Fragment książki "Szalone życie Meriana Coopera, twórcy King Konga"
FILM KING KONG był jednym z najbardziej niepewnych przedsięwzięć w historii kina, ale kiedy w końcu, po długim, twórczym połogu ujrzał światło dzienne - odniósł oszałamiający sukces kasowy. Podbił serca widzów, a zyski z jego rozpowszechniania wyznaczyły punkt zwrotny dla całego przemysłu filmowego, który po okresie finansowej zapaści zaczął znów rozkwitać. Otoczony nimbem chwały twórca King Konga, Merian Caldwell Cooper, osiągnął w Hollywood szczyty sławy i wpływów.
Coop, jak go nazywano, odnosił się do tego ze spokojem. Jego kariera filmowa była wyjątkowa z wielu względów. Zanim pojawił się w RKO w jesieni 1931 r., jako zaufany człowiek dyrektora produkcji Davida O. Selznicka, miał za sobą realizację zaledwie trzech filmów. Wszelkie niedostatki doświadczenia nadrabiał jednak pasją i twórczą intuicją.
Wprawdzie wskutek agresywnej promocji King Konga Cooper został okrzyknięty sławnym awanturnikiem, nie ujawniono jednak, że postać Carla Denhama jest naprawdę na nim wzorowana. Cooper, tak jak Denham, popłynął swego czasu na zaginioną wyspę i odkrył prehistoryczne stworzenia. Na odsłoniętych równinach jakiegoś afrykańskiego królestwa oglądał zgromadzenie plemiennych wojowników i w parnej dżungli polował na tygrysa ludożercę. Postać Denhama ma więc rozmaite rysy biograficzne Coopera, ujęte zarówno aluzyjnie, jak i bezpośrednio (na przykład jego udział w słynnych wyprawach filmowych) - i wreszcie w kwestii, którą wypowiada Weston: "Jesteś znany z lekkomyślności". Tak jak Cooper, jego bohater z upodobaniem palił fajkę, a odtwarzający nieustraszonego reżysera filmu wybitny aktor Robert Armstrong był uderzająco podobny do pierwowzoru.
Ponadto dla Meriana, tak jak dla jego alter ego w filmie, praca reżysera stała się przepustką do przygody. W latach dwudziestych, gdy radio dopiero raczkowało, a telewizja i komunikacja satelitarna pozostawały w sferze fantastyki naukowej, tworzył obrazy, które rzeszom widzów służyły jako okno na świat. W tych czasach ocean można było pokonać jedynie na pokładzie statku, a wielkie połacie map nadal opisywano lapidarnym słowem: "nieznane". Wczesne ekspedycje filmowe, które Cooper upamiętnił potem w książkach, artykułach i publicznych wystąpieniach, wywarły wpływ na całe pokolenie, tworząc model przygody znajdujący oddźwięk także w naszych czasach.
W dobie Coopera niemal każdy mógł więc wyprawić się w niezbadane rejony świata, natchniony tylko mitem czy legendą albo uwiedziony tajemnicą miejsc nieznanych, których sekrety rozpalały wyobraźnię jak ukryty skarb. Mimo że kilku śmiałków znalazło odwagę, by wyruszyć w tak ryzykowną podróż, właściwy Merianowi głód przygody jawi się jako niezwykły bez względu na czasy. Mieszkając w takich miastach jak Nowy Jork i Los Angeles, Cooper miał pogardliwy stosunek do luksusów nowoczesności. Dla niego słowo "cywilizacja" było pejoratywnym określeniem wszystkiego, co miękkie i słabe. Szukał zagrożenia i niepewności, nie zważając na własne bezpieczeństwo; im większe ryzyko, tym bardziej go pociągało. Przepłynięcie oceanu statkiem zajmowało wiele tygodni i nieraz tyle samo czasu pochłaniała wędrówka do miejsc, gdzie kończyły się utarte szlaki. Stamtąd trzeba było przemieszczać się pieszo, na wielbłądzie albo konno, z każdym krokiem oddalając się od najbardziej wysuniętych przyczółków cywilizacji i wkraczając w głąb obszarów, którymi nieraz rządzili ludzie agresywni, w zakątki podległe mocy czarowników, zniewolone wiarą w gusła, gdzie miejscową ludność regularnie dziesiątkowały śmiertelne choroby i dzikie zwierzęta. Cooper żył dla takich właśnie doznań. Zdawał się postrzegać siebie jako artystę, którego sztuka przepaja całe istnienie, a niezwykłe przygody wplatają się w niezmierzoną materię dramatycznych wydarzeń. Niektórzy ludzie obdarzeni podobną ambicją i pasją próbowali wznosić finansowe imperia; on sam zresztą miał tego rodzaju tęsknoty. Tyle że ostatecznie wielki biznes najzwyczajniej go nudził. Jego pragnieniem była przygoda we wszelkich formach. Zaznał grozy, jaka towarzyszy przedzieraniu się przez dżunglę ze strzelbą, by stawić czoło rannemu, zapędzonemu w pułapkę dzikiemu zwierzęciu; jego wspomnienia pobrzmiewały odgłosami bębnów, wojennymi okrzykami i zgiełkiem odwiecznych rytuałów. Wiedziony głosem serca, kształtował swoje życie jak garncarz przy kole, spełniając marzenia o wielkich przygodach. A że przy tym był urodzonym showmanem, uczynił swe życie największym ze swoich filmów, kolejnymi wyczynami nadając własnej legendzie olśniewający blask.
Życie w obliczu ryzyka zyskiwało dla Coopa jeszcze większy powab, kiedy mógł dzielić te doznania z podobnymi sobie śmiałkami. Jedną z pierwszych przygód była morska podróż, która o mało nie skończyła się katastrofą, gdy jego statek osiadł na mieliźnie na Morzu Czerwonym. Wspominał potem w dzienniku to starcie ze śmiercią, ukazując istotę swej fascynacji zagrożeniem: "Człowiek ryzykuje własną skórę, a w chwili, gdy życie zrównuje się ze śmiercią, choćby nie wiem jak się bał, dotyka zwierzęcego sensu egzystencji. [...] Gdy deszcz i wiatr smagają twarz, a na burtę stateczku z łoskotem napiera gigantyczna fala, zbierasz się w sobie, by obrócić ster. Ktoś z załogi bezgranicznie ufa tylko tobie i nagle sobie uświadamiasz, czym jest przyjaźń. Takie chwile nadają istnieniu radości i ognia. [...] W takich momentach sumienie i pamięć toną w tym cudnym, zmysłowym czy duchowym czarze życia"2.
Te słowa Cooper zapisał w dzienniku w kwietniu 1924, w górach Persji, gdzie przyłączył się do plemienia koczowników wraz z dwoma Amerykanami: przyjacielem Ernestem Schoedsackiem i tajemniczą Marguerite Harrison, "bogatą dziedziczką" i jakoby szpiegiem, która niegdyś ocaliła mu życie. Siedział w namiocie, z którego roztaczał się widok na skąpaną w blasku księżyca dolinę, gdzie rozbiły swe czarne namioty zgromadzone klany wędrownego plemienia Bakhtiari. Trawa już więdła, a zmiana pór roku i pradawny rytuał przetrwania zmuszały ich do masowej migracji na odległy płaskowyż, do wytęsknionej krainy zieleni.
Oto ziściły się najśmielsze sny Coopera - przyłączywszy się do nomadów, wreszcie miał okazję na własnej skórze doświadczyć walki o przetrwanie i doznać "zwierzęcego sensu egzystencji". On i jego dwoje towarzyszy jako pierwsi obcokrajowcy odważyli się na udział w tak niebezpiecznej wędrówce, w dodatku wyposażeni w dość niecodzienny sprzęt: kamerę filmową.
Efektem tej wyprawy był film Trawa, pierwszy obraz Coopera, który wszedł na ekrany w 1925 r. i oficjalnie wyznaczył początek działalności filmowej spółki Cooper-Schoedsack. Przyjaciele ujęli istotę swoich ekspedycji zwięzłą frazą: "Powinno być daleko, trudno i niebezpiecznie". Ten właśnie duch przygody zawiódł ich w najgłębsze, nieprzeniknione rejony wyobraźni i natchnął do twórczej podróży, a ta doprowadziła do wspólnej pracy reżyserskiej nad King Kongiem.
Jeszcze przed wyprawą związaną z kręceniem Trawy mocno wziął sobie do serca radę badacza Arktyki, Vilhjalmura Stefanssona, który podróżował przez mroźne pustkowia i żył wśród Eskimosów. Cooper wspominał: "Stefansson powiedział mi: «Jeśli nastawiasz się na ryzyko, jak ja, to zawsze będziesz świadom przynajmniej dziewięćdziesięciu pięciu sytuacji, które mogą ci się przytrafić, i będziesz na nie przy-gotowany». Prędzej zginie człowiek, który nie podejmuje ryzyka"3.
COOPER OD NAJMŁODSZYCH lat poznawał tajniki sztuki życia w zagrożeniu. Należał do pokolenia, które jako pierwsze wzbiło się pod niebo w samolocie - warczącym urządzeniu, stanowiącym dla wielu śmiertelną pułapkę; jako jeden z pierwszych w dziejach ludzkości brał udział w bitwach powietrznych. Wyruszył na wojnę pełen zapału: chciał walczyć i zostało mu to dane. Miał do spełnienia ważkie obietnice, moralny dług wobec siebie samego, wobec rodziny i kraju. Uchylając się przed powołaniem, nigdy nie zaznałby spokoju. Na początku pierwszej wojny światowej napisał w liście do bliskich, że gdyby stracił życie, nie stałoby się nic wielkiego - i owo przeczucie zagrożenia okazało się prorocze. 26 IX 1918 nad miejscowością Dun-sur-Meuse, we Francji, Cooper leciał w jednym z siedmiu amerykańskich samolotów typu DH-4 Liberty, powracających z zakończonej pomyślnie misji bombowej. Eskadrę zaatakowała myśliwska sfora niemieckich fokkerów. Podczas powietrznej bitwy, jaka się rozpętała, kokpit jego samolotu stanął w płomieniach (liberty nie bez kozery nazywano "płonącymi trumnami"). Maszyna zaczęła pikować. Cooper - jak każdy lotnik w takiej sytuacji - myślał tylko o uc ie czce, a ponieważ wzorem niektórych amerykańskich pilotów swej epoki leciał bez spadochronu (pierwsi podniebni wojownicy uważali to za wyraz swej odwagi), zaciągnął hamulce samolotu, by, walcząc z siłą odśrodkową obłąkańczego korkociągu, wygramolić się nad krawędź płonącego kokpitu, i skoczył w otchłań... W heroicznym stylu, rodem z najbardziej mrożących krew w żyłach scen filmowych, Coop w płomieniach spadł na ziemię - ale przeżył. W późniejszych latach z sarkastyczną dumą pokazywał wydane przez Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych oficjalne świadectwo swojego zgonu, opatrzone nagłówkiem "pamięci Meriana C. Coopera" i sygnowane przez samego generała Johna "Black Jacka" Pershinga. Wspominał, że moment, kiedy został zestrzelony i przeżył, stał się jego drugimi narodzinami i odtąd całe jego życie było "wygraną na loterii".
Cooper walczył podczas pierwszej wojny światowej jako bardzo młody chłopak - w tym okresie życia, kiedy śmierć i zagłada to pojęcia abstrakcyjne. Widząc, jak giną jego towarzysze broni i przyjaciele, doglądając ich mogił na obczyźnie, zrozumiał, czym w istocie jest konflikt zbrojny. Mimo to, choć Wielka Wojna jeszcze nie dogasła, zdecydował się zostać w Europie. Przez pewien czas pracował w amerykańskiej misji humanitarnej: zaopatrywał w prowiant głodującą ludność oblężonych i zrujnowanych miast. Wkrótce (w 1920 r.) znowu włączył się do walki jako współdowódca amerykańskiej eskadry lotników, która ruszyła na pomoc Polsce zmagającej się z najazdem bolszewickim. Wzięty do niewoli, przetrzymywany w nędznych warunkach, zaznał upokorzenia jeńca wojennego, wiecznej bliskości szaleństwa i śmierci. Ogromny ból i wielomiesięczne tortury odcisnęły na nim niezatarte piętno.
Ale bynajmniej tego nie żałował.
Poczucie honoru nakazało mu udział w wojnie i zatrzymało go wtedy w Europie. Ów kodeks honorowy w połączeniu z potrzebą przygód i ryzyka był swoistą mieszanką wybuchową, którą - jak w przypadku jego filmowego bohatera, Denhama - można by uznać za lekkomyślność.
Cooper składał się z samych sprzeczności. Najczęściej określano go jako krępego, choć tak naprawdę, zwłaszcza w młodości, był raczej szczupły i muskularny, a poruszał się ze zwinnością i wdziękiem boksera. Usposobienie miał iście diabelskie, któremu folgował co jakiś czas, jak choćby w Sy jamie, kiedy to cios wymierzony pod wpływem impulsu wodzowi pewnego plemienia niemal przypłacił życiem. Jednak w sytuacjach krańcowego zagrożenia zawsze cechował go spokój i trzeźwość umysłu.
Z jednej strony był pozerem, ale z drugiej nigdy nie chełpił się swymi zasługami i zachowywał skromność, zwłaszcza gdy opowiadał o wyczynach w czasie wojny. Stał się osobą publiczną, lecz prawdziwą radość sprawiało mu pociąganie za sznurki za kulisami, nie w blasku jupiterów. Z pozoru niebywale pragmatyczny, w głębi duszy pozostawał marzycielem; dość powiedzieć, że na fotosach promocyjnych do King Konga uwieczniono go, jak wypuszcza dym ze swej nieodłącznej fajki - obłok, z którego wyłaniają się małpa-olbrzym i Wyspa Czaszki, jakby wyczarowane w jego wyobraźni.
Idealizm Coopera był dla niego tarczą i bronią; w życiu kierowało nim poczucie honoru i oddanie sprawie. Wartości te wpojono mu w kulturalnym i dostatnim domu, w którym sycił wyobraźnię i kultywował marzenia. W okresie śnienia, od chłopięctwa do młodości, chłonął czarowne historie o wojnie i przygodach, które inspirowały go i wyznaczyły mu kierunek podróży przez życie.
Świadectwo zgonu Meriana Coopera w pierwszej wojnie światowej, podpisane przez gen. Pershinga, z późniejszym dopiskiem: "Mówiąc językiem Marka Twaina, twoja śmierć jest wysoce przesadzona".
Szalone życie Meriana Coopera, twórcy King Konga
Autor: Mark Cotta VazTłumaczenie: Paweł Łopatka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 4/2010
Liczba stron: 648
Format: 145x235 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-08-04418-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 69,90 zł
Sklep
Forum