie położone, ale już się do tego przyzwyczailiśmy i prawie tego nie zauważamy. Wielu z nas, mieszkańców, myślami jest gdzie indziej. Ale jak stąd wyjeżdżamy, to tęsknimy za domem.

Elina uśmiechnęła się.

- Jesteście jak my wszyscy - stwierdziła.

Mężczyzna odwzajemnił uśmiech. Miał białe, nierówne zęby.

- Może i tak - powiedział. - Tęskni pani za domem?

- Dopiero przyjechałam - odparła Elina. - Mam kogoś spotkać.

- Ach tak? To znaczy tu w barze czy w mieście?

- Szukam go - powiedziała Elina. - Mam nadzieję, że odnajdę.

- Może to ja nim jestem.

- Przykro mi, jeśli pana rozczaruję. Nazywa się Alexander Kupalo. Pochodzi z Szybeniku. Zna go pan?

- Alexander Kupalo - mężczyzna poszukał w pamięci. - Nie słyszałem tego nazwiska. Kto to taki?

- Właśnie tego chciałabym się dowiedzieć.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Podoba mi się pani - oświadczył. - Mówi pani jak w bajce.

Elina wypiła ostatni łyk wina.

- Muszę kontynuować poszukiwania - oznajmiła. - Dziękuję za rozmowę, było mi bardzo miło.

- Chce pani, abym jej towarzyszył? Nie wiadomo, co moglibyśmy razem znaleźć.

- Dziękuję, ale nie. - Wstała. Pocałował ją lekko w rękę.

- Często tu bywam - powiedział. - Gdyby zmieniła pani zdanie.

- Do widzenia - Elina pożegnała się i wyszła.


(...)


18

Rano Elina poprosiła recepcjonistę o wskazanie jej na mapie policji i urzędu miasta. Może władze będą wiedziały, gdzie mieszkała rodzina Kupalo? Jeśliby znalazła ich dom, to może sąsiedzi będą mogli coś powiedzieć.

Pomaszerowała pod górę do urzędu miasta, który składał się w rzeczywistości z kilku budynków z różnymi oddziałami administracji publicznej. Mieścił się przy rynku, w centrum, gdzie obraz całości zdominowała wielka, oszklona biblioteka. Elina znalazła coś w rodzaju recepcji, za ladą siedziała kobieta ze znudzoną miną. Pokręciła głową na pytanie Eliny, czy mówi po angielsku, ale nie wykazała chęci przyprowadzenia kogoś, kto mógłby pomóc. Po paru próbach porozumienia się na migi, Elina dała za wygraną i weszła głębiej w korytarz. W jednym z pomieszczeń siedziały przed komputerami dwie kobiety. Te również potrząsnęły głowami, kiedy Elina zaczęła mówić po angielsku, ale jedna z nich wstała i pokazała jej gestem, że ma zaczekać. Po chwili wróciła z jakimś mężczyzną.

- W czym mogę pomóc? - zapytał po niemiecku, w języku, który Elina rozumiała na poziomie przeciętnego bawarskiego psa pokojowego. Jednak, z dużą dozą dobrej woli ze strony rozmówcy, udało jej się przekazać swoje pytanie: czy ktoś o nazwisku Kupalo mieszka lub mieszkał w Szybeniku, a jeśli tak, to gdzie. Mężczyzna zaprowadził ją do pomieszczenia, w którym stały szafy archiwizacyjne, i wyciągnął jedną szufladę. Na karcie rejestracyjnej widniało nazwisko: Ivica Kupalo.

- Mężczyzna? - upewniła się Elina, wskazując na imię. Jej uczynny towarzysz skinął głową.

Była tam też data, 11.2.1943. Elina założyła, że to rok narodzin Ivicy Kupalo. Policzyła lata do urodzenia Aleksa. Ivica mógł być jego zmarłym ojcem. Na karcie nie zanotowano dnia śmierci, więc równie dobrze mógł to być jakiś inny krewny.

- Anschrift - powiedział mężczyzna, wskazując na kolejną linijkę.

- Adres? - zgadła Elina.

- Ja, ja! - potwierdził.

- They live there now? - zapytała.

Mężczyzna chyba zrozumiał, ponieważ zrobił ruch ramieniem oznaczający, że gdzieś się przeprowadzili. Elina rozejrzała się w różne strony; "where" i dodała do tego pytający wyraz twarzy. Język migowy funkcjonował zdecydowanie najlepiej jako środek komunikacji między nimi, bo jej pomocnik rozłożył ręce.

- Keine ahnung - powiedział i po chwili dodał słowo, które znała: - Krieg.

Elina przepisała adres, a mężczyzna wskazał go na mapie. Podziękowała w trzech różnych językach, z których żaden nie był chorwackim. Śmiał się z niej i z ich nieporadnej konwersacji, która przez czystą życzliwość na chwilę połączyła dwoje nieznajomych.

Kiedy wyszła z ratusza, zatrzymała się, niepewna co ma robić dalej. Mogła od razu jechać pod wskazany adres swoim wynajętym samochodem, ale jakie były szanse, że zostanie zrozumiana, jeśli nawet znajdzie jakiegoś sąsiada? Potrzebny był jej tłumacz. Rozejrzała się wokół, jakby to miało rozwiązać problem. Może jakieś biuro turystyczne mogłoby ją skontaktować z tłumaczem? Ale to z pewnością będzie dużo kosztować i zorganizowanie takiej pomocy zajmie trochę czasu.

Elina szła dalej ulicą, bez wyraźnego celu, żeby pomyśleć i jednocześnie pozwolić nogom poznać lepiej miasto. Skręciła w boczną uliczkę i dostrzegła okno z naklejonym na nim białym plakatem. "Respect Human Rights", głosił napis wielkimi, czerwonymi literami. Na ścianie ktoś namalował graffiti ze słowami, których nie rozumiała.

Bardziej sam angielski niż przesłanie skłoniło Elinę do wejścia do bramy przy oknie. Zniszczona klatka schodowa, a na prawo drzwi do biura. W środku stał komputer starszego typu na biurku zawalonym papierami. Na półce w nieuporządkowanych stosach leżało jeszcze więcej papierów. Na podłodze walały się sterty książek i broszur, a na ścianach wisiały kolejne agitujące plakaty i obraz z różowym motywem miłosnym. Cały pokój był zabałaganiony, w sposób sugerujący aktywną działalność polityczną połączoną z nikłym zmysłem porządku. Elina stanęła pośrodku, zagubiona. Jasnowłosa dziewczyna wystawiła głowę przez drzwi prowadzące do następnego pokoju i odezwała się po chorwacku.

- Mówisz po angielsku? - zapytała Elina.

- Jasne - odparła dziewczyna i zaciągnęła się papierosem. Odgarnęła włosy z twarzy. Miała oczy obrysowane czarną konturówką, ale poza tym żadnego makijażu.

- Potrzebuję pomocy - powiedziała Elina. - Z tłumaczeniem. Nie znam chorwackiego, a muszę porozmawiać z ludźmi.

- Jak długo?

- Kilka dni. Może tydzień. Nie wiem. Zależy.

- Zależy od czego?

- Od odpowiedzi, jakie uzyskam.

Elina wyjaśniła w skrócie.

- Czy to ma coś wspólnego z wojną? - chciała wiedzieć dziewczyna.

- Nie wiem, być może.

- Bo jak to coś z wojną, to mogą być problemy.

- Dlaczego?

Dziewczyna patrzyła przez chwilę na Elinę w milczeniu.

- Nie wiesz zbyt wiele, co?

- Nie - potwierdziła Elina - nie wiem.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Pomogę ci - obiecała. - Sto euro za dzień.

Elina szybko przeliczyła w głowie. Wyjdzie prawie siedemset koron za tydzień.

- Nie mam tylu pieniędzy - powiedziała. - Czy zgodziłabyś się na trochę mniej?

- Nie masz pieniędzy dosłownie, czy też nie chcesz tyle zapłacić?

Elina postanowiła nie negocjować.

- No dobrze - odezwała się. - Sto euro za dzień. Czy możemy zacząć teraz, od razu?

Dziewczyna zniknęła w pokoju. Po chwili wyszła z kurtką w ręku.

- Masz tu samochód? - zapytała. - Pokaż mi adres krewnego tego człowieka. Mam na imię Dannica.

- Dannitsa - powtórzyła Elina. - Jak to się pisze?

Dannica przeliterowała.

- A jak ty się nazywasz? - zapytała po chwili.

- Elina. Samochód stoi koło hotelu.

- Możesz się do mnie przeprowadzić - powiedziała Dannica, kiedy wyszły na ulicę. - Mam dwa pokoje i w zeszłym miesiącu wykopałam swojego chłopaka. W ten sposób zaoszczędzisz pięćdziesiąt euro na moją pensję, poor thing, biedactwo.

Wyszczerzyła zęby do Eliny i zapaliła kolejnego papierosa. Elina roześmiała się.

Pogranicze

Autor: Thomas Kanger
Tłumaczenie: Marta Rey Radlińska
Wydawnictwo: Czarne
Miejsce wydania: Wołowiec
Wydanie polskie: 2/2010
Tytuł oryginalny: Gränslandet
Rok wydania oryginału: 2007
Seria wydawnicza: Seria ze strachem
Liczba stron: 304
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7536-175-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 31 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus